wtorek, 13 czerwca 2017

VI. 23 września, czwartek


ALBUS 
   Chyba nie muszę po raz kolejny mówić, jak bardzo nienawidzę tych dręczących koszmarów.
   Dziś znów obudziłem się zlany potem w środku nocy. Zauważyłem, że ta sama scena śni mi się coraz częściej i bardzo mnie to niepokoiło. Rano, kiedy szedłem na śniadanie, kolejny raz wyglądałem jak śmierć. Niewyspany i przygnębiony, prawie wpadłem na jakąś dziewczynkę. Miała miedziane włosy spięte w kucyk oraz błękitne oczy.
   - Coś cię trapi – powiedziała, a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem – No co? Przecież to widać!
   Musiała to być pierwszoklasistka, bo nie widywałem jej tu przedtem, ale istniała też opcja, że po prostu jej nie znałem. Nie musiałem zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo sama się przedstawiła:
   - Violet Kirby z pierwszego roku.
   - Albus Potter z piątego – mruknąłem, wciąż bacznie jej się przyglądając.
   Uśmiechnęła się i wyglądało na to, że planuje już sobie pójść, więc ja też ruszyłem w swoją stronę. Po chwili jednak znów usłyszałem jej głos:
   - Może zapytaj o to panią Trelawney.
   Obróciłem się w jej stronę, znów marszcząc czoło.
   - Panią Trelawney – powtórzyła z przyjacielskim uśmiechem na twarzy – Ona powinna wiedzieć, może to dotyczy twoich losów.
   To powiedziawszy, obróciła się na pięcie i udała się przed siebie, podskakując wesoło. Stałem tam jeszcze chwilę jak oniemiały, gapiąc się w stronę, w którą poszła Violet. Skąd wiedziała?... Ktoś opowiadał jej o tych snach?...
   To spotkanie mnie nieco rozbudziło. Ruszyłem w stronę Wielkiej Sali na śniadanie - początek dnia pełnego wrażeń.
  Dzisiaj również mieliśmy zajęcia obrony przed czarną magią, także z Gryfonami. Tym razem jednak lekcji nie prowadził mój tata, a inna aurorka, Setsuna Shinsei, matka Sakury z naszej klasy. Pani Shinsei była wysoką kobietą o nieco azjatyckich rysach twarzy. Miała bladą cerę, stalowoniebieskie oczy oraz ciemnobrązowe włosy z grzywką, sięgające ramion. Sakura była bardzo podobna do swojej mamy.
   - Tak więc - powiedziała pani Shinsei po krótkim przedstawieniu się - Dzisiaj pokażę wam, jak wywołać patronusa.
   Profesor Collins chrząknął w tyle sali.
   - Nie sądzisz, Setsuno, że to jeszcze za wcześnie? - uniósł brwi do góry.
   - Ja sama uczyłam się tego zaklęcia na moim piątym roku - wzruszyła ramionami - Poza tym nie mówię, że wam wyjdzie - zwróciła się do klasy - To bardzo trudne zaklęcie, ale ja nauczę was tylko teorii.
   Widziałem, jak Noah uniósł rękę w górę.
   - Tak? - zapytała pani Shinsei.
   - A czy to będzie na SUMach? - odrzekł Noah.
   - Nie wymaga się tego od uczniów na egzaminach szkolnych – wyjaśniła.
   Noah uśmiechnął się pod nosem i już wiedziałem, że za bardzo to się nie będzie starał.
   - A powinno być obowiązkowe… To zaklęcie może uratować skórę, wiem, o czym mówię – dodała – W każdym razie, patronus jest czymś w rodzaju opiekuna. W swojej pełnej okazałości, to jest formie cielesnej, przybiera postać jakiegoś zwierzęcia. Żeby go przywołać, trzeba przede wszystkim przypomnieć sobie najszczęśliwsze wspomnienie, jakie się posiada. To musi być coś bardzo silnego, żeby patronus ukazał się w swojej pełnej formie.
   Pani Shinsei powiedziała nam także, że formułka tego zaklęcia brzmi Expecto Patronum oraz pokazała, jaki ruch różdżką należy przy tym wykonać.
   - Pokażę wam mojego patronusa – oznajmiła i uniosła różdżkę.
   Chociaż wyglądała raczej na ponurą osobę, widocznie miała jakieś szczęśliwe wspomnienia, bo z końca różdżki wystrzeliła srebrna struga, która uformowała się w półprzezroczystego wilka. Po klasie rozeszły się szmery podziwu. Rose, która siedziała oczywiście przed nami, już nie mogła się doczekać, aż sama wyczaruje własnego patronusa – to było widać.
   Pani Shinsei także poprosiła nas o wstanie z miejsca, a następnie za pomocą magii odsunęła wszystkie ławki i krzesła w tył sali, tak jak to zrobił mój tata. Ustawiliśmy się w rzędy i teraz każde z nas machało różdżką, usiłując przywołać duchowego opiekuna.
   - Zastanówcie się dobrze nad wspomnieniem – przypomniała pani Shinsei – To musi być coś naprawdę silnego. Zazwyczaj młodym uczniom nie udaje się przywołać patronusa, bo mają jeszcze zbyt mało wspomnień, ale z czasem otrzymujemy przecież nowe. To może spowodować także zmianę formy patronusa.
   - Scorp, jakie masz wspomnienie? – zapytałem, ciekawy.
   - Jak złapałem znicz podczas ostatniego meczu – wyszczerzył zęby w uśmiechu, a następnie wrócił do próbowania – Expecto Patronum! Ale widocznie nie jest aż tak szczęśliwe… Co jest dziwne, bo pękałem wtedy z radości!
   - Pani mówiła też, że musisz to sobie dokładnie przypomnieć – zauważyłem – Chociaż to było niedawno… No nie wiem, próbuj! Rose, a ty?
   Spojrzałem na moją siostrę cioteczną, wymachującą nerwowo różdżką. Zrobiła się nawet lekko czerwona na twarzy i zmarszczyła czoło. Była jak w transie.
   - Halo? – uniosłem brwi do góry.
   - Zostaw ją lepiej teraz – usłyszałem Kelly, stojącą przy drugim boku Rose – Pewnie myślała, że uda jej się za pierwszym razem…
   Rose obróciła się, lekko poddenerwowana.
   - Widocznie radość z moich ocen jest zbyt słabym wspomnieniem… - mruknęła cicho – Ale próbowałam też przywołać jakieś wspomnienia związane z rodziną czy przyjaciółmi i nic…
   - Spokojnie – odrzekł Scorpius, uśmiechając się przyjaźnie – Nie bez powodu pani Shinsei powiedziała, że to zaklęcie jest trudne. Wyćwiczymy to.
   Rose uśmiechnęła się blado, a ja domyślałem się, że teraz pewnie zaczną się ostre treningi przywoływania patronusa.
   Spojrzałem na własną różdżkę, a następnie zamknąłem oczy i postarałem się odtworzyć w głowie wszystkie szczęśliwe wspomnienia. Które z nich było najsilniejsze? Zobaczyłem małego Albusa Pottera, dosiadającego zabawkowej miotły i po raz pierwszy wzbijającego się w niebo.
   - Expecto Patronum! – zawołałem, ale nic się nie stało.
   Szukałem dalej. Ośmioletni Albus na Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Kolejna próba, patronusa wciąż brak. Dalej. Pierwszy mecz quidditcha ze mną w drużynie… Nie, nie. Ten quidditch tu nie działa. To musi być jakaś inna kategoria… Pomyślałem nagle o poprzedniej lekcji obrony przed czarną magią. Pojedynek z tatą, kichnięcie, kaczy dziób, pobyt w Skrzydle Szpitalnym… I słowa taty. „Jestem z ciebie dumny”.
   - Expecto Patronum! – krzyknąłem, otwierając oczy.
   Poczułem jak gdyby falę jakiejś dziwnej energii. Z końca mojej różdżki błysnęło srebrne światło, które wyglądało jak jakaś ulepszona wersja zaklęcia Lumos. Struga światła nie przybrała jednak żadnego konkretnego kształtu, falowała tylko w powietrzu jak materiał. Wszyscy wpatrywali się we mnie oniemiali.
   - Widzę, że talent zdecydowanie po ojcu – uśmiechnął się radośnie profesor Collins – Gratuluję, Albusie. Twój tata wyczarował patronusa na swoim trzecim roku, ale piąty rok to także wcześnie.

SCORPIUS
   Albusowi należały się słowa uznania. Ciekawy byłem, jakie wspomnienie wywołało u niego patronusa.
   - Dobry początek, przyznaję – pani Shinsei kiwnęła głową – Co prawda nie jest to jeszcze pełna forma, ale już teraz będzie ci łatwiej. Gratulacje.
   Kątem oka widziałem, że Rose dosłownie zamurowało. Chyba nie mogła uwierzyć, że Al zdołał przywołać patronusa przed nią. Jednak po chwili dołączyła do oklasków, jakie Albus otrzymał od klasy.
   Przez resztę lekcji próbowaliśmy przywołać swoje patronusy, a Al chciał nadać swojemu jakiś kształt, ale niezbyt nam się to udawało. W przerwie pomiędzy historią magii a zielarstwem Rose, nasza dwójka spytała Albusa o wspomnienie, jakie wybrał.
   - Wiecie, tamte słowa wiele dla mnie znaczyły – opowiadał nam, co powiedział mu wtedy pan Potter – Dlatego to wspomnienie jest silne, no i oczywiście szczęśliwe. Nie to, żeby rodzice mnie nie chwalili... Ale po tamtym pojedynku czułem się jak oferma. Słowa taty odwróciły to zupełnie – uśmiechnął się.
   - Widać też potrzebuję takiego wspomnienia – stwierdziła Rose.
   Próbowaliśmy jej jakoś przetłumaczyć, że przecież też jej się kiedyś uda i chociaż zapewniała, że wie, to i tak mogłem zobaczyć, że nie jest z siebie zbytnio zadowolona. Nie chciałem, żeby tak o sobie myślała… Może zaproponuję jej wspólne ćwiczenia patronusów. Kto wie, może przy okazji oboje zdobędziemy jakieś miłe, niezapomniane wspomnienie?
   Dwie godziny historii magii mieliśmy dzisiaj z Krukonami. Albus oczywiście większość czasu gapił się na Hayley Sparks, chichoczącą z Lin Blue. Siedziały za Skylą Silver i Nereidą Oswald, obie były z Ravenclawu. Druga z nich także była metamorfomagiem, więc zabawnie musiało być w takiej kolorowej klasie. Osobiście musiałem przyznać, że Krukonki rzeczywiście były ładne, ale raczej żadna z nich nie podobała mi się w taki sposób. Czasem zastanawiam się, czemu Rose nie przydzielono do Ravenclawu. Jest przecież mądra i ładna… Ale widocznie to odwaga jest jej najsilniejszą cechą spośród innych.
   Po lekcjach poszedłem sprawdzić, jak się miewa mój wrażliwek Eloise. Zauważyłem, że, kiedy z nią rozmawiałem (pomińmy fakt, że patrzono wtedy na mnie jak na szaleńca), jej kwiat przybierał różową barwę i zastanawiałem się, czy ona się rumieni. Spytałem o to Albusa, ale ten wyśmiał mnie, że roślina się we mnie zakochała.
   - No i co z tego? Chyba ma podstawy: opiekuję się nią wzorowo… no i wyglądam absolutnie zniewalająco – zażartowałem i obaj zanieśliśmy się śmiechem.
   Wciąż w dobrym nastroju, ruszyliśmy ku Wielkiej Sali, aby zjeść co nieco przed spotkaniem z tym całym pisarzem. Po drodze dalej, trochę w żartach, trochę na serio, rozmawialiśmy o roślinach – to jest: ja opowiadałem Alowi o mojej fascynacji wrażliwkami, a on z tego żartował.
   - Eloise potrafi być zazdrosna, wiesz? – zaśmiałem się – Nieustannie domaga się uwagi, a kiedy chcę wyjść z dormitorium, robi się jakoś dziwnie żółta, jakby usychała!
   Wtedy poczułem, że ktoś chwyta mnie za szkolną szatę i lekko nią pociąga. Przechodziliśmy wówczas przy stole Gryfonów, więc nie zdziwił mnie widok Rose, siedzącej przy nim. Spoglądała na mnie jednak tak dziwnie, że zacząłem się zastanawiać, o co chodzi.
   - Kim jest Eloise? – spytała w końcu, a ja i Albus się roześmialiśmy, przez co część uczniów gapiła się teraz na nas – No co?...
   - To jest jego wrażliwek, który dostał od pana Neville’a – wyjaśnił Al, próbując opanować śmiech – Tak go nazwał.
   Rose ściągnęła brwi, a jej wzrok wędrował ode mnie do Ala.
   - Jaja sobie ze mnie robicie – stwierdziła.
   - Przysięgam, to jest najprawdziwsza prawda! – oznajmiłem, unosząc prawą dłoń – Mogę ci ją pokazać po obiedzie, jeśli chcesz.
   - Nie trzeba… - odparła, coraz bardziej zmieszana.
   Albus nachylił się nad nią i odrzekł:
   - Chyba nie jesteś zazdrosna o kwiatka, cooo?
   Odepchnęła go od siebie, rumieniąc się. Kelly obok zachichotała, a Lily powiedziała coś do Hugona.
   - Och, Rose… - westchnąłem – Jesteś…
   - Jaka jestem? – uniosła brew do góry, spoglądając na mnie.
   - Zabawną dziewczyną jesteś – dokończyłem, po czym uśmiechnąłem się i ruszyłem za Alem ku stołowi Ślizgonów.
   W trakcie obiadu profesor McGonagall stanęła przy mównicy i przypomniała, że spotkanie odbędzie się na szkolnym boisku. Wyczytała też nazwiska wszystkich zapisanych. Po posiłku mieliśmy zebrać się na dziedzińcu, jednak ja miałem coś jeszcze do załatwienia. Powiedziałem o tym Alowi, na co, tak jak się spodziewałem, pokręcił głową, ale uśmiechnąwszy się pod nosem. Odnalazłem Rose, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą, tłumacząc tylko, że za chwilę wrócimy.
   Nie przestawała zadawać pytań, dopóki dotarliśmy do lochów. Wpadłem tylko na moment do siebie i wyszedłem przed Pokój Wspólny Slytherinu z doniczką w rękach.
   Rose klepnęła się dłonią w czoło.
   - Naprawdę, wiesz, że nie musiałeś… - pokręciła głową.
   - Ale i tak nie pokazywałem ci jeszcze Eloise – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
   - Jesteś niemożliwy… - stwierdziła Rose i zaśmiała się, co wywołało taką reakcję i u mnie.
   - Naprawdę pomyślałaś, że mówię o jakiejś dziewczynie? – zapytałem po chwili.
   - Trochę to tak brzmiało… - odparła – Ale zareagowałam zbyt gwałtownie… Wybacz, moja reakcja była głupia.
   - Nie szkodzi – uśmiechnąłem się zachęcająco i podszedłem trochę bliżej niej – Nie wiedziałem, że mogłabyś być zazdrosna o mnie… - ściszyłem nieco głos, a ona oblała się rumieńcem.
   - Schlebiasz sobie… - odrzekła nieśmiało, wbijając wzrok w podłogę.
   Nagle w lochach pojawiła się kolejna osoba, którą okazała się być Jennifer.
   - Co wy tu robicie? – zmarszczyła czoło – Nie idziecie na spotkanie?
   - Idziemy – odpowiedziałem – Mieliśmy tylko… sprawę do załatwienia.
   To powiedziawszy, poszedłem odłożyć Eloise na moją szafkę nocną, a potem we trójkę udaliśmy się na dziedziniec. Miałem wrażenie, że Jennifer cały czas podejrzanie przypatruje się mnie i Rose.
   Kiedy wszyscy uczniowie dotarli na miejsce, razem ruszyliśmy ku boisku quidditcha. Potem zajęliśmy miejsca na trybunach, a że nie musieliśmy siadać dokładnie tam, gdzie widniały barwy naszych domów, ja, Albus i Rose siedzieliśmy obok siebie. Do Albusa przysiadła się także Emma, a obok mnie siadła Jennifer. Teraz czekaliśmy na otwarcie spotkania.
   W końcu pani dyrektor pojawiła się na środku boiska i rzuciła na siebie zaklęcie Sonorus.
   - Witam wszystkich uczniów na dzisiejszym spotkaniu z panem pisarzem, Magnusem Hopkinsem – przemówiła – Pan pisarz zaraz do nas przyjdzie. Chciałam już teraz podziękować za liczną frekwencję, co ogromnie mnie cieszy. Mam nadzieję, że wasze zachowanie podczas spotkania będzie kulturalne i nienaganne. Przewidziany jest również czas na zadawanie pytań do pana autora, więc proszę robić to w tej wyznaczonej części spotkania. Osoba, która chce zadać pytanie, obowiązana jest zasygnalizować to poprzez podniesienie ręki oraz czekać cierpliwie, aż udzielę jej prawa głosu zaklęciem Sonorus.
   Po tym wstępie profesor McGonagall upewniła się, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania co do przebiegu spotkania, a następnie ogłosiła przybycie pana Hopkinsa.
   Na środku boiska obok pani dyrektor pojawił się średniego wzrostu mężczyzna. Miał kremową cerę oraz blond włosy, a koloru oczu nie byłem w stanie określić z tej odległości. Zauważyłem jeszcze lekki zarost na jego twarzy i mogłem powiedzieć, że prawdopodobnie człowiek ten miał trzydzieści parę lat. Uśmiechnął się przyjaźnie, starając się objąć wzrokiem wszystkich uczestników spotkania, a następnie rzucił na siebie zaklęcie Sonorus.
   - Pragnę gorąco podziękować raz jeszcze pani dyrektor McGonagall, że zgodziła się, bym dzisiaj był tu z wami – odezwał się – Nazywam się Magnus Hopkins i jestem pisarzem, co może niektórzy z was wiedzą. Nie jestem jakoś wybitnie znany, dlatego rozumiem, że część z was mogła o mnie nie słyszeć wcale. Mimo to dziękuję wam już teraz za przybycie i wierzę, że będzie to miłe spotkanie, zarówno dla mnie jak i dla was.

ROSE
   Pogoda na szczęście dopisywała. Chociaż po niebie sunęły chmury, nie były one deszczowe, a na dworze było ciepło. Rozejrzałam się po trybunach ponownie, po czym wróciłam wzrokiem do pana Hopkinsa.
   - Moją najpopularniejszą książką jest powieść dla dzieci, o której być może słyszeliście – ciągnął – Jej tytuł brzmi „Kraina czarodziei” i opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o magicznym lądzie, który zamieszkują wyłącznie czarodziejskie rodziny. Bez obaw, książka nie jest antymugolska – tu zaśmiał się cicho – Czarodzieje mogą przechodzić ze swojego świata do świata mugoli swobodnie, tam nikt nikogo nie krytykuje ze względu na pochodzenie ani cokolwiek innego. Ten magiczny kraj zwie się Hexią i powstał dzięki mojej dziecięcej wyobraźni. Moją mamę fascynuje historia magii i już jako mały chłopiec często słyszałem opowieści sprzed lat. Podczas zabawy figurkami często wyobrażałem sobie właśnie takie czarodziejskie państwo i zacząłem zastanawiać się, jakby wyglądało naprawdę. Kiedy skończyłem szkołę, napisałem swoją pierwszą powieść, nie dotyczyła ona jednak czarodziejskiej krainy. Była to krótka opowiastka o mugolaku dorastającym wśród czarodziei czystej krwi. Sam miałem takiego przyjaciela i chciałem pokazać, jakie trudności czekają na taką osobę. Książka zwie się „Mój przyjaciel Simon”, zmieniłem jego imię w celu ochrony danych osobistych. A jak powstała „Kraina czarodziei”? Rok przed jej napisaniem odnalazłem moje stare obrazki i plany Hexii. Pomyślałem: „czemu nie?” i zabrałem się za pisanie. Powieść okazała się sukcesem i „stała się popularną książką dla dzieci”, cytując pewne czasopismo. Opinia ta niezmiernie mnie cieszy – tu uśmiechnął się szeroko.
   Potem opowiedział nam o innych swoich dziełach, a ja słuchałam go uważnie.
   - Słodki jest – szepnęłam do Emmy, lecz zareagował Scorp:
   - Słodki? – powtórzył ze zdziwieniem – Jak dla mnie po prostu przeciętny…
   Uśmiechnęłam się i nachyliłam się do niego.
   - I kto tu teraz jest zazdrosny? – zapytałam zadziornie.
   - Ej… - spłonął rumieńcem, a Albus i Emma zachichotali w tyle.
   Potem przyszedł czas na pytania.
   - Nie chciałby pan, żeby Hexia istniała naprawdę? – zapytała Aurelie Jordan z Hufflepuffu.
   - Ciągle zastanawiam się, jakby to było – przyznał pan Hopkins – Czasem tak. Wyobraźmy sobie kilka takich Hogsmeade razem. Miejsce, gdzie nie musielibyśmy się ukrywać… No jak dla mnie brzmi to nieźle.
   Były jeszcze pytania, jakich się spodziewałam, to jest: czy pisanie sprawia mu radość, czy rozważał też inny zawód, no i padło też kilka pytań o treść jego książek. Pod koniec spotkania widziałam, jak panna Huston także uniosła rękę w górę.
   - Czy jest pan jedynym pisarzem w pańskiej rodzinie? Bo pana nazwisko brzmi znajomo – rzekła z lekkim uśmiechem na twarzy.
   Pan Hopkins uśmiechnął się.
   - Więc kojarzy pani mojego przodka, Prometeusza Hopkinsa – odparł – Chyba odziedziczyłem po nim pasję do pisania. Dokładnie mówiąc, jestem jego praprapraprawnukiem.
   - Dużo tego „pra” – zauważył Albus szeptem.
   - Rozumiem, więc to rodzinne – panna Huston kiwnęła głową.
   Po spotkaniu była także możliwość otrzymania autografu od pana Hopkinsa. Ustawiłam się w kolejce, trzymając mój własny egzemplarz „Mojego przyjaciela Simona”. Poza kolejką, lecz obok mnie stali Albus, Scorpius i Emma.
   - Ten tytuł brzmi ciekawie – przyznał Scorp – Mógłbym kiedyś pożyczyć od ciebie tę książkę?
   - Jasne – zgodziłam się.
   Wiedziałam, że Scorpius nie oceniał innych przez pryzmat statusu krwi, co bardzo w nim doceniałam. Pewnie dlatego zainteresowała go ta książka, a poza tym czarodzieje czystej krwi często nie mają pojęcia, co czasem musi przechodzić taki mugolak. Moja mama jest mugolaczką i dobrze wie, jak to jest. Sama także czytała tę książkę. Postanowiłam nie mówić nic o tym autografie i podarować jej mój egzemplarz na Boże Narodzenie. Wiem, że to wcześnie, ale skoro jest okazja, to czemu by jej nie wykorzystać?
   Między nami rozwinęła się dyskusja na temat poglądów pana Hopkinsa.
   - Ciekawe, jakby to było mieszkać w takiej Hexii – zamyślił się na głos Al.
   - Możliwość swobodnego używania magii rzeczywiście brzmi dobrze – przyznałam – Ale niektórzy mogliby to wykorzystać. Czasem trzeba się pohamować, bo można zostać zauważonym.
   - Ale z drugiej strony nie byłoby tyle zachodu z ukrywaniem się – zauważyła Emma – Pracownicy ministerstwa nie mieliby dylematu, jak zamaskować jakiś akt magii. Szczerze to sama nie wiem, jakby to funkcjonowało.
   Scorpius kiwnął głową.
   - Czasem coś wydaje się idealne, ale gdy już wchodzi w życie, dopiero wtedy zauważa się tego wady – odrzekł, a ja uniosłam brwi do góry i uśmiechnęłam się lekko.
   - To było całkiem mądre, Scorp – przyznałam, a on nieco się zarumienił.
   - Dzięki – odparł wesoło.
   Wreszcie doczekałam się autografu i podekscytowana podziękowałam panu Hopkinsowi.
   - Chętnie przeczytam więcej pańskich książek – oznajmiłam, a on uśmiechnął się rozczulająco.
   - Chętnie napiszę więcej książek dla takich zaciekłych czytelników – oświadczył.
   Uśmiechnęłam się szeroko. Idąc z powrotem w stronę zamku, pomyślałam, że to spotkanie jest całkiem szczęśliwym wspomnieniem. Postanowiłam, że potem wypróbuję je do przywołania patronusa. Może tym razem się uda!
   Z moimi towarzyszami pożegnałam się w Sali Wejściowej, a następnie udałam się ku schodom. Po drodze spotkałam Jennifer Fiennes, co wydawało mi się dziwne, skoro jej dormitorium mieściło się w lochach. Myślałam, że po prostu się wyminiemy, jednak ona podeszła do mnie.
   - Widzę, że startujesz do Scorpiusa, Weasley – wypaliła, a mnie zatkało – Co? Myślisz sobie, że ulegnie takiej zdrajczyni krwi jak ty? To chyba grubo się mylisz…
   - Przepraszam, co? – wyrzuciłam w końcu z siebie cokolwiek, a oburzenie we mnie rosło.
   - Nie dosłyszałaś? – prychnęła – Scorpius nigdy nie umówi się z tobą. Zasługuje na kogoś lepszego, na czarownicę czystej krwi… taką jak ja.
   Uśmiechnęła się jadowicie, a ja nie wytrzymałam.
   - Myślisz, że Scorpius jest jakimś przedmiotem, o który będziesz się teraz ze mną kłócić? – syknęłam – To chyba ty się mylisz. Scorpius jest wolnym człowiekiem i nie umawia się obecnie z nikim. Jeżeli chcesz z nim być, to powiedz to jemu, ale przekaż mu to w jakiś bardziej uprzejmy sposób!
   Jennifer wybałuszyła oczy, a ten kpiący uśmieszek zszedł jej z twarzy.
   - Więc nie miałabyś nic przeciwko gdybym była ze Scorpiusem? – zdziwiła się.
   - Scorpius jest wolnym człowiekiem… - powtórzyłam po chwili – Czy ja mam prawo mu czegokolwiek zakazywać?
   To powiedziawszy, wyminęłam ją i udałam się do siebie. To spotkanie było co najmniej dziwne. Dlaczego tak na mnie naskoczyła? Pewnie pomyślała, że wtedy, gdy zastała nas razem w lochach, coś między nami się wydarzyło. Nie miałam pojęcia, że tak jej na nim zależało… Wyobraziłam sobie ich razem i poczułam się dziwnie źle. Nie pasowali do siebie, co potwierdzało, jakim tonem się do mnie odezwała, kiedy mówiła o moim statusie krwi. Jednak było coś jeszcze… Nie potrafiłam wyobrazić sobie Scorpiusa z żadną inną dziewczyną… Inną ode mnie. Co to za egoistyczna myśl zrodziła się w mojej głowie? Czyżbym postradała zmysły?... Nie, ja… Och, Merlinie! Zakochałam się w Scorpiusie Malfoy’u?...
   Nie mogłam w ogóle zasnąć, ciągle tylko myślałam o Scorpiusie. Tak, rzeczywiście musiałam być w nim zakochana. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz… Przecież, patrząc tak na nas z boku, można było to wywnioskować! Ale jak to się stało?... Kiedyś unikałam go jak ognia, potem jednak zaczęłam spędzać z nim czas… Kiedy się w nim zakochałam? Nawet nie zauważyłam… Słodki Merlinie, jakie to było dziwne uczucie. Równocześnie czułam się przyjemnie i wesoło, ale także jakoś nieswojo, a myślałam o tym wszystkim z niepokojem. Tata powiedział, żebyśmy się „zbytnio nie zaprzyjaźnili”… Chyba przekroczyłam w tym momencie wszelkie granice… Ale nie, stop! Zostawmy opinie! Przecież Rose Weasley też jest wolnym człowiekiem. Więc… czego chce Rose Weasley? Rose Weasley rzeczywiście, bez cienia wątpliwości, chce być blisko Scorpiusa Malfoy’a… Ale czy Rose Weasley chce mu to powiedzieć?...

czwartek, 8 czerwca 2017

V. 20 września, poniedziałek


ALBUS 
  Wczoraj dostałem list od taty, w którym jak zwykle pisał, co tam w domu. Cóż, nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie dołączył postscriptum o tym, że ma dla mnie jakąś niespodziankę… Nic więcej na ten temat nie napisał, więc całą niedzielę głowiłem się nad tym.  Urodziny mam dopiero w lipcu, więc to raczej nie jest jakiś prezent… A może i jest? Kto tam wie…
   Dzisiaj naszą pierwszą lekcją była obrona przed czarną magią, którą w poniedziałki mieliśmy z Gryfonami. Tego przedmiotu nauczał profesor Matthew Collins, trzydziestojednoletni auror i znajomy taty. Był blady, miał brązowe oczy i włosy oraz lekki zarost. Czasem reagował zbyt gwałtownie, ale ogólnie był dosyć miły i lubił żartować. Kiedy wszedłem do klasy ze Scorpem, profesor grzebał w biurku.
   - Gdzie ja położyłem te papiery… - mruczał pod nosem.
   Zajęliśmy miejsca w ławce za Rose i Kelly. Przywitaliśmy się z nimi i pogadaliśmy trochę. Minęło już kilka minut, ale profesor wciąż nie rozpoczął lekcji, co frustrowało Rose.
   - No weź, niech sobie tam szuka… Przynajmniej można pogadać – stwierdziła Kelly, ale Rose już nie wytrzymywała.
   - Przepraszam, panie profesorze? – chrząknęła.
   - Tak? – usłyszeliśmy jego głos, a później wychylił się znad biurka.
   - Kiedy zaczniemy lekcję?... – spytała zniecierpliwiona.
   - Ach, przepraszam was… - podniósł się, a następnie obdarzył nas serdecznym uśmiechem – Racja, trochę się tam zasiedziałem… No nieważne! Dzisiaj na lekcji będziemy mieli gościa.
   Po klasie przeszły szmery, wszyscy zastanawiali się, kto może nas odwiedzić.
   Profesor wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
   - No, ale niech sam się przedstawi! – to powiedziawszy wskazał na tylne drzwi. 
   W pomieszczeniu pojawił się on – zielone oczy, czarne, potargane włosy, okrągłe okulary na nosie i zygzakowata blizna na czole… Więc to była ta jego niespodzianka?...
   - Witajcie – tata uśmiechnął się do klasy, niektórzy uczniowie spojrzeli na mnie – Przypuszczam, że część z was mnie rozpoznaje, ale dla przypomnienia: nazywam się Harry Potter i jestem szefem Departamentu Aurorów.
   Tak, wszyscy wiedzieli, kim jesteś, tato... Piszą o tobie wszędzie, jesteś jeszcze na karcie w Czekoladowych Żabach…
   - Będę dzisiaj prowadził wasze zajęcia wspólnie z profesorem Collinsem – wyjaśnił.
   Och, nie… Profesor Harry Potter – spełnił się mój koszmar!
   - Pokażę wam parę zaklęć obronnych – ciągnął tata – Możemy urządzić sobie nawet mały pojedynek.
   Rose i Kelly zerknęły na nas i wymieniliśmy zmartwione spojrzenia. Ciekawi byliśmy, jak to wszystko się potoczy.
   - Dobrze – odparł tata z lekkim uśmiechem – Teraz poproszę was, abyście wstali ze swoich ławek, zrobimy tu trochę miejsca.
   Kiedy spełniliśmy jego polecenie, tata machnął różdżką, by odsunąć wszystkie ławki w drugą część sali.
   - To może przypominać działający niegdyś tu, w Hogwarcie, klub pojedynków – oznajmił, kiwnąwszy głową – Teraz ja i profesor Collins stoczymy ze sobą taki właśnie pojedynek, a was proszę o obserwację.
   Nauczyciel wyprostował się dumnie i uśmiechnął się koleżeńsko do taty.
   - Gotowy? – zapytał tata, a profesor skinął głową.
   Obaj wyciągnęli przed siebie różdżki.
   - Expelliarmus! – zawołał tata, a pan Collins tuż za nim krzyknął:
   - Protego!
   Z różdżki taty wystrzelił czerwony strumień, który nie ugodził jednak pana Collinsa, gdyż ten wyczarował półprzezroczystą tarczę, od której zaklęcie taty się odbiło. Ciskali w siebie różnymi formułkami, a my obserwowaliśmy ich walkę. Cóż, jako aurorzy potrafili świetnie odeprzeć atak, dziwnie jednak było widzieć tatę w roli nauczyciela. Na szczęście na razie nie zrobił niczego upokarzającego…
   - Wujkowi Harry’emu dobrze idzie – szepnęła Rose, uśmiechając się lekko.
   - Ci dwaj walczą jak starzy, dobrzy kumple – stwierdził Scorpius.
   Pojedynek był wyrównany i pozostał nierozstrzygnięty, gdy profesor Collins go przerwał, dając znak tacie.
   - Jak widzicie, moglibyśmy tak cały dzień – roześmiał się nauczyciel – Jednak myślę, że już wam wystarczy. Normalnie pewnie użylibyśmy zaklęć niewerbalnych, to znaczy, nie wypowiedzielibyśmy ich formułek, lecz chcieliśmy, żebyście je poznali. W dodatku zaklęć niewerbalnych będziecie uczyć się w przyszłym roku.
   - Dobrze, w takim razie teraz dobierzcie się, proszę, w pary – polecił tata – Zapiszę na tablicy parę przykładów przydatnych zaklęć. Pamiętajcie, nie pozabijajcie się nawzajem.
   Scorpius wycelował we mnie swoją różdżkę.
   - W prawym narożniku wielki wojownik, Scorpius Hyperion Malfoy… – udał poważny głos.
   Prychnąłem i również wyciągnąłem swoją różdżkę.
   - A w lewym narożniku wspaniały, niepokonany… Albus Severus Potter!
   Roześmialiśmy się obaj, a ja widziałem, jak Rose pokręciła głową na ten widok. Sama dobrała się w parę z Kelly.
   Wypróbowałem na Scorpiusie zaklęcie Expelliarmus. Nie zdążył zareagować i jego różdżka wypadła mu z ręki. Było to zaklęcie rozbrajające.
   Tata i pan Collins nadzorowali, czy wszyscy zachowują bezpieczeństwo. Kiedy tata znalazł się obok nas, pokiwał głową.
   - Nieźle wam idzie - przyznał z uśmiechem, patrząc na mnie i Scorpa.
   Chociaż tata też miał na pieńku z Malfoy'ami, nie żywił do nich takiej niechęci jak wujek Ron. Przez podejście wujka Rose niejednokrotnie musiała odpowiadać na mnóstwo pytań o to, czy jest lepsza w nauce od Scorpa, jednak wujek zawsze był przez to karcony przez ciocię Hermionę, która nie chciała siać niepotrzebnych konfliktów.
   - Tylko, Albus, musisz trzymać różdżkę trochę inaczej, pokażę ci... - dodał i stanął tuż obok, by przyjąć odpowiednią pozę dla przykładu - O, tak lepiej.
   Uśmiechnął się raz jeszcze i podszedł do dwójki obok, Rose i Kelly, by przyjrzeć się ich zmaganiom.
   - Drętwota! - zawołała Rose.
   Kelly zamiast użyć jakiegoś zaklęcia, zrobiła unik. To samo zrobiła z kilkoma innymi atakami Rose.
   - Panno Ashes - odrzekł tata - Lepiej by było, gdyby jednak używała pani zaklęć, czy to do obrony, czy do kontrataku.
   - Wiem - przyznała Kelly - Ale żadne odpowiednie zaklęcie nie przychodzi mi do głowy tak szybko...
   - Spokojnie... - tata wskazał na tablicę - Możesz przecież korzystać z tych formułek, które tu zapisałem. Wypróbuj je po prostu lub zapytaj o ich działanie. To tylko lekcja, która służy właśnie temu, byś nauczyła się czegoś nowego - uśmiechnął się lekko - Może zwyczajnie trochę zwolnijcie. Oczywiście w prawdziwym pojedynku nie ma się zbyt wiele czasu na zastanowienie, ale, raz jeszcze - to tylko lekcja.  
   To powiedziawszy, poszedł dalej. Muszę przyznać, że chociaż nie widziałem go w roli nauczyciela, stara się jak może.
   Niektóre zaklęcia godziły sąsiednie osoby, jednak żadne nie było niebezpieczne. Dochodziło do ewentualnego paraliżu ciała lub odepchnięcia nieco dalej. Na szczęście tata i pan Collins, jak już wspomniałem, wszystkiego doglądali i w razie czego interweniowali. Spokojnie, nikt nie ucierpiał.
   - No dobrze – powiedział tata pod koniec lekcji – Teraz dam wam szansę zmierzyć się ze mną – uśmiechnął się, a ja widziałem, że niektórzy bardzo entuzjastycznie zareagowali na tę propozycję – Mój przeciwnik zostanie zaraz wyznaczony.
   To powiedziawszy, uniósł różdżkę i rzucił jakieś zaklęcie w naszą stronę. Rozumiem, ze miało ono wylosować jedną osobę, a polegało na tym, że po uczniach skakało małe, czerwone światełko, jak gdyby losując. Czekaliśmy, na którym z nas się zatrzyma, a ja błagałem, bym nie był to ja. Na chwilę straciłem światełko z oka i zacząłem gorączkowo rozglądać się po całej klasie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to na mnie wszyscy patrzą… Spojrzałem na swoje ramię i dostrzegłem to małe cholerstwo.

SCORPIUS
   Wszyscy wybałuszali oczy, patrząc na Albusa. No nieźle, miał stoczyć pojedynek z własnym ojcem... Pan Potter wyglądał na równie zaskoczonego wynikiem losowania, ale decyzja już zapadła. Al spojrzał na mnie, a jego mina mówiła wszystko - potwornie tego nie chciał. Pan Potter podszedł do niego i słyszałem, jak ściszonym głosem powiedział:
   - Jeżeli nie chcesz, możesz się wycofać. Wylosuję kogoś innego.
   Albus mimo wszystko wyglądał, jakby się wahał. Chyba go rozumiałem - łatwo byłoby po prostu się poddać, ale gdyby to zrobił, wyszedłby na tchórza. Z drugiej strony pojedynek z własnym ojcem, w dodatku szefem aurorów, na oczach całej klasy... Tak, właśnie. To brzmi bardzo źle.
   - Nie, tato... - odrzekł Al - Chociaż wolałbym tego uniknąć, nie mogę tak po prostu się wycofać, gdy już zostałem wybrany.
   Pan Potter uśmiechnął się pod nosem, a potem przyjął pozycję do walki. Albus wyprostował się i obaj wyszli na środek. Spojrzałem na Rose, która szeptała nerwowo z Kelly.
   - Jak to schrzani, James nie da mu życia - stwierdziła dobitnie Kelly.
   - Mam nadzieję, że wujek Harry zdaje sobie z tego sprawę i nie dopuści do przegranej Ala... - odparła Rose.
   - Przepraszam, że się wtrącę - zabrałem głos - Ale pan Potter jest szefem aurorów. Gdyby przegrał z uczniem, niezbyt dobrze wpłynęłoby to na jego reputację. Poza tym wszyscy wiedzieliby, że dał mu fory, bo to jego syn.
   - Nie powiedziałam, że wujek ma przegrać - sprostowała Rose - Może poprowadzi pojedynek tak, jak walczył z profesorem... Żaden z nich nie wygrał.
   Wszyscy troje spojrzeliśmy zmartwieni w stronę dwójki na środku sali.
   - Gotowi? - spytał profesor Collins, a Al i pan Potter skinęli głowami - Więc zaczynajmy!
   Ledwo co rozległ się okrzyk profesora, Albus machnął swoją różdżką i krzyknął:
   - Expelliarmus!
   Pan Potter był widocznie zaskoczony, jednak równie szybko osłonił się zaklęciem Protego. Widziałem determinację w oczach Ala.
   Początkowo miotał serią zaklęć atakujących w stronę pana Pottera, a ten tylko odbijał je zręcznie swoją półprzezroczystą osłoną. W tej nerwowości mojego przyjaciela dodatkowo widać było strach - bał się, że nie da rady. Często mówił mnie i Rose, że ma wrażenie, jakoby nie spełniał oczekiwań swoich rodziców, chociaż oni nie chcieli wywierać na nim presji. Pewnie zdawali sobie sprawę, że mając takich rodziców, Al i tak nie uniknie parcia na szkło, jakie zadaje mu społeczeństwo. Zresztą i Rose miała sławnych rodziców, więc także znała to uczucie doskonale. Moi natomiast, cóż, niezbyt przysłużyli się w wojnie z Czarnym Panem, jednak nasza rodzina i tak była znana ze względu na status krwi. Może i niesłusznie, jednak zazdrościłem trochę Alowi i Rose, że ich rodziny zrobiły jednak coś, żeby sobie na takie zainteresowanie zasłużyć, a nie tylko urodziły się. Co prawda nasza trójka była znana wyłącznie z tego... Więc teraz, patrząc na zestresowanego Albusa, rozumiałem dobrze, że chce po prostu udowodnić, że jest kimś więcej niż synem dwojga sławnych osób. Że istnieje samodzielna jednostka o imieniu Albus Potter i wcale nie powinno się jej rozpatrywać przez pryzmat nazwiska. W nas wszystkich czaiło się takie pragnienie i wiedzieliśmy, że musieliśmy wykorzystywać wszystkie możliwe szanse.
   Spojrzałem na Rose, która przypatrywała się pojedynkowi w napięciu, przygryzając dolną wargę.
   - Albus chyba nie chce go skrzywdzić? – zapytała Kelly.
   - Nie, on wie, że i tak by mu się nie udało – stwierdziła Rose, nie odrywając wzroku od nich – Ale daje z siebie wszystko.
   Pan Potter wreszcie przestał wyłącznie odbijać zaklęcia, ale teraz również atakował. Byłem bardzo ciekaw, jak to wszystko się potoczy…
   - Levicorpus! – krzyknął pan Potter, a Albus odbił zaklęcie tarczą.
   Prawdę mówiąc, kończył się już czas lekcji, więc może rzeczywiście pojedynek pozostanie nierozstrzygnięty. Takie wyjście byłoby najlepsze, no ale oczywiście tak stać się nie mogło.
   - Drętwo-… a-a… A psik! – Al kichnął głośno, zmieniając formułkę zaklęcia w coś niezrozumiałego, i aż odrzuciło go do tyłu.
   Z jego różdżki posypały się iskry i jakiś dziwny promień wystrzelił z jej końca, gdy upadł na podłogę. Otoczyliśmy go, wlepiając w niego zdumione spojrzenia.
   - Odsuńcie się! – zawołał profesor Collins i jakoś przedostał się do Ala, a za nim przedarł się i pan Potter.
   Albus podniósł się i usiadł, trzymając się za nos.
   - Auu… - jęknął żałośnie, a po chwili wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk podobny do kwakania…
   Zabrał rękę, a my oniemieliśmy – jego nos był teraz kaczym dziobem! Poważnie, co to za zaklęcie?… Ktoś zaśmiał się cicho, a ktoś inny wydał z siebie zduszony krzyk.
   - No już, pójdziemy z tym do pani Pomfrey… - oznajmił profesor, pomagając Alowi wstać – Koniec lekcji!
   Rozeszliśmy się, by zabrać swoje rzeczy. Kelly chichotała, a Rose spojrzała na nią gniewnie.
   - No co? Przecież nic poważnego mu się nie stało, pani Pomfrey zaraz przywróci go do normalności! – stwierdziła, wzruszając ramionami – A to było śmieszne, przyznaj…
   - Nie! Biedny Al… - Rose zmarszczyła czoło.
   - Może nie nazwałbym tego śmiesznym – wtrąciłem – Ale Kelly ma rację, pani Pomfrey zaraz się nim zajmie.
   Spojrzała na mnie zmartwiona, ale zdobyła się na blady uśmiech.

***
  
   Potem mieliśmy jeszcze między innymi zaklęcia i historię magii, ale Albus dalej siedział w Skrzydle Szpitalnym. Ja i Rose próbowaliśmy go odwiedzić, ale pani Pomfrey nam tego zakazała. Miałem nadzieję, że wszystko z nim w porządku. Spotkaliśmy też w jednym z korytarzy Jamesa, który wymachiwał jakoś dziwnie rękami i udawał kaczkę… Tak, więc pewnie i on dowiedział się o tym incydencie. Rose chciała go porządnie zrugać, ale on w ogóle nie słuchał.
   - Zostaw tego pozera… - szepnąłem i zabrałem ją stamtąd.
   Idąc na obiad do Wielkiej Sali, rozmawialiśmy na tyle tematów na raz, że zmieniały się one bardzo szybko. Zaczęło się oczywiście od Ala i Jamesa, ale potem zeszło też na tamtą imprezę po meczu.
   - W ogóle to świetnie się wtedy bawiłam – przyznała Rose, uśmiechając się promiennie – Chciałam ci jeszcze raz podziękować, że o mnie pomyślałeś.
   - Nie ma sprawy – kąciki moich ust powędrowały w górę – Mnie też było miło. Lubię z tobą spędzać czas…
   Oj, może powiedziałem trochę za dużo… Widziałem blade rumieńce na jej jasnej twarzy, kiedy swoim nawykiem poprawiła nerwowo włosy i uśmiechnęła się nieśmiało. To wystarczyło mi jako odpowiedź.
   Obiad zjedliśmy jednak osobno, bo ona usiadła przy swoim stole, gdzie czekały na nią Emma i Kelly, a ja przysiadłem się do Noah i Jennifer, Albusa dalej nie było. Zanim ktokolwiek wyszedł z sali, profesor McGonagall zajęła miejsce przy mównicy i poprosiła o uwagę.
   - Przepraszam, że przerywam posiłek, ale proszę tylko o chwilę skupienia – oznajmiła – Mamy okazję gościć u nas pisarza Magnusa Hopkinsa. Spotkanie odbędzie się w ten czwartek, prawdopodobnie na boisku quidditcha. Chętnych proszę o zgłoszenie się do mnie do środy. Dziękuję za uwagę.
   To powiedziawszy, pani dyrektor zasiadła z powrotem u nauczycielskiego stołu. Po sali rozległy się rozmowy na temat ogłoszenia.
   - Idziecie? – zapytała Jennifer.
   - Nie znam nawet gościa – Noah wzruszył ramionami – Poza tym co ciekawego może być w spotkaniu z pisarzem?
   - Ja uważam, że sporo – zabrałem głos – Też go nie znam, ale tym ciekawiej będzie poznać jego twórczość. Może zachęci mnie to do przeczytania jakiejś jego powieści.
   Noah spojrzał na mnie z politowaniem.
   - Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z Rose Weasley – skwitował, a ja wywróciłem oczami.
   - Ale ja też uważam, że to może być ciekawe – wtrąciła Jennifer – Tak jak mówisz, Scorpius, może akurat jego twórczość nas zainteresuje.
   - Chcecie, to idźcie – Noah zaśmiał się cicho.
   Po obiedzie podszedł do mnie Daniel Stone.
   - Scorpius, bo ty znasz trochę Gryfonów, nie?... – zapytał, a ja uniosłem brwi.
   - No paru ich znam… - przyznałem, zastanawiając się, o co mu chodzi.
   - A znasz Sakurę Shinsei? – ciągnął.
   - Sakurę Shinsei – powtórzyłem – A, tak, jest przecież na naszym roku, ale raczej rozmawiamy okazjonalnie.
   Kiwnął głową, a ja spojrzałem na niego pytająco.
   - Nieważne… - mruknął speszony – No dobra, podoba mi się…
   - No to do niej zagadaj – odparłem.
   - Ona chyba nie widzi mnie w taki sposób – uśmiechnął się krzywo – Ale gdybyś tak kiedyś z nią rozmawiał, to szepnij jej o mnie dobre słówko…
   - Jasne, nie ma sprawy – zapewniłem, a Daniel uśmiechnął się i każdy z nas poszedł w swoją stronę.
   Zaczynam rozważać otwarcie jakiejś poradni dla zakochanych, bo to już kolejna taka osoba…
   
ROSE
   Podczas obiadu opowiedziałyśmy szczegółowo Emmie i Lily o tym, co wydarzyło się podczas lekcji obrony przed czarną magią. Wyglądały na wyraźnie zmartwione i obie wściekły się reakcją Jamesa. Kelly dalej nie widziała w tej sytuacji niczego poważnego, ale również zgadzała się z tym, że James przesadza.

   - A czy tata coś o tym w ogóle mówił? – zapytała Lily, marszcząc lekko czoło.

   Wzruszyłam ramionami.

   - Od razu po tym, jak to się stało, nie mówił nic, tylko patrzył na Albusa w szoku – wyjaśniłam – Może potem jakoś z nim rozmawiał, nie wiem… Po lekcji już go nie widziałam.

   - Spokojnie, Alowi nic nie będzie… - powtórzyła Kelly, już nieco zirytowana.

   - Wiem, ale to pozostanie dla niego niezbyt przyjemnym wspomnieniem… - westchnęła Emma.

   Po posiłku udałam się z Emmą do biblioteki, jak wcześniej ustaliłyśmy – miałyśmy się pouczyć na numerologię. Pytałyśmy też Kelly, czy wpadnie, ale ona stwierdziła, że nie chce jej się dzisiaj siedzieć nad książkami. Jej wybór…

   W bibliotece była garstka uczniów, więc miałyśmy duży wybór co do miejsca nauki. Usiadłyśmy przy stole i wyjęłyśmy książki.

   - W ogóle to jeszcze nie zdążyłam cię spytać – zaczęła Emma – Ale pewnie idziesz na to spotkanie z tym całym pisarzem? Jak mu było…

   - Magnus Hopkins – podpowiedziałam.

   - Hopkins?... – usłyszałam za sobą kobiecy głos.

   Obróciłam głowę i zobaczyłam pannę Huston.

   - Tak – potwierdziłam – Pani dyrektor ogłaszała, że spotkanie z nim odbędzie się w ten czwartek na boisku szkolnym.

   - To ciekawe, chętnie przyjdę – uśmiechnęła się i odeszła.

   No cóż, skoro pracuje w bibliotece, to zdziwiłabym się, gdyby książki jej nie interesowały. Pewnie nie była na obiedzie, skoro nie wiedziała o tym spotkaniu.

   - W ogóle to co on napisał? – Emma zmarszczyła czoło – Nie znam go…

   - Najbardziej znany jest ze swoich książek dla dzieci, ale ma na swoim koncie również kilka powieści dla dorosłych – wyjaśniłam – Nie przeczytałam wszystkiego, ale mniej-więcej orientuję się w temacie. I tak, idę na to spotkanie.

   Wymieniłyśmy uśmiechy i zabrałyśmy się za naukę. Po jakimś czasie w bibliotece pojawiła się Hayley Sparks i podeszła do nas.

   - Wiecie, jak czuje się Albus?... – wypaliła bez powitania.

   - Kiedy byłam w Skrzydle Szpitalnym rano, pani Pomfrey mnie nie wpuściła, ale mówiła, że wszystko u niego w porządku – opowiedziałam.

   - Uff, to całe szczęście… - westchnęła Hayley z ulgą – Na pewno bardzo dzielnie sobie radził podczas pojedynku… Ktoś musiał go sabotować!

   - Nie, Hayley, on po prostu kichnął… - sprostowałam – Zdarza się…

   - No a jeżeli ktoś rozpylił coś w powietrzu? – upierała się Krukonka.

   - Nie sądzę… Inni też by poczuli – odparłam.

   - W każdym razie… - podjęła po krótkiej chwili – Gdybyście coś wiedziały na jego temat…

   - Tak, powiadomimy cię – zgodziłam się z lekkim uśmiechem na twarzy.

   - Dziękuję – uśmiechnęła się promiennie i wyszła z biblioteki.

   Spojrzałam na Emmę, a ona zmarszczyła czoło.

   - Sabotaż? – powtórzyła ze zdziwieniem – Też martwię się o Ala, jednak…

   - Nie pytaj – wywróciłam oczami.

   Po jakimś czasie Emma się odezwała:

   - Myślisz, że dlaczego ona mu się tak podoba?

   Uniosłam głowę znad książki, oderwawszy się od czytania.

   - Co? – zapytałam.

   - Hayley… No podoba się Alowi – Emma uśmiechnęła się krzywo – To przez te kolorowe włosy?...

   - Nie wiem, Em… - odpowiedziałam szczerze – Ale zdaje się, że Hayley podoba się wielu chłopcom. Słyszałam na przykład, jak Noah Zabini mówił o niej, że jest „urocza”.

   - Urocza… - powtórzyła Puchonka, poprawiając luźny kok, w jaki upięła swoje ciemnozłote włosy – Ciekawe, czy Al też tak o niej myśli.

   - Em… Nie bądź o nią zazdrosna… - uniosłam brew do góry.

   - Nie jestem! – zaprzeczyła, a jej policzki zrobiły się jasnoróżowe – Tylko…

   - Albus też ci się podoba – zgadłam, choć podejrzewałam to już od jakiegoś czasu.

   Nerwowa reakcja Emmy potwierdziła moje spekulacje.

   - Nie mów mu… - poprosiła.

   - Nie zrobiłabym tego, coś ty – zapewniłam.

   - I tak nic z tego nie będzie, on widzi we mnie tylko kumpelę… - jęknęła – Albo gorzej… Kumpla.

   - Em, co ty wygadujesz? – zmarszczyłam czoło.

   - No popatrz na mnie… - westchnęła – Moje włosy wyglądają jak strąki siana, a Hayley zawsze idealnie się układają. W dodatku jestem od niej niższa, mam okrągłą twarz usianą piegami… i krzywe zęby.

   - Emmo, uspokój się, proszę… - przerwałam tę falę samokrytyki – Nie porównuj się do nikogo… Poza tym, kogo obchodzą jakieś tam kolorowe włosy? Ty masz ciepłą osobowość! Jesteś wyrozumiała i nikogo nie potępiasz. To bezcenne, uwierz mi.

   Uśmiechnęłam się i położyłam jej dłoń na ramieniu. Nie chciałam, by tak źle o sobie myślała. Nigdy raczej nie zważała na to, co inni mogliby sobie pomyśleć. Prawda, może i czasem przypominała chłopczycę, ale czym jest wygląd zewnętrzny? To zawsze można zmienić…

   Emma spojrzała na mnie.

   - Dzięki, Rose… - odrzekła – Chciałabym, żeby Al też tak sądził…

   - Na pewno tak uważa – stwierdziłam – Znacie się od dziecka i nieraz przychodził właśnie do ciebie, gdy go coś trapiło. Hayley Sparks nigdy nie będzie mu tak bliska, nieważne, jak bardzo „uroczo” będzie wyglądać.

   Emma zaśmiała się cicho pod nosem.



***



   Po kolacji Scorpius dopadł mnie z propozycją ponownej próby odwiedzenia Albusa w Skrzydle, więc udaliśmy się do tej części zamku. Tym razem pani Pomfrey się zgodziła i weszliśmy do sali. Al zajmował łóżko pod oknem i od razu, gdy weszliśmy, spojrzał na nas wesoło, więc podeszliśmy bliżej i przywitaliśmy się z nim równie entuzjastycznie. Miał zaklejony nos plastrem, ale był już on całkiem ludzki.

   - Musiałem wypić jakiś ohydny eliksir – opowiadał – Ale mi pomógł i już nie kwaczę…

   Roześmialiśmy się, a pani pielęgniarka nas upomniała.

   - W każdym razie – podjął znów Al – Tata bardzo się przejął. Przyszedł tu, Pomfrey go w końcu wpuściła… I wiecie co? Powiedział, że jest ze mnie dumny!

   Automatycznie się uśmiechnęłam, widząc, jak bardzo Albus jest z tego zadowolony.

   - To znaczy, oczywiście nie z tego, że zostałem kaczką – zaśmiał się – Ale powiedział, że nie brakuje mi zręczności i byłem godnym przeciwnikiem. I nie mówił tak tylko dlatego, że jest moim ojcem… Umiem już to rozpoznać, wierzcie mi – dodał, unosząc brwi do góry.

   - Same dobre wieści – stwierdził Scorpius – Ale musimy cię ostrzec… James już wie.

   - Tym debilem się nie przejmuję – stwierdził dumnie Albus – Uznanie taty jest dla mnie stokroć ważniejsze.

   - To dobrze, bo w sumie i tak nikt nie bierze tych jego żartów na poważnie – dodałam – Większość się o ciebie martwiła.

   Zastanawiałam się przez moment, czy wspomnieć mu też, że Hayley o niego pytała, ale pomyślałam wtedy o Emmie i jednak się wycofałam. Może to nieuczciwe, ale czułabym się z tym źle.

   Opowiadaliśmy Albusowi, co działo się u nas przez resztę dnia, dzięki czemu mogłam się też dowiedzieć, co porabiał Scorpius na tych zajęciach, które mieliśmy osobno. Potem udało się nam we trójkę ubłagać panią Pomfrey, żeby Al mógł wyjść jeszcze dzisiaj ze szpitala i razem opuściliśmy Skrzydło, by następnie się pożegnać i rozdzielić.