wtorek, 13 czerwca 2017

VI. 23 września, czwartek


ALBUS 
   Chyba nie muszę po raz kolejny mówić, jak bardzo nienawidzę tych dręczących koszmarów.
   Dziś znów obudziłem się zlany potem w środku nocy. Zauważyłem, że ta sama scena śni mi się coraz częściej i bardzo mnie to niepokoiło. Rano, kiedy szedłem na śniadanie, kolejny raz wyglądałem jak śmierć. Niewyspany i przygnębiony, prawie wpadłem na jakąś dziewczynkę. Miała miedziane włosy spięte w kucyk oraz błękitne oczy.
   - Coś cię trapi – powiedziała, a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem – No co? Przecież to widać!
   Musiała to być pierwszoklasistka, bo nie widywałem jej tu przedtem, ale istniała też opcja, że po prostu jej nie znałem. Nie musiałem zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo sama się przedstawiła:
   - Violet Kirby z pierwszego roku.
   - Albus Potter z piątego – mruknąłem, wciąż bacznie jej się przyglądając.
   Uśmiechnęła się i wyglądało na to, że planuje już sobie pójść, więc ja też ruszyłem w swoją stronę. Po chwili jednak znów usłyszałem jej głos:
   - Może zapytaj o to panią Trelawney.
   Obróciłem się w jej stronę, znów marszcząc czoło.
   - Panią Trelawney – powtórzyła z przyjacielskim uśmiechem na twarzy – Ona powinna wiedzieć, może to dotyczy twoich losów.
   To powiedziawszy, obróciła się na pięcie i udała się przed siebie, podskakując wesoło. Stałem tam jeszcze chwilę jak oniemiały, gapiąc się w stronę, w którą poszła Violet. Skąd wiedziała?... Ktoś opowiadał jej o tych snach?...
   To spotkanie mnie nieco rozbudziło. Ruszyłem w stronę Wielkiej Sali na śniadanie - początek dnia pełnego wrażeń.
  Dzisiaj również mieliśmy zajęcia obrony przed czarną magią, także z Gryfonami. Tym razem jednak lekcji nie prowadził mój tata, a inna aurorka, Setsuna Shinsei, matka Sakury z naszej klasy. Pani Shinsei była wysoką kobietą o nieco azjatyckich rysach twarzy. Miała bladą cerę, stalowoniebieskie oczy oraz ciemnobrązowe włosy z grzywką, sięgające ramion. Sakura była bardzo podobna do swojej mamy.
   - Tak więc - powiedziała pani Shinsei po krótkim przedstawieniu się - Dzisiaj pokażę wam, jak wywołać patronusa.
   Profesor Collins chrząknął w tyle sali.
   - Nie sądzisz, Setsuno, że to jeszcze za wcześnie? - uniósł brwi do góry.
   - Ja sama uczyłam się tego zaklęcia na moim piątym roku - wzruszyła ramionami - Poza tym nie mówię, że wam wyjdzie - zwróciła się do klasy - To bardzo trudne zaklęcie, ale ja nauczę was tylko teorii.
   Widziałem, jak Noah uniósł rękę w górę.
   - Tak? - zapytała pani Shinsei.
   - A czy to będzie na SUMach? - odrzekł Noah.
   - Nie wymaga się tego od uczniów na egzaminach szkolnych – wyjaśniła.
   Noah uśmiechnął się pod nosem i już wiedziałem, że za bardzo to się nie będzie starał.
   - A powinno być obowiązkowe… To zaklęcie może uratować skórę, wiem, o czym mówię – dodała – W każdym razie, patronus jest czymś w rodzaju opiekuna. W swojej pełnej okazałości, to jest formie cielesnej, przybiera postać jakiegoś zwierzęcia. Żeby go przywołać, trzeba przede wszystkim przypomnieć sobie najszczęśliwsze wspomnienie, jakie się posiada. To musi być coś bardzo silnego, żeby patronus ukazał się w swojej pełnej formie.
   Pani Shinsei powiedziała nam także, że formułka tego zaklęcia brzmi Expecto Patronum oraz pokazała, jaki ruch różdżką należy przy tym wykonać.
   - Pokażę wam mojego patronusa – oznajmiła i uniosła różdżkę.
   Chociaż wyglądała raczej na ponurą osobę, widocznie miała jakieś szczęśliwe wspomnienia, bo z końca różdżki wystrzeliła srebrna struga, która uformowała się w półprzezroczystego wilka. Po klasie rozeszły się szmery podziwu. Rose, która siedziała oczywiście przed nami, już nie mogła się doczekać, aż sama wyczaruje własnego patronusa – to było widać.
   Pani Shinsei także poprosiła nas o wstanie z miejsca, a następnie za pomocą magii odsunęła wszystkie ławki i krzesła w tył sali, tak jak to zrobił mój tata. Ustawiliśmy się w rzędy i teraz każde z nas machało różdżką, usiłując przywołać duchowego opiekuna.
   - Zastanówcie się dobrze nad wspomnieniem – przypomniała pani Shinsei – To musi być coś naprawdę silnego. Zazwyczaj młodym uczniom nie udaje się przywołać patronusa, bo mają jeszcze zbyt mało wspomnień, ale z czasem otrzymujemy przecież nowe. To może spowodować także zmianę formy patronusa.
   - Scorp, jakie masz wspomnienie? – zapytałem, ciekawy.
   - Jak złapałem znicz podczas ostatniego meczu – wyszczerzył zęby w uśmiechu, a następnie wrócił do próbowania – Expecto Patronum! Ale widocznie nie jest aż tak szczęśliwe… Co jest dziwne, bo pękałem wtedy z radości!
   - Pani mówiła też, że musisz to sobie dokładnie przypomnieć – zauważyłem – Chociaż to było niedawno… No nie wiem, próbuj! Rose, a ty?
   Spojrzałem na moją siostrę cioteczną, wymachującą nerwowo różdżką. Zrobiła się nawet lekko czerwona na twarzy i zmarszczyła czoło. Była jak w transie.
   - Halo? – uniosłem brwi do góry.
   - Zostaw ją lepiej teraz – usłyszałem Kelly, stojącą przy drugim boku Rose – Pewnie myślała, że uda jej się za pierwszym razem…
   Rose obróciła się, lekko poddenerwowana.
   - Widocznie radość z moich ocen jest zbyt słabym wspomnieniem… - mruknęła cicho – Ale próbowałam też przywołać jakieś wspomnienia związane z rodziną czy przyjaciółmi i nic…
   - Spokojnie – odrzekł Scorpius, uśmiechając się przyjaźnie – Nie bez powodu pani Shinsei powiedziała, że to zaklęcie jest trudne. Wyćwiczymy to.
   Rose uśmiechnęła się blado, a ja domyślałem się, że teraz pewnie zaczną się ostre treningi przywoływania patronusa.
   Spojrzałem na własną różdżkę, a następnie zamknąłem oczy i postarałem się odtworzyć w głowie wszystkie szczęśliwe wspomnienia. Które z nich było najsilniejsze? Zobaczyłem małego Albusa Pottera, dosiadającego zabawkowej miotły i po raz pierwszy wzbijającego się w niebo.
   - Expecto Patronum! – zawołałem, ale nic się nie stało.
   Szukałem dalej. Ośmioletni Albus na Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Kolejna próba, patronusa wciąż brak. Dalej. Pierwszy mecz quidditcha ze mną w drużynie… Nie, nie. Ten quidditch tu nie działa. To musi być jakaś inna kategoria… Pomyślałem nagle o poprzedniej lekcji obrony przed czarną magią. Pojedynek z tatą, kichnięcie, kaczy dziób, pobyt w Skrzydle Szpitalnym… I słowa taty. „Jestem z ciebie dumny”.
   - Expecto Patronum! – krzyknąłem, otwierając oczy.
   Poczułem jak gdyby falę jakiejś dziwnej energii. Z końca mojej różdżki błysnęło srebrne światło, które wyglądało jak jakaś ulepszona wersja zaklęcia Lumos. Struga światła nie przybrała jednak żadnego konkretnego kształtu, falowała tylko w powietrzu jak materiał. Wszyscy wpatrywali się we mnie oniemiali.
   - Widzę, że talent zdecydowanie po ojcu – uśmiechnął się radośnie profesor Collins – Gratuluję, Albusie. Twój tata wyczarował patronusa na swoim trzecim roku, ale piąty rok to także wcześnie.

SCORPIUS
   Albusowi należały się słowa uznania. Ciekawy byłem, jakie wspomnienie wywołało u niego patronusa.
   - Dobry początek, przyznaję – pani Shinsei kiwnęła głową – Co prawda nie jest to jeszcze pełna forma, ale już teraz będzie ci łatwiej. Gratulacje.
   Kątem oka widziałem, że Rose dosłownie zamurowało. Chyba nie mogła uwierzyć, że Al zdołał przywołać patronusa przed nią. Jednak po chwili dołączyła do oklasków, jakie Albus otrzymał od klasy.
   Przez resztę lekcji próbowaliśmy przywołać swoje patronusy, a Al chciał nadać swojemu jakiś kształt, ale niezbyt nam się to udawało. W przerwie pomiędzy historią magii a zielarstwem Rose, nasza dwójka spytała Albusa o wspomnienie, jakie wybrał.
   - Wiecie, tamte słowa wiele dla mnie znaczyły – opowiadał nam, co powiedział mu wtedy pan Potter – Dlatego to wspomnienie jest silne, no i oczywiście szczęśliwe. Nie to, żeby rodzice mnie nie chwalili... Ale po tamtym pojedynku czułem się jak oferma. Słowa taty odwróciły to zupełnie – uśmiechnął się.
   - Widać też potrzebuję takiego wspomnienia – stwierdziła Rose.
   Próbowaliśmy jej jakoś przetłumaczyć, że przecież też jej się kiedyś uda i chociaż zapewniała, że wie, to i tak mogłem zobaczyć, że nie jest z siebie zbytnio zadowolona. Nie chciałem, żeby tak o sobie myślała… Może zaproponuję jej wspólne ćwiczenia patronusów. Kto wie, może przy okazji oboje zdobędziemy jakieś miłe, niezapomniane wspomnienie?
   Dwie godziny historii magii mieliśmy dzisiaj z Krukonami. Albus oczywiście większość czasu gapił się na Hayley Sparks, chichoczącą z Lin Blue. Siedziały za Skylą Silver i Nereidą Oswald, obie były z Ravenclawu. Druga z nich także była metamorfomagiem, więc zabawnie musiało być w takiej kolorowej klasie. Osobiście musiałem przyznać, że Krukonki rzeczywiście były ładne, ale raczej żadna z nich nie podobała mi się w taki sposób. Czasem zastanawiam się, czemu Rose nie przydzielono do Ravenclawu. Jest przecież mądra i ładna… Ale widocznie to odwaga jest jej najsilniejszą cechą spośród innych.
   Po lekcjach poszedłem sprawdzić, jak się miewa mój wrażliwek Eloise. Zauważyłem, że, kiedy z nią rozmawiałem (pomińmy fakt, że patrzono wtedy na mnie jak na szaleńca), jej kwiat przybierał różową barwę i zastanawiałem się, czy ona się rumieni. Spytałem o to Albusa, ale ten wyśmiał mnie, że roślina się we mnie zakochała.
   - No i co z tego? Chyba ma podstawy: opiekuję się nią wzorowo… no i wyglądam absolutnie zniewalająco – zażartowałem i obaj zanieśliśmy się śmiechem.
   Wciąż w dobrym nastroju, ruszyliśmy ku Wielkiej Sali, aby zjeść co nieco przed spotkaniem z tym całym pisarzem. Po drodze dalej, trochę w żartach, trochę na serio, rozmawialiśmy o roślinach – to jest: ja opowiadałem Alowi o mojej fascynacji wrażliwkami, a on z tego żartował.
   - Eloise potrafi być zazdrosna, wiesz? – zaśmiałem się – Nieustannie domaga się uwagi, a kiedy chcę wyjść z dormitorium, robi się jakoś dziwnie żółta, jakby usychała!
   Wtedy poczułem, że ktoś chwyta mnie za szkolną szatę i lekko nią pociąga. Przechodziliśmy wówczas przy stole Gryfonów, więc nie zdziwił mnie widok Rose, siedzącej przy nim. Spoglądała na mnie jednak tak dziwnie, że zacząłem się zastanawiać, o co chodzi.
   - Kim jest Eloise? – spytała w końcu, a ja i Albus się roześmialiśmy, przez co część uczniów gapiła się teraz na nas – No co?...
   - To jest jego wrażliwek, który dostał od pana Neville’a – wyjaśnił Al, próbując opanować śmiech – Tak go nazwał.
   Rose ściągnęła brwi, a jej wzrok wędrował ode mnie do Ala.
   - Jaja sobie ze mnie robicie – stwierdziła.
   - Przysięgam, to jest najprawdziwsza prawda! – oznajmiłem, unosząc prawą dłoń – Mogę ci ją pokazać po obiedzie, jeśli chcesz.
   - Nie trzeba… - odparła, coraz bardziej zmieszana.
   Albus nachylił się nad nią i odrzekł:
   - Chyba nie jesteś zazdrosna o kwiatka, cooo?
   Odepchnęła go od siebie, rumieniąc się. Kelly obok zachichotała, a Lily powiedziała coś do Hugona.
   - Och, Rose… - westchnąłem – Jesteś…
   - Jaka jestem? – uniosła brew do góry, spoglądając na mnie.
   - Zabawną dziewczyną jesteś – dokończyłem, po czym uśmiechnąłem się i ruszyłem za Alem ku stołowi Ślizgonów.
   W trakcie obiadu profesor McGonagall stanęła przy mównicy i przypomniała, że spotkanie odbędzie się na szkolnym boisku. Wyczytała też nazwiska wszystkich zapisanych. Po posiłku mieliśmy zebrać się na dziedzińcu, jednak ja miałem coś jeszcze do załatwienia. Powiedziałem o tym Alowi, na co, tak jak się spodziewałem, pokręcił głową, ale uśmiechnąwszy się pod nosem. Odnalazłem Rose, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą, tłumacząc tylko, że za chwilę wrócimy.
   Nie przestawała zadawać pytań, dopóki dotarliśmy do lochów. Wpadłem tylko na moment do siebie i wyszedłem przed Pokój Wspólny Slytherinu z doniczką w rękach.
   Rose klepnęła się dłonią w czoło.
   - Naprawdę, wiesz, że nie musiałeś… - pokręciła głową.
   - Ale i tak nie pokazywałem ci jeszcze Eloise – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
   - Jesteś niemożliwy… - stwierdziła Rose i zaśmiała się, co wywołało taką reakcję i u mnie.
   - Naprawdę pomyślałaś, że mówię o jakiejś dziewczynie? – zapytałem po chwili.
   - Trochę to tak brzmiało… - odparła – Ale zareagowałam zbyt gwałtownie… Wybacz, moja reakcja była głupia.
   - Nie szkodzi – uśmiechnąłem się zachęcająco i podszedłem trochę bliżej niej – Nie wiedziałem, że mogłabyś być zazdrosna o mnie… - ściszyłem nieco głos, a ona oblała się rumieńcem.
   - Schlebiasz sobie… - odrzekła nieśmiało, wbijając wzrok w podłogę.
   Nagle w lochach pojawiła się kolejna osoba, którą okazała się być Jennifer.
   - Co wy tu robicie? – zmarszczyła czoło – Nie idziecie na spotkanie?
   - Idziemy – odpowiedziałem – Mieliśmy tylko… sprawę do załatwienia.
   To powiedziawszy, poszedłem odłożyć Eloise na moją szafkę nocną, a potem we trójkę udaliśmy się na dziedziniec. Miałem wrażenie, że Jennifer cały czas podejrzanie przypatruje się mnie i Rose.
   Kiedy wszyscy uczniowie dotarli na miejsce, razem ruszyliśmy ku boisku quidditcha. Potem zajęliśmy miejsca na trybunach, a że nie musieliśmy siadać dokładnie tam, gdzie widniały barwy naszych domów, ja, Albus i Rose siedzieliśmy obok siebie. Do Albusa przysiadła się także Emma, a obok mnie siadła Jennifer. Teraz czekaliśmy na otwarcie spotkania.
   W końcu pani dyrektor pojawiła się na środku boiska i rzuciła na siebie zaklęcie Sonorus.
   - Witam wszystkich uczniów na dzisiejszym spotkaniu z panem pisarzem, Magnusem Hopkinsem – przemówiła – Pan pisarz zaraz do nas przyjdzie. Chciałam już teraz podziękować za liczną frekwencję, co ogromnie mnie cieszy. Mam nadzieję, że wasze zachowanie podczas spotkania będzie kulturalne i nienaganne. Przewidziany jest również czas na zadawanie pytań do pana autora, więc proszę robić to w tej wyznaczonej części spotkania. Osoba, która chce zadać pytanie, obowiązana jest zasygnalizować to poprzez podniesienie ręki oraz czekać cierpliwie, aż udzielę jej prawa głosu zaklęciem Sonorus.
   Po tym wstępie profesor McGonagall upewniła się, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania co do przebiegu spotkania, a następnie ogłosiła przybycie pana Hopkinsa.
   Na środku boiska obok pani dyrektor pojawił się średniego wzrostu mężczyzna. Miał kremową cerę oraz blond włosy, a koloru oczu nie byłem w stanie określić z tej odległości. Zauważyłem jeszcze lekki zarost na jego twarzy i mogłem powiedzieć, że prawdopodobnie człowiek ten miał trzydzieści parę lat. Uśmiechnął się przyjaźnie, starając się objąć wzrokiem wszystkich uczestników spotkania, a następnie rzucił na siebie zaklęcie Sonorus.
   - Pragnę gorąco podziękować raz jeszcze pani dyrektor McGonagall, że zgodziła się, bym dzisiaj był tu z wami – odezwał się – Nazywam się Magnus Hopkins i jestem pisarzem, co może niektórzy z was wiedzą. Nie jestem jakoś wybitnie znany, dlatego rozumiem, że część z was mogła o mnie nie słyszeć wcale. Mimo to dziękuję wam już teraz za przybycie i wierzę, że będzie to miłe spotkanie, zarówno dla mnie jak i dla was.

ROSE
   Pogoda na szczęście dopisywała. Chociaż po niebie sunęły chmury, nie były one deszczowe, a na dworze było ciepło. Rozejrzałam się po trybunach ponownie, po czym wróciłam wzrokiem do pana Hopkinsa.
   - Moją najpopularniejszą książką jest powieść dla dzieci, o której być może słyszeliście – ciągnął – Jej tytuł brzmi „Kraina czarodziei” i opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o magicznym lądzie, który zamieszkują wyłącznie czarodziejskie rodziny. Bez obaw, książka nie jest antymugolska – tu zaśmiał się cicho – Czarodzieje mogą przechodzić ze swojego świata do świata mugoli swobodnie, tam nikt nikogo nie krytykuje ze względu na pochodzenie ani cokolwiek innego. Ten magiczny kraj zwie się Hexią i powstał dzięki mojej dziecięcej wyobraźni. Moją mamę fascynuje historia magii i już jako mały chłopiec często słyszałem opowieści sprzed lat. Podczas zabawy figurkami często wyobrażałem sobie właśnie takie czarodziejskie państwo i zacząłem zastanawiać się, jakby wyglądało naprawdę. Kiedy skończyłem szkołę, napisałem swoją pierwszą powieść, nie dotyczyła ona jednak czarodziejskiej krainy. Była to krótka opowiastka o mugolaku dorastającym wśród czarodziei czystej krwi. Sam miałem takiego przyjaciela i chciałem pokazać, jakie trudności czekają na taką osobę. Książka zwie się „Mój przyjaciel Simon”, zmieniłem jego imię w celu ochrony danych osobistych. A jak powstała „Kraina czarodziei”? Rok przed jej napisaniem odnalazłem moje stare obrazki i plany Hexii. Pomyślałem: „czemu nie?” i zabrałem się za pisanie. Powieść okazała się sukcesem i „stała się popularną książką dla dzieci”, cytując pewne czasopismo. Opinia ta niezmiernie mnie cieszy – tu uśmiechnął się szeroko.
   Potem opowiedział nam o innych swoich dziełach, a ja słuchałam go uważnie.
   - Słodki jest – szepnęłam do Emmy, lecz zareagował Scorp:
   - Słodki? – powtórzył ze zdziwieniem – Jak dla mnie po prostu przeciętny…
   Uśmiechnęłam się i nachyliłam się do niego.
   - I kto tu teraz jest zazdrosny? – zapytałam zadziornie.
   - Ej… - spłonął rumieńcem, a Albus i Emma zachichotali w tyle.
   Potem przyszedł czas na pytania.
   - Nie chciałby pan, żeby Hexia istniała naprawdę? – zapytała Aurelie Jordan z Hufflepuffu.
   - Ciągle zastanawiam się, jakby to było – przyznał pan Hopkins – Czasem tak. Wyobraźmy sobie kilka takich Hogsmeade razem. Miejsce, gdzie nie musielibyśmy się ukrywać… No jak dla mnie brzmi to nieźle.
   Były jeszcze pytania, jakich się spodziewałam, to jest: czy pisanie sprawia mu radość, czy rozważał też inny zawód, no i padło też kilka pytań o treść jego książek. Pod koniec spotkania widziałam, jak panna Huston także uniosła rękę w górę.
   - Czy jest pan jedynym pisarzem w pańskiej rodzinie? Bo pana nazwisko brzmi znajomo – rzekła z lekkim uśmiechem na twarzy.
   Pan Hopkins uśmiechnął się.
   - Więc kojarzy pani mojego przodka, Prometeusza Hopkinsa – odparł – Chyba odziedziczyłem po nim pasję do pisania. Dokładnie mówiąc, jestem jego praprapraprawnukiem.
   - Dużo tego „pra” – zauważył Albus szeptem.
   - Rozumiem, więc to rodzinne – panna Huston kiwnęła głową.
   Po spotkaniu była także możliwość otrzymania autografu od pana Hopkinsa. Ustawiłam się w kolejce, trzymając mój własny egzemplarz „Mojego przyjaciela Simona”. Poza kolejką, lecz obok mnie stali Albus, Scorpius i Emma.
   - Ten tytuł brzmi ciekawie – przyznał Scorp – Mógłbym kiedyś pożyczyć od ciebie tę książkę?
   - Jasne – zgodziłam się.
   Wiedziałam, że Scorpius nie oceniał innych przez pryzmat statusu krwi, co bardzo w nim doceniałam. Pewnie dlatego zainteresowała go ta książka, a poza tym czarodzieje czystej krwi często nie mają pojęcia, co czasem musi przechodzić taki mugolak. Moja mama jest mugolaczką i dobrze wie, jak to jest. Sama także czytała tę książkę. Postanowiłam nie mówić nic o tym autografie i podarować jej mój egzemplarz na Boże Narodzenie. Wiem, że to wcześnie, ale skoro jest okazja, to czemu by jej nie wykorzystać?
   Między nami rozwinęła się dyskusja na temat poglądów pana Hopkinsa.
   - Ciekawe, jakby to było mieszkać w takiej Hexii – zamyślił się na głos Al.
   - Możliwość swobodnego używania magii rzeczywiście brzmi dobrze – przyznałam – Ale niektórzy mogliby to wykorzystać. Czasem trzeba się pohamować, bo można zostać zauważonym.
   - Ale z drugiej strony nie byłoby tyle zachodu z ukrywaniem się – zauważyła Emma – Pracownicy ministerstwa nie mieliby dylematu, jak zamaskować jakiś akt magii. Szczerze to sama nie wiem, jakby to funkcjonowało.
   Scorpius kiwnął głową.
   - Czasem coś wydaje się idealne, ale gdy już wchodzi w życie, dopiero wtedy zauważa się tego wady – odrzekł, a ja uniosłam brwi do góry i uśmiechnęłam się lekko.
   - To było całkiem mądre, Scorp – przyznałam, a on nieco się zarumienił.
   - Dzięki – odparł wesoło.
   Wreszcie doczekałam się autografu i podekscytowana podziękowałam panu Hopkinsowi.
   - Chętnie przeczytam więcej pańskich książek – oznajmiłam, a on uśmiechnął się rozczulająco.
   - Chętnie napiszę więcej książek dla takich zaciekłych czytelników – oświadczył.
   Uśmiechnęłam się szeroko. Idąc z powrotem w stronę zamku, pomyślałam, że to spotkanie jest całkiem szczęśliwym wspomnieniem. Postanowiłam, że potem wypróbuję je do przywołania patronusa. Może tym razem się uda!
   Z moimi towarzyszami pożegnałam się w Sali Wejściowej, a następnie udałam się ku schodom. Po drodze spotkałam Jennifer Fiennes, co wydawało mi się dziwne, skoro jej dormitorium mieściło się w lochach. Myślałam, że po prostu się wyminiemy, jednak ona podeszła do mnie.
   - Widzę, że startujesz do Scorpiusa, Weasley – wypaliła, a mnie zatkało – Co? Myślisz sobie, że ulegnie takiej zdrajczyni krwi jak ty? To chyba grubo się mylisz…
   - Przepraszam, co? – wyrzuciłam w końcu z siebie cokolwiek, a oburzenie we mnie rosło.
   - Nie dosłyszałaś? – prychnęła – Scorpius nigdy nie umówi się z tobą. Zasługuje na kogoś lepszego, na czarownicę czystej krwi… taką jak ja.
   Uśmiechnęła się jadowicie, a ja nie wytrzymałam.
   - Myślisz, że Scorpius jest jakimś przedmiotem, o który będziesz się teraz ze mną kłócić? – syknęłam – To chyba ty się mylisz. Scorpius jest wolnym człowiekiem i nie umawia się obecnie z nikim. Jeżeli chcesz z nim być, to powiedz to jemu, ale przekaż mu to w jakiś bardziej uprzejmy sposób!
   Jennifer wybałuszyła oczy, a ten kpiący uśmieszek zszedł jej z twarzy.
   - Więc nie miałabyś nic przeciwko gdybym była ze Scorpiusem? – zdziwiła się.
   - Scorpius jest wolnym człowiekiem… - powtórzyłam po chwili – Czy ja mam prawo mu czegokolwiek zakazywać?
   To powiedziawszy, wyminęłam ją i udałam się do siebie. To spotkanie było co najmniej dziwne. Dlaczego tak na mnie naskoczyła? Pewnie pomyślała, że wtedy, gdy zastała nas razem w lochach, coś między nami się wydarzyło. Nie miałam pojęcia, że tak jej na nim zależało… Wyobraziłam sobie ich razem i poczułam się dziwnie źle. Nie pasowali do siebie, co potwierdzało, jakim tonem się do mnie odezwała, kiedy mówiła o moim statusie krwi. Jednak było coś jeszcze… Nie potrafiłam wyobrazić sobie Scorpiusa z żadną inną dziewczyną… Inną ode mnie. Co to za egoistyczna myśl zrodziła się w mojej głowie? Czyżbym postradała zmysły?... Nie, ja… Och, Merlinie! Zakochałam się w Scorpiusie Malfoy’u?...
   Nie mogłam w ogóle zasnąć, ciągle tylko myślałam o Scorpiusie. Tak, rzeczywiście musiałam być w nim zakochana. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz… Przecież, patrząc tak na nas z boku, można było to wywnioskować! Ale jak to się stało?... Kiedyś unikałam go jak ognia, potem jednak zaczęłam spędzać z nim czas… Kiedy się w nim zakochałam? Nawet nie zauważyłam… Słodki Merlinie, jakie to było dziwne uczucie. Równocześnie czułam się przyjemnie i wesoło, ale także jakoś nieswojo, a myślałam o tym wszystkim z niepokojem. Tata powiedział, żebyśmy się „zbytnio nie zaprzyjaźnili”… Chyba przekroczyłam w tym momencie wszelkie granice… Ale nie, stop! Zostawmy opinie! Przecież Rose Weasley też jest wolnym człowiekiem. Więc… czego chce Rose Weasley? Rose Weasley rzeczywiście, bez cienia wątpliwości, chce być blisko Scorpiusa Malfoy’a… Ale czy Rose Weasley chce mu to powiedzieć?...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz