ALBUS
Chyba nie muszę po raz kolejny mówić, jak
bardzo nienawidzę tych dręczących koszmarów.
Dziś znów obudziłem się zlany potem w
środku nocy. Zauważyłem, że ta sama scena śni mi się coraz częściej i bardzo
mnie to niepokoiło. Rano, kiedy szedłem na śniadanie, kolejny raz wyglądałem
jak śmierć. Niewyspany i przygnębiony, prawie wpadłem na jakąś dziewczynkę.
Miała miedziane włosy spięte w kucyk oraz błękitne oczy.
- Coś cię trapi – powiedziała, a ja
spojrzałem na nią ze zdziwieniem – No co? Przecież to widać!
Musiała to być pierwszoklasistka, bo nie
widywałem jej tu przedtem, ale istniała też opcja, że po prostu jej nie znałem.
Nie musiałem zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo sama się przedstawiła:
- Violet Kirby z pierwszego roku.
- Albus Potter z piątego – mruknąłem, wciąż
bacznie jej się przyglądając.
Uśmiechnęła się i wyglądało na to, że
planuje już sobie pójść, więc ja też ruszyłem w swoją stronę. Po chwili jednak
znów usłyszałem jej głos:
- Może zapytaj o to panią Trelawney.
Obróciłem się w jej stronę, znów marszcząc
czoło.
- Panią Trelawney – powtórzyła z
przyjacielskim uśmiechem na twarzy – Ona powinna wiedzieć, może to dotyczy
twoich losów.
To powiedziawszy, obróciła się na pięcie i
udała się przed siebie, podskakując wesoło. Stałem tam jeszcze chwilę jak
oniemiały, gapiąc się w stronę, w którą poszła Violet. Skąd wiedziała?... Ktoś
opowiadał jej o tych snach?...
To spotkanie mnie nieco rozbudziło. Ruszyłem
w stronę Wielkiej Sali na śniadanie - początek dnia pełnego wrażeń.
Dzisiaj również mieliśmy zajęcia obrony przed
czarną magią, także z Gryfonami. Tym razem jednak lekcji nie prowadził mój
tata, a inna aurorka, Setsuna Shinsei, matka Sakury z naszej klasy. Pani
Shinsei była wysoką kobietą o nieco azjatyckich rysach twarzy. Miała bladą
cerę, stalowoniebieskie oczy oraz ciemnobrązowe włosy z grzywką, sięgające
ramion. Sakura była bardzo podobna do swojej mamy.
- Tak więc - powiedziała pani Shinsei po
krótkim przedstawieniu się - Dzisiaj pokażę wam, jak wywołać patronusa.
Profesor Collins chrząknął w tyle sali.
- Nie sądzisz, Setsuno, że to jeszcze za
wcześnie? - uniósł brwi do góry.
- Ja sama uczyłam się tego zaklęcia na moim
piątym roku - wzruszyła ramionami - Poza tym nie mówię, że wam wyjdzie -
zwróciła się do klasy - To bardzo trudne zaklęcie, ale ja nauczę was tylko
teorii.
Widziałem, jak Noah uniósł rękę w górę.
- Tak? - zapytała pani Shinsei.
- A czy to będzie na SUMach? - odrzekł Noah.
- Nie wymaga się tego od uczniów na egzaminach
szkolnych – wyjaśniła.
Noah
uśmiechnął się pod nosem i już wiedziałem, że za bardzo to się nie będzie
starał.
- A powinno być obowiązkowe… To zaklęcie może uratować
skórę, wiem, o czym mówię – dodała – W każdym razie, patronus jest czymś w
rodzaju opiekuna. W swojej pełnej okazałości, to jest formie cielesnej,
przybiera postać jakiegoś zwierzęcia. Żeby go przywołać, trzeba przede
wszystkim przypomnieć sobie najszczęśliwsze wspomnienie, jakie się posiada. To musi być
coś bardzo silnego, żeby patronus ukazał się w swojej pełnej formie.
Pani Shinsei powiedziała nam także, że
formułka tego zaklęcia brzmi Expecto
Patronum oraz pokazała, jaki ruch różdżką należy przy tym wykonać.
- Pokażę wam mojego patronusa – oznajmiła i
uniosła różdżkę.
Chociaż wyglądała raczej na ponurą osobę,
widocznie miała jakieś szczęśliwe wspomnienia, bo z końca różdżki wystrzeliła
srebrna struga, która uformowała się w półprzezroczystego wilka. Po klasie
rozeszły się szmery podziwu. Rose, która siedziała oczywiście przed nami, już
nie mogła się doczekać, aż sama wyczaruje własnego patronusa – to było widać.
Pani Shinsei także poprosiła nas o wstanie z
miejsca, a następnie za pomocą magii odsunęła wszystkie ławki i krzesła w tył
sali, tak jak to zrobił mój tata. Ustawiliśmy się w rzędy i teraz każde z nas
machało różdżką, usiłując przywołać duchowego opiekuna.
- Zastanówcie się dobrze nad wspomnieniem –
przypomniała pani Shinsei – To musi być coś naprawdę silnego. Zazwyczaj młodym
uczniom nie udaje się przywołać patronusa, bo mają jeszcze zbyt mało wspomnień,
ale z czasem otrzymujemy przecież nowe. To może spowodować także zmianę formy
patronusa.
- Scorp, jakie masz wspomnienie? –
zapytałem, ciekawy.
- Jak złapałem znicz podczas ostatniego
meczu – wyszczerzył zęby w uśmiechu, a następnie wrócił do próbowania – Expecto Patronum! Ale widocznie nie jest
aż tak szczęśliwe… Co jest dziwne, bo pękałem wtedy z radości!
- Pani mówiła też, że musisz to sobie
dokładnie przypomnieć – zauważyłem – Chociaż to było niedawno… No nie wiem,
próbuj! Rose, a ty?
Spojrzałem na moją siostrę cioteczną,
wymachującą nerwowo różdżką. Zrobiła się nawet lekko czerwona na twarzy i
zmarszczyła czoło. Była jak w transie.
- Halo? – uniosłem brwi do góry.
- Zostaw ją lepiej teraz – usłyszałem Kelly,
stojącą przy drugim boku Rose – Pewnie myślała, że uda jej się za pierwszym
razem…
Rose obróciła się, lekko poddenerwowana.
- Widocznie radość z moich ocen jest zbyt
słabym wspomnieniem… - mruknęła cicho – Ale próbowałam też przywołać jakieś
wspomnienia związane z rodziną czy przyjaciółmi i nic…
- Spokojnie – odrzekł Scorpius, uśmiechając
się przyjaźnie – Nie bez powodu pani Shinsei powiedziała, że to zaklęcie jest
trudne. Wyćwiczymy to.
Rose uśmiechnęła się blado, a ja domyślałem
się, że teraz pewnie zaczną się ostre treningi przywoływania patronusa.
Spojrzałem na własną różdżkę, a następnie zamknąłem oczy i postarałem
się odtworzyć w głowie wszystkie szczęśliwe wspomnienia. Które z nich było
najsilniejsze? Zobaczyłem małego Albusa Pottera, dosiadającego zabawkowej
miotły i po raz pierwszy wzbijającego się w niebo.
- Expecto
Patronum! – zawołałem, ale nic się nie stało.
Szukałem dalej. Ośmioletni Albus na
Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Kolejna próba, patronusa wciąż brak. Dalej.
Pierwszy mecz quidditcha ze mną w drużynie… Nie, nie. Ten quidditch tu nie
działa. To musi być jakaś inna kategoria… Pomyślałem nagle o poprzedniej lekcji
obrony przed czarną magią. Pojedynek z tatą, kichnięcie, kaczy dziób, pobyt w
Skrzydle Szpitalnym… I słowa taty. „Jestem z ciebie dumny”.
- Expecto
Patronum! – krzyknąłem, otwierając oczy.
Poczułem jak gdyby falę jakiejś dziwnej
energii. Z końca mojej różdżki błysnęło srebrne światło, które wyglądało jak
jakaś ulepszona wersja zaklęcia Lumos. Struga światła nie przybrała jednak
żadnego konkretnego kształtu, falowała tylko w powietrzu jak materiał. Wszyscy
wpatrywali się we mnie oniemiali.
- Widzę, że talent zdecydowanie po ojcu –
uśmiechnął się radośnie profesor Collins – Gratuluję, Albusie. Twój tata
wyczarował patronusa na swoim trzecim roku, ale piąty rok to także wcześnie.
SCORPIUS
Albusowi należały się słowa
uznania. Ciekawy byłem, jakie wspomnienie wywołało u niego patronusa.
- Dobry początek, przyznaję – pani Shinsei
kiwnęła głową – Co prawda nie jest to jeszcze pełna forma, ale już teraz będzie
ci łatwiej. Gratulacje.
Kątem oka widziałem, że Rose dosłownie
zamurowało. Chyba nie mogła uwierzyć, że Al zdołał przywołać patronusa przed
nią. Jednak po chwili dołączyła do oklasków, jakie Albus otrzymał od klasy.
Przez resztę lekcji próbowaliśmy przywołać
swoje patronusy, a Al chciał nadać swojemu jakiś kształt, ale niezbyt nam się
to udawało. W przerwie pomiędzy historią magii a zielarstwem Rose, nasza
dwójka spytała Albusa o wspomnienie, jakie wybrał.
- Wiecie, tamte słowa wiele dla mnie
znaczyły – opowiadał nam, co powiedział mu wtedy pan Potter – Dlatego to
wspomnienie jest silne, no i oczywiście szczęśliwe. Nie to, żeby rodzice mnie
nie chwalili... Ale po tamtym pojedynku czułem się jak oferma. Słowa taty
odwróciły to zupełnie – uśmiechnął się.
- Widać też potrzebuję takiego wspomnienia –
stwierdziła Rose.
Próbowaliśmy jej jakoś przetłumaczyć, że
przecież też jej się kiedyś uda i chociaż zapewniała, że wie, to i tak mogłem
zobaczyć, że nie jest z siebie zbytnio zadowolona. Nie chciałem, żeby tak o
sobie myślała… Może zaproponuję jej wspólne ćwiczenia patronusów. Kto wie, może
przy okazji oboje zdobędziemy jakieś miłe, niezapomniane wspomnienie?
Dwie godziny historii magii mieliśmy dzisiaj
z Krukonami. Albus oczywiście większość czasu gapił się na Hayley Sparks,
chichoczącą z Lin Blue. Siedziały za Skylą Silver i Nereidą Oswald, obie były z
Ravenclawu. Druga z nich także była metamorfomagiem, więc zabawnie musiało być
w takiej kolorowej klasie. Osobiście musiałem przyznać, że Krukonki
rzeczywiście były ładne, ale raczej żadna z nich nie podobała mi się w taki sposób. Czasem zastanawiam się,
czemu Rose nie przydzielono do Ravenclawu. Jest przecież mądra i ładna… Ale
widocznie to odwaga jest jej najsilniejszą cechą spośród innych.
Po lekcjach poszedłem sprawdzić, jak się
miewa mój wrażliwek Eloise. Zauważyłem, że, kiedy z nią rozmawiałem (pomińmy
fakt, że patrzono wtedy na mnie jak na szaleńca), jej kwiat przybierał różową
barwę i zastanawiałem się, czy ona się rumieni. Spytałem o to Albusa, ale ten
wyśmiał mnie, że roślina się we mnie zakochała.
- No i co z tego? Chyba ma podstawy:
opiekuję się nią wzorowo… no i wyglądam absolutnie zniewalająco – zażartowałem i
obaj zanieśliśmy się śmiechem.
Wciąż w dobrym nastroju, ruszyliśmy ku
Wielkiej Sali, aby zjeść co nieco przed spotkaniem z tym całym pisarzem. Po drodze
dalej, trochę w żartach, trochę na serio, rozmawialiśmy o roślinach – to jest:
ja opowiadałem Alowi o mojej fascynacji wrażliwkami, a on z tego żartował.
- Eloise potrafi być zazdrosna, wiesz? –
zaśmiałem się – Nieustannie domaga się uwagi, a kiedy chcę wyjść z dormitorium,
robi się jakoś dziwnie żółta, jakby usychała!
Wtedy poczułem, że ktoś chwyta mnie za
szkolną szatę i lekko nią pociąga. Przechodziliśmy wówczas przy stole Gryfonów,
więc nie zdziwił mnie widok Rose, siedzącej przy nim. Spoglądała na mnie jednak
tak dziwnie, że zacząłem się zastanawiać, o co chodzi.
- Kim jest Eloise? – spytała w końcu, a ja i
Albus się roześmialiśmy, przez co część uczniów gapiła się teraz na nas – No co?...
- To jest jego wrażliwek, który dostał od
pana Neville’a – wyjaśnił Al, próbując opanować śmiech – Tak go nazwał.
Rose
ściągnęła brwi, a jej wzrok wędrował ode mnie do Ala.
- Jaja sobie ze mnie robicie – stwierdziła.
- Przysięgam, to jest najprawdziwsza prawda!
– oznajmiłem, unosząc prawą dłoń – Mogę ci ją pokazać po obiedzie, jeśli chcesz.
- Nie trzeba… - odparła, coraz bardziej
zmieszana.
Albus nachylił się nad nią i odrzekł:
- Chyba nie jesteś zazdrosna o kwiatka,
cooo?
Odepchnęła go od siebie, rumieniąc się.
Kelly obok zachichotała, a Lily powiedziała coś do Hugona.
- Och, Rose… - westchnąłem – Jesteś…
- Jaka jestem? – uniosła brew do góry,
spoglądając na mnie.
- Zabawną dziewczyną jesteś – dokończyłem,
po czym uśmiechnąłem się i ruszyłem za Alem ku stołowi Ślizgonów.
W trakcie obiadu profesor McGonagall stanęła
przy mównicy i przypomniała, że spotkanie odbędzie się na szkolnym boisku.
Wyczytała też nazwiska wszystkich zapisanych. Po posiłku mieliśmy zebrać się na
dziedzińcu, jednak ja miałem coś jeszcze do załatwienia. Powiedziałem o tym
Alowi, na co, tak jak się spodziewałem, pokręcił głową, ale uśmiechnąwszy się
pod nosem. Odnalazłem Rose, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą, tłumacząc
tylko, że za chwilę wrócimy.
Nie przestawała zadawać pytań, dopóki
dotarliśmy do lochów. Wpadłem tylko na moment do siebie i wyszedłem przed Pokój
Wspólny Slytherinu z doniczką w rękach.
Rose klepnęła się dłonią w czoło.
- Naprawdę, wiesz, że nie musiałeś… -
pokręciła głową.
- Ale i tak nie pokazywałem ci jeszcze
Eloise – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
- Jesteś niemożliwy… - stwierdziła Rose i
zaśmiała się, co wywołało taką reakcję i u mnie.
- Naprawdę pomyślałaś, że mówię o jakiejś
dziewczynie? – zapytałem po chwili.
- Trochę to tak brzmiało… - odparła – Ale zareagowałam
zbyt gwałtownie… Wybacz, moja reakcja była głupia.
- Nie szkodzi – uśmiechnąłem się zachęcająco
i podszedłem trochę bliżej niej – Nie wiedziałem, że mogłabyś być zazdrosna o mnie… - ściszyłem nieco głos, a ona
oblała się rumieńcem.
- Schlebiasz sobie… - odrzekła nieśmiało,
wbijając wzrok w podłogę.
Nagle w lochach pojawiła się kolejna osoba,
którą okazała się być Jennifer.
- Co wy tu robicie? – zmarszczyła czoło –
Nie idziecie na spotkanie?
- Idziemy – odpowiedziałem – Mieliśmy tylko…
sprawę do załatwienia.
To powiedziawszy, poszedłem odłożyć Eloise
na moją szafkę nocną, a potem we trójkę udaliśmy się na dziedziniec. Miałem
wrażenie, że Jennifer cały czas podejrzanie przypatruje się mnie i Rose.
Kiedy wszyscy uczniowie dotarli na miejsce,
razem ruszyliśmy ku boisku quidditcha. Potem zajęliśmy miejsca na trybunach, a
że nie musieliśmy siadać dokładnie tam, gdzie widniały barwy naszych domów, ja,
Albus i Rose siedzieliśmy obok siebie. Do Albusa przysiadła się także Emma, a
obok mnie siadła Jennifer. Teraz czekaliśmy na otwarcie spotkania.
W końcu pani dyrektor pojawiła się na środku
boiska i rzuciła na siebie zaklęcie Sonorus.
- Witam wszystkich uczniów na dzisiejszym
spotkaniu z panem pisarzem, Magnusem Hopkinsem – przemówiła – Pan pisarz zaraz
do nas przyjdzie. Chciałam już teraz podziękować za liczną frekwencję, co
ogromnie mnie cieszy. Mam nadzieję, że wasze zachowanie podczas spotkania
będzie kulturalne i nienaganne. Przewidziany jest również czas na zadawanie
pytań do pana autora, więc proszę robić to w tej wyznaczonej części spotkania.
Osoba, która chce zadać pytanie, obowiązana jest zasygnalizować to poprzez
podniesienie ręki oraz czekać cierpliwie, aż udzielę jej prawa głosu zaklęciem
Sonorus.
Po tym wstępie profesor McGonagall upewniła
się, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania co do przebiegu spotkania, a następnie
ogłosiła przybycie pana Hopkinsa.
Na środku boiska obok pani dyrektor pojawił
się średniego wzrostu mężczyzna. Miał kremową cerę oraz blond włosy, a koloru
oczu nie byłem w stanie określić z tej odległości. Zauważyłem jeszcze lekki
zarost na jego twarzy i mogłem powiedzieć, że prawdopodobnie człowiek ten miał trzydzieści
parę lat. Uśmiechnął się przyjaźnie, starając się objąć wzrokiem wszystkich
uczestników spotkania, a następnie rzucił na siebie zaklęcie Sonorus.
- Pragnę gorąco podziękować raz jeszcze pani
dyrektor McGonagall, że zgodziła się, bym dzisiaj był tu z wami – odezwał się –
Nazywam się Magnus Hopkins i jestem pisarzem, co może niektórzy z was wiedzą.
Nie jestem jakoś wybitnie znany, dlatego rozumiem, że część z was mogła o mnie
nie słyszeć wcale. Mimo to dziękuję wam już teraz za przybycie i wierzę, że
będzie to miłe spotkanie, zarówno dla mnie jak i dla was.
ROSE
Pogoda na szczęście
dopisywała. Chociaż po niebie sunęły chmury, nie były one deszczowe, a na dworze
było ciepło. Rozejrzałam się po trybunach ponownie, po czym wróciłam wzrokiem
do pana Hopkinsa.
- Moją najpopularniejszą książką jest
powieść dla dzieci, o której być może słyszeliście – ciągnął – Jej tytuł brzmi „Kraina
czarodziei” i opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o magicznym lądzie, który
zamieszkują wyłącznie czarodziejskie rodziny. Bez obaw, książka nie jest
antymugolska – tu zaśmiał się cicho – Czarodzieje mogą przechodzić ze swojego
świata do świata mugoli swobodnie, tam nikt nikogo nie krytykuje ze względu na
pochodzenie ani cokolwiek innego. Ten magiczny kraj zwie się Hexią i powstał
dzięki mojej dziecięcej wyobraźni. Moją mamę fascynuje historia magii i już
jako mały chłopiec często słyszałem opowieści sprzed lat. Podczas zabawy
figurkami często wyobrażałem sobie właśnie takie czarodziejskie państwo i
zacząłem zastanawiać się, jakby wyglądało naprawdę. Kiedy skończyłem szkołę,
napisałem swoją pierwszą powieść, nie dotyczyła ona jednak czarodziejskiej
krainy. Była to krótka opowiastka o mugolaku dorastającym wśród czarodziei
czystej krwi. Sam miałem takiego przyjaciela i chciałem pokazać, jakie
trudności czekają na taką osobę. Książka zwie się „Mój przyjaciel Simon”,
zmieniłem jego imię w celu ochrony danych osobistych. A jak powstała „Kraina
czarodziei”? Rok przed jej napisaniem odnalazłem moje stare obrazki i plany
Hexii. Pomyślałem: „czemu nie?” i zabrałem się za pisanie. Powieść okazała się
sukcesem i „stała się popularną książką dla dzieci”, cytując pewne czasopismo.
Opinia ta niezmiernie mnie cieszy – tu uśmiechnął się szeroko.
Potem opowiedział nam o innych swoich
dziełach, a ja słuchałam go uważnie.
- Słodki jest – szepnęłam do Emmy, lecz
zareagował Scorp:
- Słodki? – powtórzył ze zdziwieniem – Jak dla
mnie po prostu przeciętny…
Uśmiechnęłam się i nachyliłam się do niego.
- I kto tu teraz jest zazdrosny? – zapytałam
zadziornie.
- Ej… - spłonął rumieńcem, a Albus i Emma
zachichotali w tyle.
Potem przyszedł czas na pytania.
- Nie chciałby pan, żeby Hexia istniała
naprawdę? – zapytała Aurelie Jordan z Hufflepuffu.
- Ciągle zastanawiam się, jakby to było –
przyznał pan Hopkins – Czasem tak. Wyobraźmy sobie kilka takich Hogsmeade
razem. Miejsce, gdzie nie musielibyśmy się ukrywać… No jak dla mnie brzmi to
nieźle.
Były jeszcze pytania, jakich się
spodziewałam, to jest: czy pisanie sprawia mu radość, czy rozważał też inny
zawód, no i padło też kilka pytań o treść jego książek. Pod koniec spotkania
widziałam, jak panna Huston także uniosła rękę w górę.
- Czy jest pan jedynym pisarzem w pańskiej
rodzinie? Bo pana nazwisko brzmi znajomo – rzekła z lekkim uśmiechem na twarzy.
Pan Hopkins uśmiechnął się.
- Więc kojarzy pani mojego przodka,
Prometeusza Hopkinsa – odparł – Chyba odziedziczyłem po nim pasję do pisania.
Dokładnie mówiąc, jestem jego praprapraprawnukiem.
- Dużo tego „pra” – zauważył Albus szeptem.
- Rozumiem, więc to rodzinne – panna Huston
kiwnęła głową.
Po spotkaniu była także możliwość otrzymania
autografu od pana Hopkinsa. Ustawiłam się w kolejce, trzymając mój własny
egzemplarz „Mojego przyjaciela Simona”. Poza kolejką, lecz obok mnie stali Albus,
Scorpius i Emma.
- Ten tytuł brzmi ciekawie – przyznał Scorp –
Mógłbym kiedyś pożyczyć od ciebie tę książkę?
- Jasne – zgodziłam się.
Wiedziałam, że Scorpius nie oceniał innych
przez pryzmat statusu krwi, co bardzo w nim doceniałam. Pewnie dlatego
zainteresowała go ta książka, a poza tym czarodzieje czystej krwi często nie
mają pojęcia, co czasem musi przechodzić taki mugolak. Moja mama jest
mugolaczką i dobrze wie, jak to jest. Sama także czytała tę książkę.
Postanowiłam nie mówić nic o tym autografie i podarować jej mój egzemplarz na
Boże Narodzenie. Wiem, że to wcześnie, ale skoro jest okazja, to czemu by jej
nie wykorzystać?
Między nami rozwinęła się dyskusja na temat
poglądów pana Hopkinsa.
- Ciekawe, jakby to było mieszkać w takiej
Hexii – zamyślił się na głos Al.
- Możliwość swobodnego używania magii
rzeczywiście brzmi dobrze – przyznałam – Ale niektórzy mogliby to wykorzystać.
Czasem trzeba się pohamować, bo można zostać zauważonym.
- Ale z drugiej strony nie byłoby tyle zachodu
z ukrywaniem się – zauważyła Emma – Pracownicy ministerstwa nie mieliby
dylematu, jak zamaskować jakiś akt magii. Szczerze to sama nie wiem, jakby to
funkcjonowało.
Scorpius kiwnął głową.
- Czasem coś wydaje się idealne, ale gdy już
wchodzi w życie, dopiero wtedy zauważa się tego wady – odrzekł, a ja uniosłam
brwi do góry i uśmiechnęłam się lekko.
- To było całkiem mądre, Scorp – przyznałam,
a on nieco się zarumienił.
- Dzięki – odparł wesoło.
Wreszcie doczekałam się autografu i
podekscytowana podziękowałam panu Hopkinsowi.
- Chętnie przeczytam więcej pańskich książek
– oznajmiłam, a on uśmiechnął się rozczulająco.
- Chętnie napiszę więcej książek dla takich zaciekłych czytelników –
oświadczył.
Uśmiechnęłam się szeroko. Idąc z powrotem w
stronę zamku, pomyślałam, że to spotkanie jest całkiem szczęśliwym wspomnieniem.
Postanowiłam, że potem wypróbuję je do przywołania patronusa. Może tym razem się
uda!
Z moimi towarzyszami pożegnałam się w
Sali Wejściowej, a następnie udałam się ku schodom. Po drodze spotkałam
Jennifer Fiennes, co wydawało mi się dziwne, skoro jej dormitorium mieściło się
w lochach. Myślałam, że po prostu się wyminiemy, jednak ona podeszła do mnie.
- Widzę, że startujesz do Scorpiusa, Weasley
– wypaliła, a mnie zatkało – Co? Myślisz sobie, że ulegnie takiej zdrajczyni
krwi jak ty? To chyba grubo się mylisz…
- Przepraszam, co? – wyrzuciłam w końcu z
siebie cokolwiek, a oburzenie we mnie rosło.
- Nie dosłyszałaś? – prychnęła – Scorpius nigdy
nie umówi się z tobą. Zasługuje na kogoś lepszego, na czarownicę czystej krwi…
taką jak ja.
Uśmiechnęła się jadowicie, a ja nie
wytrzymałam.
- Myślisz, że Scorpius jest jakimś przedmiotem,
o który będziesz się teraz ze mną kłócić? – syknęłam – To chyba ty się mylisz. Scorpius
jest wolnym człowiekiem i nie umawia się obecnie z nikim. Jeżeli chcesz z nim
być, to powiedz to jemu, ale przekaż mu to w jakiś bardziej uprzejmy sposób!
Jennifer wybałuszyła oczy, a ten kpiący
uśmieszek zszedł jej z twarzy.
- Więc nie miałabyś nic przeciwko gdybym
była ze Scorpiusem? – zdziwiła się.
- Scorpius jest wolnym człowiekiem… - powtórzyłam po chwili – Czy ja mam prawo mu
czegokolwiek zakazywać?
To powiedziawszy, wyminęłam ją i udałam się
do siebie. To spotkanie było co najmniej dziwne. Dlaczego tak na mnie
naskoczyła? Pewnie pomyślała, że wtedy, gdy zastała nas razem w lochach, coś
między nami się wydarzyło. Nie miałam pojęcia, że tak jej na nim zależało… Wyobraziłam
sobie ich razem i poczułam się dziwnie źle. Nie pasowali do siebie, co
potwierdzało, jakim tonem się do mnie odezwała, kiedy mówiła o moim statusie
krwi. Jednak było coś jeszcze… Nie potrafiłam wyobrazić sobie Scorpiusa z żadną
inną dziewczyną… Inną ode mnie. Co to za egoistyczna myśl zrodziła się w
mojej głowie? Czyżbym postradała zmysły?... Nie, ja… Och, Merlinie! Zakochałam
się w Scorpiusie Malfoy’u?...
Nie mogłam w ogóle zasnąć, ciągle tylko myślałam
o Scorpiusie. Tak, rzeczywiście musiałam być w nim zakochana. Zdałam sobie z
tego sprawę dopiero teraz… Przecież, patrząc tak na nas z boku, można było to
wywnioskować! Ale jak to się stało?... Kiedyś unikałam go jak ognia, potem
jednak zaczęłam spędzać z nim czas… Kiedy się w nim zakochałam? Nawet nie
zauważyłam… Słodki Merlinie, jakie to było dziwne uczucie. Równocześnie czułam
się przyjemnie i wesoło, ale także jakoś nieswojo, a myślałam o tym wszystkim z
niepokojem. Tata powiedział, żebyśmy się „zbytnio nie zaprzyjaźnili”… Chyba
przekroczyłam w tym momencie wszelkie granice… Ale nie, stop! Zostawmy opinie! Przecież
Rose Weasley też jest wolnym człowiekiem. Więc… czego chce Rose Weasley? Rose
Weasley rzeczywiście, bez cienia wątpliwości, chce być blisko Scorpiusa Malfoy’a…
Ale czy Rose Weasley chce mu to powiedzieć?...