sobota, 15 lipca 2017

VII. 24 września, piątek


ALBUS   
   W piątki większość lekcji mieliśmy z Puchonami. To z nimi zaczynaliśmy i kończyliśmy ten dzień, a właśnie siedzieliśmy wspólnie na opiece nad magicznymi stworzeniami. Przedmiotu tego uczył nie kto inny jak Hagrid, a pomagała mu przy tym młoda praktykantka Kaida Campbell. Była wysoką i szczupłą mulatką o długich ciemnobrązowych włosach z czerwonymi końcówkami, głównie splatanych w wysoki warkocz, oraz ciemnobrązowych oczach. Była dosyć atrakcyjna i wielu chłopców z naszej klasy się za nią oglądało, co przypominało mi trochę reakcję Kelly na pana Blaira.
   Zajęcia opieki nad magicznymi stworzeniami odbywały się zwykle na zewnątrz, o ile dopisywała pogoda. Dzisiaj było w miarę znośnie, chociaż nieco chłodniej niż wczoraj. O dziewiątej na błoniach pojawili się Hagrid i panna Campbell, która niosła jakiegoś ptaka podobnego do sępa. Po przywitaniu się z nami, przemówiła:
   - Dzisiaj dzięki uprzejmości mojego kolegi mogę pokazać wam lelka wróżebnika – tu wskazała na tego sępopodobnego ptaka – Ciężko było go wyciągnąć na dwór, bo lelki latają tylko w deszczu, ale w końcu raczył was odwiedzić – uśmiechnęła się – Ktoś wie coś jeszcze na temat lelków wróżebników? Tak, panno Fiennes?
   - Pióra lelka odpychają atrament – odpowiedziała Jennifer.
   - Zgadza się, pięć punktów dla Slytherinu – przytaknęła wesoło panna Campbell – Czy ktoś jeszcze chciałby coś dodać?
   Tym razem odezwał się jakiś chłopak z Hufflepuffu:
   - Lelki żywią się dużymi owadami.
   - Owszem, a także elfami – dodała panna Campbell – Pięć punktów dla Hufflepuffu.
   - To nie w porządku – szepnęła do nas Jennifer stojąca w pobliżu – Odpowiedź była niepełna.
   Zmarszczyłem lekko czoło. Ale panna Campbell chyba oczekiwała jakichkolwiek faktów o lelkach… Nie znam się, ale ja tam uważam, że słusznie przyznała punkty Puchonom.
   Potem dowiedzieliśmy się także, że śpiew lelka wróżebnika zwiastuje deszcz, a kiedyś myślano, że to oznaka śmierci. Każdy z nas mógł podejść bliżej, pojedynczo, i zobaczyć lelka z bliska. Kilkoro uczniów zadeklarowało, że posiadają lelki w domach.
   Na zajęciach trzymałem się Scorpiusa i Emmy, a w trakcie lekcji podszedł do nas Hagrid.
   - Jak tam się macie? – zagadnął – Może przyjdziecie do mnie dzisiaj na herbatkę?
   - Chętnie – zgodziłem się, kiwając głową.
   - No, Rose też ode mnie zaproście – poprosił Hagrid.
   - Może wam się uda – Scorpius zwrócił się do mnie i Emmy – Próbowałem z nią dzisiaj porozmawiać, ale jakoś dziwnie się zachowywała… Była taka jakaś przygnębiona.
   - To dziwne – odrzekła Emma, marszcząc czoło – W końcu wróciła wczoraj taka rozpromieniona z tego spotkania z panem Hopkinsem… Mam z nią zaklęcia na następnej lekcji, może się czegoś dowiem.
   - Faktycznie, dziwne – przyznałem – Mam nadzieję, że to nic poważnego.
   - Ja też – odparł Hagrid – Jeśli zechce, może nam to opowiedzieć przy filiżance herbaty. Takie rozmowy koją duszę, he he!
   Jednak po opiece nad magicznymi stworzeniami udało mi się zobaczyć Rose w jednym z korytarzy. Chciałem podejść i się przywitać, ale drogę zastąpił mi James.
   - Jak tam się miewa nasza kaczka dziwaczka? – zapytał, szczerząc zęby w durnym uśmieszku.
   - Przestań… - mruknąłem – Nie masz nic lepszego do roboty?
   - Słyszałem, że wczoraj wyczarowałeś patronusa – odrzekł, a ja uniosłem brwi do góry w zdziwieniu. Coś podejrzane to było, bo brzmiało jak wstęp do komplementu, ale słusznie uważałem, że wcale tak nie jest – No, niezła ta twoja pelerynka, ale mój patronus rozerwałby ją na strzępy – to powiedziawszy, znów uśmiechnął się szeroko, po czym wyciągnął różdżkę – Expecto Patronum!
   W korytarzu pojawił się srebrny, półprzezroczysty lew. Zarzucił dumnie grzywą i spoglądał na innych wyzywająco. Niektórzy uczniowie przystanęli, by pooglądać go w zachwycie. Typowy James, który robił pokazówkę.
   - Ha, widzicie to? – wyprostował się dumnie – Mój patronus to lew, co oznacza, że prawdziwy ze mnie Gryfon! Podziwiaj, Albusie. Ty o takim możesz tylko pomarzyć.
   - Odczep się – syknąłem – Jesteś ode mnie starszy o dwa lata, więc to chyba normalne, że tobie się udało. Poza tym jestem blisko od uzyskania cielesnej formy, muszę tylko poćwiczyć.
   - Tylko nie zmień się znowu w kaczkę! – zarechotał – Poważnie, spójrz na siebie. Współczuję tacie, pewnie się najadł wstydu.
   Zacisnąłem nerwowo pięści. Zobaczyłem, jak podbiegają do nas równocześnie Rose i Emma.
   - Chłopcy, dosyć – odezwała się moja siostra cioteczna – Lepiej się teraz rozejdźcie, zanim coś nabroicie.
   James zaśmiał się kpiąco i odesłał patronusa.
   - No tak – kiwnął głową – Nikt nie zaprzeczy, bo oczywiście mam rację.
   - Nie, wcale nie masz racji! – zawołałem, co przyciągnęło uwagę kilkorga uczniów – Tata sam powiedział, że jest ze mnie dumny. Z tego pojedynku…
   - Dumny? – powtórzył James – Powiedział tak, bo zrobiło mu się ciebie żal! A skoro jesteś taki dobry w pojedynkach… To dawaj. Drętwota!
   Zareagowałem natychmiast, pospiesznie wyciągając różdżkę i osłaniając się półprzezroczystą tarczą zaklęcia Protego. Na szczęście zdążyłem.
   - Ej, wystarczy tego! – odezwała się Emma.
   - Obaj natychmiast się uspokójcie! – prosiła Rose, ale James rzucił kolejne zaklęcie, które musiałem odbić.
   W chwilę potem to ja go zaatakowałem. Wokół nas zebrał się tłum gapiów. Nie myślałem teraz o konsekwencjach, po prostu musiałem pokazać Jamesowi, że jest zbyt pewny siebie.
   Miotaliśmy w siebie zaklęciami, aż jedno z nich prawie mnie dosięgnęło.
   - Al, uważaj! – usłyszałem krzyk Emmy, która rzuciła się przede mnie z tarczą, a potem wycelowała jakimś zaklęciem w Jamesa.
   - Hej, bez oszustw! – zawołał James, unikając jej ataku – To jest pojedynek, co oznacza jeden na jeden!
   - Jaki znowu pojedynek?! – usłyszeliśmy groźny krzyk profesor McGonagall, który spowodował, że wszyscy stanęli nieruchomo, jak gdyby zmienili się w skalne posągi.
   
SCORPIUS
   Szedłem właśnie w stronę sali do transmutacji, gdy usłyszałem jakieś krzyki. W korytarzu zobaczyłem tłum ludzi i postanowiłem sprawdzić, czemu oni się tak przyglądają. Ogromne było moje zdziwienie, gdy dostrzegłem, że centrum zainteresowania stanowili Albus i James, najwidoczniej walczący ze sobą. Starałem się przedrzeć jak najbliżej nich i udało mi się stanąć obok Rose. Obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem. Oboje usiłowaliśmy ich uspokoić, ale wtedy wszyscy usłyszeliśmy rozwścieczoną McGonagall.
   - Czy ktoś raczy mi wyjaśnić, co tu się dzieje? – zapytała surowo – Panowie Albus i James Potterowie. Cóż to za rodzinna sprzeczka? I w dodatku panna Longbottom!
   - N-nie, ona nie ma z tym nic wspólnego – sprostował Albus, który wreszcie zdobył się na odwagę, by cokolwiek powiedzieć – Próbowała nas powstrzymać, a my nie słuchaliśmy…
   - Posłuchajcie mnie, cała wasza trójka – zniżyła nieco ton, co tylko pogorszyło sytuację – Nie będziecie urządzać żadnych bójek w mojej szkole. A teraz pójdziecie do mojego gabinetu… Tak, panna Longbottom także! A reszta co tu jeszcze robi? Macie chyba zaraz kolejne lekcje!
   Albus chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko spojrzał na Emmę przepraszająco, a następnie bez żadnych innych dopowiedzeń wszyscy troje udali się za panią dyrektor. Reszta uczniów zaczęła nerwowo rozmawiać o tym, co się właśnie stało. Rose wyglądała, jakby chciała już iść, ale ja zdążyłem złapać ją za rękę.
   - Poczekaj – poprosiłem, a ona odwróciła się w moją stronę – O co im poszło tak właściwie?
   - James zaczął go obrażać – wyjaśniła – A potem rzucił zaklęcie, wyzywając go na pojedynek.
   - Rozumiem… Czekaj! – zawołałem, gdy znów prawie mi uciekła – Mam wrażenie, że mnie dzisiaj unikasz. Coś się stało?... – ściszyłem nieco głos.
   Rose wyglądała, jakby się wahała, ale tylko przygryzła lekko wargę i oznajmiła, że zaraz ma zaklęcia i musi już iść. Puściłem ją, dalej nic nie rozumiejąc.
   Teraz mieliśmy transmutację z Krukonami. Pani McGonagall dalej jej nauczała, chociaż była dyrektorką. Co prawda teraz nie mogła przyjść na zajęcia, bo pewnie właśnie prawiła Alowi, Emmie i Jamesowi niezłe kazanie, więc całą lekcję poprowadził praktykant Zen Shinsei. Z tego, co słyszałem, to właśnie on był tym kolegą panny Campbell, który pożyczył jej lelka. Był też kuzynem Sakury.
   Skoro nie było Ala, myślałem, że będę siedział sam, ale Jennifer chciała się do mnie przysiąść, więc się zgodziłem. Myślami byłem jednak daleko od lekcji. Ciągle trapiła mnie postawa Rose. Czy powiedziałem wczoraj coś złego? Nie umiałem znaleźć ani jednego powodu, dla którego tak się dzisiaj zachowywała. A może nie chodziło wcale o mnie? Mam nadzieję, że jakaś przykrość nie spotkała jej rodzinę… Chociaż wtedy raczej bym wiedział, w końcu Weasley’ów w Hogwarcie mamy wielu.
   Jennifer musiała zauważyć moje zamyślenie, bo zapytała mnie o to szeptem:
   - Scorp? Coś się dzieje?
   - Zamyśliłem się… - wyjaśniłem – Swoją drogą, może ty wiesz, co się dzieje z Rose? Bo ciężko mi dzisiaj z nią porozmawiać.
   Jennifer uniosła brwi do góry.
   - Dziwne, unika cię? – zapytała – Hm, no ja nie mam pojęcia, co się jej stało, ale kto tam wie. Może powinieneś dać jej trochę czasu, zostawić ją samą…
   - Może… - mruknąłem.
   Po lekcji podeszła do mnie roztrzęsiona Hayley Sparks i zaczęła nerwowo wypytywać o Albusa, ale ja odpowiedziałem, że nie mam pojęcia, co się teraz z nim dzieje. Spotkaliśmy się jednak na kolejnych zajęciach, starożytnych runach.
   - Opowiem ci szczegółowo potem – odrzekł Albus – Mam jutro rano szlaban… Ja, James i Emma. Niestety, nie udało mi się jej usprawiedliwić.
   Widziałem po nim, że pogorszyło mu to humor i wcale się mu nie dziwię. Największą winę oczywiście ponosił James, skoro to on rozpoczął cały ten kocioł.
   Starożytnych runów nauczał czarodziej w średnim wieku, imieniem Einar Davies. Jego akcent wskazywał na to, że nie był rdzennym Brytyjczykiem. Miał kręcone brązowe włosy sięgające ramion, zarost, śniadą cerę i szare oczy. Jego osoba ogólnie budziła zainteresowanie i krążyło o nim wiele plotek, jak na przykład, że zna język trytoński. Dzisiaj zajęcia te mieliśmy wspólnie z Gryfonami, a że Rose nie wybrała alternatywnego przedmiotu, czyli wróżbiarstwa, również tu była. Może faktycznie powinienem ją zostawić i poczekać, aż sama do mnie przyjdzie? Nie chciałbym jednak pozostawiać jej sam na sam z jakimś utrapieniem.
   Byliśmy skazani na siebie przez kolejne dwie godziny, jakimi były eliksiry. W dodatku znów pracowaliśmy czwórkami, ale postanowiłem się jednak nie odzywać na ten temat. Al był wypytywany przez nią i Kelly o wizytę u McGonagall.
   - Mówiła, że bardzo ją zawiedliśmy – ciągnął – Przez nas każdy z tych trzech domów stracił po dwadzieścia punktów. Jutro rano mamy stawić się na dziedzińcu na szlaban. Nie wspomniała, na czym dokładnie będzie on polegać.
   - Faktycznie słabo to brzmi – przyznałem.
   Nie rozdrabnialiśmy się już więcej na ten temat, bo po co mieliśmy dręczyć Ala? Niektórzy już i tak krzywo na niego patrzyli przez tę utratę punktów.
   W przerwie między lekcjami dopadła go Hayley i zapewniała, że jest przekonana co do jego niewinności. Albus podziękował jej za wsparcie, ale widać było po nim, że był po prostu zły na siebie przez całą tę sytuację.
   Podczas obiadu Noah zakomunikował, że ma jakiś nowy plan treningów quidditcha i że teraz musimy powrócić do ostrych ćwiczeń. Kolejny mecz mieliśmy rozegrać z Puchonami i także chcielibyśmy go wygrać. Dobrze, że nie ogłosił nagle treningu na dzisiejsze popołudnie (czasem zwoływał nas w ostatniej chwili), więc spokojnie mogliśmy odwiedzić Hagrida.
   Jak zwykle podał herbatę i twarde ciasteczka, które ciężko było zjeść. Oznajmił nam, że wczoraj zorganizował podwieczorek dla Lily, Hugona i ich koleżanki Kate Simms z Hufflepuffu. Zażartowałem, że Hagrid robi konkurencję profesorowi Slughornowi, który urządza spotkania tego swojego „Klubu Ślimaka”.
   - Za to można nieźle rozwinąć swoje życie towarzyskie – zauważyłem z lekkim uśmiechem na twarzy – W czwartek do Hagrida, w piątek do Slughorna… Ach, ależ my jesteśmy rozchwytywani!
   Zaśmialiśmy się.
   - Ja to bym najchętniej was wszystkich naraz przyjął – zadeklarował Hagrid – Ale chata by tego towarzystwa nie pomieściła…
   Co racja, to racja – już i tak było ciasnawo, a w środku przy stoliku siedziało sześcioro osób: ja, Rose, Albus, Emma, Hagrid i Kelly, którą również zaprosił. Sam Hagrid zajmował ogrom miejsca, więc można sobie wyobrazić, że nam pozostało mało przestrzeni. Siedziałem pomiędzy Alem a Rose, stykaliśmy się ramionami. Rose dalej wyglądała, jakby chciała się odizolować, co w tych warunkach nie było zbyt możliwe. W mojej głowie kłębiło się tysiąc myśli na temat tego zachowania, jednak oczywiście były to tylko spekulacje. Jedno wiedziałem na pewno – nienawidziłem oglądać jej w takim stanie.
   Przy herbacie głównie opowiadaliśmy Hagridowi, jak toczy się nasze szkolne życie. On także słyszał o tym szlabanie, który czekał Albusa i Emmę, siedzących teraz obok siebie. Oboje byli w niezbyt dobrych humorach, jednak Albus widocznie czuł się bardziej przygnębiony. Sam mi mówił, że najbardziej trapi go fakt, że Emma także została ukarana, chociaż właściwie chciała mu pomóc. Obwiniał się ciągle, więc należało zmienić temat.
   - No a ja ostatnio byłem w banku Gringotta… - podjął Hagrid – Miałem małą sprzeczkę z goblinami. Jakieś opryskliwe były… Jeden to przyjąć mnie wcale nie chciał.
   Widocznie dziś jest jakiś dzień złego humoru…
   Potem rozmawialiśmy także o zajęciach opieki nad magicznymi stworzeniami. Hagrid pytał nas głównie o to, jak nam się podoba i czy chcielibyśmy coś dodać. Chociaż nie wszyscy mieli dobry humor, popołudnie minęło nam nawet przyjemnie, bo nikt nie chciał popsuć atmosfery. Podziękowaliśmy Hagridowi za ugoszczenie nas i skierowaliśmy się w stronę zamku. Próbowałem jeszcze porozmawiać z Rose, ale ona cały czas zagadywała Kelly i Emmę. Naprawdę chciałbym wiedzieć, o co jej chodzi.

ROSE 
   Szczerze mówiąc, myślałam, że unikanie Scorpiusa przyjdzie mi łatwiej – kiedyś robiłam to codziennie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to rozwiązanie nie było zbyt mądre, ale bałam się, że jakoś przypadkiem się mu wygadam. Bo co, jeżeli on wcale nie czuje tego samego? Lub nawet nigdy o tym nie myślał? Nie chciałabym tak nagle z tym wyskoczyć, poza tym sama jeszcze oswajam się z tym uczuciem. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane?
   Nie potrafiłam jednak ukrywać uczuć, bo moje zachowanie ewidentnie wskazywało na to, że coś się stało. Nie chciałam także niepokoić nikogo, no ale miałam im to powiedzieć? To znaczy, Emmie, Kelly i Albusowi w sumie mogłam, jednak nie trafiła się nam okazja co do tego, a poza tym ciężko było mi to przyznać nawet samej sobie. To chyba dlatego, że zakochałam się po raz pierwszy i kompletnie nie wiedziałam, co robić.
   Dzisiaj pomiędzy lekcjami udało mi się wpaść na panią Shinsei. Akurat była w pobliżu naszego Pokoju Wspólnego, a więc przypuszczalnie chciała odwiedzić Sakurę. Zapytałam panią o Zaklęcie Patronusa, bo dręczyło mnie, że wciąż nie potrafię go przywołać, nawet bezcielesnej formy. Wyjaśniłam, że próbowałam już przypomnieć sobie moje wszystkie szczęśliwe wspomnienia, ale patronus dalej się nie pojawił.
   - Dążenie do perfekcji jak u naszej pani minister – skomentowała pani Shinsei z lekkim uśmiechem na twarzy - Cóż... Tak, jak mówiłam na lekcji, młodsi nie mają zwykle wielu szczęśliwych wspomnień o wystarczającej sile. Poza tym dla każdego szczęście oznacza coś innego.
   - Racja… - przyznałam.
   - Hmmm... znana jest ci może postać Flaviusa Belby'ego? – spytała, a ja kiwnęłam głową – Pokonał śmierciotulę patronusem. Może mniej się o tym wspomina, ale przywołał go wspomnieniem z dnia, gdy został szefem klubu gargulkowego. Dla niego najważniejsze było to, a dla innych może to być wygrana meczu, zdobycie wymarzonej posady... czy też po prostu rodzina – ciągnęła, po czym przerwała na chwilę, jakby się zastanawiała - A kto wie, niektórzy są naprawdę szczęśliwi dopiero, gdy się zakochają.
   Zakochają, co? Póki co czułam się raczej nieswojo niż szczęśliwie…
   - Problem w tym, że nie mam pojęcia, które moje wspomnienie jest najsilniejsze – odparłam.
   - Pomogłabym, ale wolę nie wchodzić komuś do głowy – odpowiedziała pani Shinsei - Tu nie chodzi o pojęcie, to po prostu się czuje. Kiedy człowiek stara się nie myśleć, o tej najszczęśliwszej rzeczy najtrudniej zapomnieć... Wiem, co mówię.
   - Chyba jeszcze muszę poczekać – uśmiechnęłam się blado, zdając sobie z tego sprawę – Nie wiem, czy w ogóle posiadam takie wspomnienie.
   - Na każdego przyjdzie czas. Ale nie sądzę, żebyś długo miała z tym problem. Nawet twój ojciec nie miał – odparła, a widząc moje pytające spojrzenie, ciągnęła dalej - Byliśmy wtedy na piątym roku. On, twoja mama, ja i grupka innych mieliśmy praktyki od... cóż, można się domyślić, od kogo.
   Zdawało mi się, że pani Shinsei nieco się rozpromieniła, gdy o tym opowiadała.
   - To był wujek Harry, prawda? – domyśliłam się.
   Pani Shinsei skinęła głową.
   - Mało kto by pomyślał o grupce tak młodych ludzi umiejących używać patronusa, ale wierzę, że to pokolenie również wiele potrafi. Więc... Uważam, że do Owutemów na pewno poznasz cielesną formę swojego – skwitowała.
   Podziękowałam pani za rady, nie chcąc zabierać już jej więcej czasu. Chyba już wiem, na czym polegał mój problem. Nie mogłam wybrać jednego wspomnienia, bo żadne nie było na tyle silne i przez to skupiałam się na kilku naraz. Mogę dalej próbować przywołać patronusa, ale nie będę już panikowała, kiedy mi nie wyjdzie… A przynajmniej, znając moją nadgorliwość, postaram się.
   Pani Shinsei poprosiła mnie jeszcze, żebym zawołała Sakurę, więc wróciłam na chwilę do dormitorium. Sakura siedziała na swoim łóżku, zagłębiona w jakiejś lekturze, zapewne romansidle. Czyta ich mnóstwo, nawet parę razy pożyczyła mi kilka. Przekazałam jej informację, że jej mama chciałaby się z nią spotkać, na co dziewczyna zareagowała entuzjastycznie. Od razu zeskoczyła z łóżka i pomaszerowała do pani Shinsei. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok.

***

   Kiedy wróciliśmy od Hagrida, poszłam prosto do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Kelly dogoniła mnie i rzuciła mi zdezorientowane spojrzenie.
   - Dziewczyno, co się dzisiaj z tobą dzieje? – zmarszczyła czoło – I nie mów mi, że wszystko jest w porządku. Mam oczy.
   Westchnęłam głęboko.
   - Po prostu… - przygryzłam wargę. Chciałam jej powiedzieć, była moją przyjaciółką. Problem w tym, że jakoś nie czułam, że to dobry moment, a już na pewno nie było to odpowiednie miejsce do takiej rozmowy – Dzisiaj czuję się jakoś nieswojo. Proszę, nie miejcie mi tego za złe… - westchnęłam. W sumie poczułam, że mogę jej powiedzieć dokładnie, o co chodzi, bo Pokój Wspólny był pusty – Ja… Wydaje mi się, że… - urwałam, bo usłyszałam, jak ktoś wszedł do środka, a był to James. O, nie. W jego obecności na pewno tego nie powiem!
   - Że co?... – Kelly domagała się wyjaśnień.
   - Nieważne – odparłam szybko – Muszę… Iść. Na razie!
   Ruszyłam zdecydowanym krokiem w stronę wyjścia. Kelly próbowała mnie jeszcze zatrzymać, ale w końcu odpuściła, za co byłam jej wdzięczna. Wypadłam na korytarz. Co ja wyczyniałam? Ciągle panikowałam, nie panowałam nad sobą!
   Znalazłam się na schodach. Obrałam sobie jakąś zupełnie przypadkową drogę, bo nie miałam konkretnego celu. Idąc kolejnym korytarzem, który brałam za opustoszały, zobaczyłam przed sobą jakiś cień. Już miałam zawrócić, kiedy uświadomiłam sobie, że był to Albus. Podeszłam bliżej i dostrzegłam, że siedział samotnie na kamiennej ławce. Myślałam, że ja też potrzebowałam odosobnienia, lecz poczułam potrzebę rozmowy z nim. Uszłam parę kroków w jego stronę i wtedy uniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Uśmiechnęłam się blado, po czym dosiadłam się w sumie bez pytania. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
   - Powiedział, że go zawiodłem – oznajmił, patrząc mi w oczy. Z początku nie rozumiałam, co miał na myśli, jednak uświadomiłam sobie, że musi chodzić o wujka Harry’ego – Że nie powinienem był dać mu się sprowokować. Oczywiście bardziej zły był na Jamesa, jednak nam obu się dostało. Dodał też, że ma nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Obiecaliśmy mu.
    Nie wiedziałam, co miałam mu na to odpowiedzieć. Ja też nie popierałam tamtego pojedynku, jednak nie zamierzałam mu już tego wypominać.
   - To wszystko, co powiedział? – dopytałam wreszcie.
   - Jeszcze przekazał mi na osobności, że wierzy, że drzemie we mnie wielki duch walki – odparł – Ale żebym potrafił go kontrolować.
   - Albus – odezwałam się – Wujek Harry na pewno wciąż jest dumny, że szybko się uczysz. Sam przyznaj, ten pojedynek nie był najszczęśliwszym pomysłem. Mimo wszystko, może i dałeś się sprowokować, ale nie stchórzyłeś. To pewnie masz w sobie z Gryfona.
   Al uśmiechnął się.
   - A teraz przyjmij konsekwencje własnych czynów jak odpowiedzialny czarodziej – ciągnęłam – Jesteś bardzo zdolny, Al. Mnie na przykład nie udał się patronus.
   - Oj, przestań, Rose – westchnął – Dalej się tym przejmujesz? Jestem pewien, że niedługo ci się uda. To znaczy… O ile przestaniesz się dąsać, bo do tego potrzeba wesołych wspomnień.
   Zmarszczyłam lekko czoło.
   - Tylko nie mów mi, że w taki zły humor wprawiły cię dzisiaj patronusy – spojrzał na mnie wyczekująco – Twoje zachowanie było dziwne, przyznaj.
   Westchnęłam głęboko i odwróciłam wzrok.
   - Tu nie o patronusy chodzi… - oznajmiłam.
   - W porządku – Al skinął głową – Nie musisz mówić, jednak pamiętaj, że we mnie znajdziesz oparcie. Znam cię i wiem, że jesteś silna. Cokolwiek to jest, poradzisz sobie z tym.
   Uśmiechnęłam się lekko. Czułam jakiś dziwny impuls, żeby mu powiedzieć. Nie wygada się Scorpiusowi, nawet jeśli to jego najlepszy przyjaciel. Ja też przyjaźnię się z Alem, a on wysoko ceni sobie naszą relację.
   Rozejrzałam się dookoła, czy na pewno nikt nas nie podsłuchuje, a potem spojrzałam na mojego brata ciotecznego poważnym wzrokiem.
   - Zakochałam się w Scorpiusie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz