niedziela, 30 lipca 2017

VIII. 25 września, sobota


ALBUS

   Kiedy obudziłem się tego ranka, potrzebowałem chwili, by uświadomić sobie, jaki dziś dzień. Z przyjemnością zdałem sobie sprawę, że była sobota, jednak entuzjazm ten zniknął równie szybko, gdy dodałem do tego dzisiejszy szlaban. Westchnąłem ciężko i przewróciłem się na drugi bok.
   Na sąsiednim łóżku leżał Scorpius, wygięty jakoś śmiesznie. Jego widok przypomniał mi moją wczorajszą rozmowę z Rose. Jej wyznanie było… Cóż, zdziwiła mnie tym, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że nic nie podejrzewałem. Och, proszę, pomiędzy nimi ciągle iskrzy, nie tylko ja to widzę. Jednak najwidoczniej nie sądziłem, że Rose się do tego przyzna. Obstawiałem bardziej, że to Scorp pierwszy mi o tym powie. Tymczasem Rose nie próbowała się nawet tłumaczyć. Bez cienia wątpliwości zadeklarowała, że się w nim zakochała i czekała na moją reakcję. Przyglądałem się jej badawczo jakiś czas.
   - I dlatego tak się dzisiaj zachowywałaś? - domyśliłem się, a ona w potwierdzeniu skinęła głową.
   - Głupio, wiem - uśmiechnęła się krzywo.
   - Cóż, sama widzisz, jak reaguję, gdy Hayley jest w pobliżu - odparłem - Ale wiesz, Rosie... Obserwując was dwoje, można łatwo się domyślić, że coś pomiędzy wami jest.
   Zarumieniła się, co było widoczne nawet w półmroku.
   - To jednostronne... - stwierdziła.
   - Rose, ja nie jestem ślepy - posłałem jej znaczący uśmiech - Widzę, że Scorpowi także na tobie zależy. Może tylko nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo.
   - Dlatego nie chcę mu na razie nic mówić... - oznajmiła - I ciebie proszę o to samo.
   - Możesz na mnie liczyć - uśmiechnąłem się - Wiedz jeszcze, że obojgu wam kibicuję. Bez względu na to, co mówią wasi rodzice, według mnie stanowilibyście świetną parę.
   Rumieniec rozlał się dalej na policzkach Rose.
   - Dzięki, Al - powiedziała jakimś rozmarzonym tonem i uśmiechnęła się - Chciałabym, żeby tak było.
   - Kiedyś będzie, zobaczysz - zapewniłem - A teraz lepiej chodźmy do swoich dormitoriów, zbliża się godzina policyjna.
   Tak właśnie wyglądała reszta naszej rozmowy. Obiecałem Rose, że nic nie powiem Scorpowi, ale nie zaszkodzi mu także troszkę pomóc, by zdał sobie sprawę, że czuje to samo. A potem zaczną się amorki, potajemne randki i chichotanie do siebie nawzajem, a ja będę to wszystko znosił z uśmiechem na ustach, bo zależy mi na szczęściu ich obojga.
   Podczas śniadania rozmawialiśmy jednak głównie o dzisiejszym treningu quidditcha. Przynajmniej szlaban miał odbyć się rano, a więc nie zawadzał popołudniowemu spotkaniu. Noah opowiadał nam, że wczoraj podpatrzył trening Puchonów i dokładnie opisywał ich metody. Nie wiem, czy to do końca uczciwe, ale on twierdził, że przypadkowo jakoś przechodził obok boiska…
   Po posiłku dostrzegłem Rose w Wielkiej Sali i przyprowadziłem ją do naszego stołu.
   - No, ja idę na szlaban, a wy dwoje lepiej sobie pogadajcie… - zwróciłem się w stronę Rose i Scorpiusa.
   Moja siostra cioteczna wybałuszyła na mnie oczy, w jej wzroku tkwiło przerażenie. Pokręciłem tylko lekko głową, patrząc na nią i położyłem palec na ustach, by dać jej do zrozumienia, że nie powiedziałem niczego Scorpowi. Westchnęła z ulgą, a biedny Scorp niczego nie rozumiał. Zostawiłem ich tak razem, bo może nie liczyłem na to, że teraz oboje nagle rzucą się sobie w ramiona i wyznają miłość, jednak chciałem, by chociaż znów się do siebie odzywali.
   Ja natomiast stawiłem się na dziedzińcu, gdzie była już Emma. Przywitałem się z nią, a potem zapadła niezręczna cisza. Dalej miałem wyrzuty sumienia, że ona również została ukarana.
   - To… Nie wiesz może, kto ma nas dzisiaj pilnować? – zagadnąłem w końcu.
   Emma pokręciła głową w odpowiedzi. Wkrótce obok pojawił się i James. Wymieniliśmy wrogie spojrzenia, a potem on odwrócił się od nas. Jego zachowanie naprawdę mnie irytowało.
   W końcu dostrzegliśmy woźnego Filcha, idącego w naszą stronę w towarzystwie Lucasa Gregory’ego, który pomagał mu w pracy. Z tego, co słyszałem, byli jakoś spokrewnieni, chyba Filch był jego wujkiem.
   - No, a teraz słuchać mnie – przemówił Filch – Nasza pani dyrektor wyraźnie dała mi do zrozumienia, że waszą dwójkę trzeba rozdzielić – tu wskazał na mnie i Jamesa – Żeby podczas szlabanu nie doszło do kolejnej bijatyki. Jednak według niej powinniście się pogodzić, co już moją sprawą nie jest, bo w szkole jest również wasz ojciec. W każdym razie – chwycił Jamesa za ramię – Ty idziesz ze mną, pozostałą dwójkę zostawiam Lucasowi.
   Mina Jamesa była bezcenna. Prawie współczułem mu, że został skazany na Filcha. Prawie.
   Ja i Emma ruszyliśmy za panem Gregorym, który następnie zaprowadził nas do Izby Pamięci. Kazał nam ręcznie wyszorować znajdujące się tam ordery, których było dosyć sporo. Emma westchnęła i chwyciła gąbkę, by wylać na nią trochę płynu. Poszedłem w jej ślady i wkrótce oboje pucowaliśmy złote odznaki.
   - Wiesz, wciąż jest mi głupio – odezwałem się.
   Emma spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.
   - Już się nie obwiniaj, Al – poprosiła – Nie mam ci tego za złe. Poza tym mogło być gorzej. Wolałbyś iść z Filchem?
   - No… Nie, masz rację – przyznałem i zaśmialiśmy się.
   Zerknąłem na pana Gregory’ego, który siedział za nami na jakimś taborecie. Gapił się jakimś nieobecnym wzrokiem w sufit, a wyglądał, jakby za chwilę miał usnąć. Cóż, widać było, że w przeciwieństwie do swojego wujka nie miał na celu uprzykrzania uczniom życia na każdy możliwy sposób. Prawdę mówiąc, nie wykazywał się także przesadną inteligencją, a Fred i Roxanne mówili mi, że łatwo wyprowadzić go w pole. W sumie nie odebrał nam różdżek, a więc moglibyśmy pomóc sobie trochę magią…
   Spojrzałem znów na Emmę, która zawzięcie szorowała jeden z orderów. Było widać efekty, bo jej twarz zaczynała odbijać się w złotej odznace.
   - W ogóle to chyba nie podziękowałem ci, że wtedy stanęłaś po mojej stronie, a więc… Dziękuję – odezwałem się ponownie.
   Odwróciła głowę w moją stronę i nasze spojrzenia się spotkały.
   - Nie chciałam, żeby coś ci się stało – odparła dziwnie nieśmiało.
   Uśmiechnąłem się i przytuliłem ją. Chyba zaskoczyłem ją takim gestem, ale po chwili poczułem, jak jej ramiona także mnie obejmują. Odsunąłem się i dostrzegłem blade rumieńce na jej policzkach. Od kiedy ona tak denerwowała się w moim towarzystwie? Uśmiechnęła się do mnie i w jej piegowatych policzkach pojawiły się dołki. Przez to, że ją przytuliłem, jej kok nieco się rozluźnił. Wyciągnąłem rękę w jej stronę i rozpuściłem jej włosy. Ciemnozłote loki opadły na jej ramiona, a ja oniemiałem.
   - Nie wiedziałem, że masz takie długie włosy… - odparłem, zdumiony.
   To chyba zawstydziło ją jeszcze bardziej.
   - Wiesz, zwykle je związuję, więc aż tak tego nie widać… - wyjaśniła i pogładziła loki sięgające aż do pośladków.
   Wyglądała teraz zupełnie inaczej, nawet mi się podobało. Nie to, żeby na co dzień wyglądała brzydko, po prostu może nigdy nie patrzyłem na nią pod takim kątem…
   - Al, zamierzasz tak się na mnie gapić, czy wyczyścimy wreszcie te odznaki? – zapytała, nieco rozbawiona.
   Ocknąłem się i wziąłem za dalsze polerowanie orderów. Jak przypuszczałem, niedługo pana Gregory’ego zmorzył sen, co pozwoliło nam na drobne oszustwo i wyczyszczenie odznak magią. Potem mogliśmy sobie pójść, jako że wykonaliśmy nasze zadanie. James pewnie jeszcze męczy się z Flichem. W drodze powrotnej zastanawialiśmy się, jakie mógł dostać zadanie.

SCORPIUS
   Początkowo ja i Rose siedzieliśmy ramię w ramię przy stole Ślizgonów tak, jak zostawił nas Albus. Naprawdę nie rozumiałem, o co chodziło, ale widocznie Al znał przyczynę jej wczorajszego zachowania. Tylko jaki to miało związek ze mną? Ciekawość wypalała mnie od środka, ale postanowiłem nie pytać Rose o to, a pozwolić jej odezwać się pierwszej i wyjaśnić to wszystko. Problem tkwił w tym, że ona wciąż milczała i ta cisza stawała się nie do zniesienia. Wątpiłem już, że cokolwiek do mnie powie, skoro mieliśmy w towarzystwie trajkoczącego Noah.
   - Chciałam cię przeprosić za moje wczorajsze zachowanie – wydukała w końcu Rose, a ja spojrzałem na nią, jak wlepiała wzrok w stół – Nie chciałam, byś poczuł się dotknięty. Miałam po prostu zły dzień… Między nami okay?
   Zwróciła ku mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu. Wyglądała tak niewinnie i najwidoczniej było jej przykro. Co prawda dalej nie znałem przyczyny, jednak nie była mi ona potrzebna. Ważne, że chciała, by teraz wszystko wróciło do normy.
   - Okay – uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła ten gest – Tylko nie rób mi tak więcej, martwiłem się.
   - Jasne – obiecała.
   Kiedy opuściliśmy Wielką Salę, zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać nad tym, co może robić teraz Al. Snuliśmy różne przypuszczenia i wymyślaliśmy scenariusze jego szlabanu. Cieszyłem się, że ja i Rose rozmawialiśmy ze sobą normalnie, bez cienia tego jej wczorajszego nastroju. Oboje wędrowaliśmy po zamku, bez żadnego konkretnego celu.
   W pewnym momencie naszą rozmowę przerwał jakiś hałas. Obejrzeliśmy się i zorientowaliśmy, że byliśmy na szóstym piętrze. Źródła hałasu nie było widać.
   - Scorp… - odezwała się Rose – Nie podoba mi się to…
   - Och, ale czemu? – usłyszeliśmy piskliwy głos.
   Obróciliśmy się w stronę, z której dobiegał i po chwili w powietrzu zmaterializował się najbardziej denerwujący duch poltergeist na świecie – Irytek.
   - Nie lubicie mojego hałasu? – przekrzywił głowę. W rękach trzymał jakieś dwie metalowe płyty, którymi zaraz potem kilkakrotnie o siebie uderzył – Dalej wam się nie podoba?
   Roześmiał się piskliwie i wyszczerzył zęby w paskudnym uśmieszku. Zmarszczyłem czoło. Prośby nic nie dadzą, bo on i tak je zignoruje. Zawsze robił wszystko, by jak najbardziej komuś dokuczyć.
   - My już sobie pójdziemy, Irytku, nie przeszkadzaj sobie w tym swoim… hałasowaniu – oznajmiłem, siląc się na uśmiech.
   - A dokąd to? – zastąpił nam drogę – Tak wam się spieszy? Już musicie iść? Oho, ja wiem, co tu się dzieje, wiem! W szkolne romanse dzieciaki się bawią, miłość zaraz sobie wyjawią! Ha, ha, przerwałem wam, co?
   - Jakie romanse? – speszyła się Rose – Daj spokój, Irytku…
   - Och, a czy wam w ogóle wolno być razem? – zastanowił się – Rodzice miłości zakazują, dzieciaki tym bardziej dokazują! Miłość zakazana kwitnie tu od rana! Scorpius Malfoy i Rose Weasley się całują, na wesele wszystkich uczniów zwołują! Pomogę wam! – i zaczął bębnić w swoje metalowe płyty.
   - Irytku… - podjąłem próbę uciszenia go, jednak ten dalej robił swoje.
   - Wesele, wesele, wkurzą się Weasley’e! – przyśpiewywał – Na ślub tych dwoje też wkurzą się Malfoy’e!
   I poleciał, kontynuując swoją przyśpiewkę. Staliśmy tam, do reszty zażenowani tym zachowaniem.
   - Zaraz wszyscy usłyszą, że my… - Rose przygryzła wargę – A to nieprawda!
   - Spokojnie, chyba mają na tyle rozumu, żeby nie ufać Irytkowi – odparłem.
   - Ale jak usłyszy go na przykład taki James?... – zauważyła.
   - …Wtedy rzeczywiście mamy się o co martwić – zaniepokoiłem się.
   - Trzeba go złapać! – stwierdziła Rose.
   - Ale jak? – zastanowiłem się.
   - Nie wiem, ale coś wymyślimy! – oznajmiła – No chodź!
   Chwyciła za rękaw mojej szaty i pociągnęła za sobą, po czym oboje rzuciliśmy się biegiem za Irytkiem.
   Poltergeist śmigał nam nad głowami, pośpiewując swoją niedorzeczną rymowankę, podczas gdy inni uczniowie obrzucali nas zdezorientowanymi spojrzeniami. Próbowaliśmy pokrótce wytłumaczyć im, że Irytek znowu głosi swoje brednie, ale naszym głównym celem było schwytanie tego rozwydrzonego stworzenia. Rose desperacko miotała zaklęciami w jego kierunku, ostrzegając przy tym napotkane osoby. Sytuacja wydawała mi się naprawdę beznadziejna, bo niby jak mieliśmy go złapać, a w dodatku jeszcze nikogo przy tym nie uszkodzić?
   - Nie uda wam się! - zachichotał rozpromieniony Irytek i uderzył w talerze - Cała szkoła się dowie, co tutaj się wyprawia! Rose się wstydzi, że tak powiem, przyznać, że chodzi ze swoim wrogiem!
   - Irytku, to bez sensu! - zawołała żałośnie Rose - Nikt i tak ci nie uwierzy, zawsze zmyślasz!
   - Gdybyś rzeczywiście tak uważała, to byś teraz mnie nie goniła - zauważył poltergeist z niemałą satysfakcją - A więc to prawda! To prawda!
   Miałem ochotę cofnąć się w czasie i ominąć tamten korytarz podczas naszego spaceru. Niestety, to była rzeczywistość, a my w niej tkwiliśmy.
   - Może serio powinniśmy go zostawić - szepnąłem do Rose - Ta cała gonitwa tylko nakręca go jeszcze bardziej.
   Spojrzała na mnie, zmartwiona. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego aż tak bardzo nie chciała, by ludzie myśleli, że jesteśmy parą. Jestem aż taki okropny? Co prawda, poniekąd rozumiałem, że James mógłby, powiedzmy, niezbyt dobrze to przyjąć i tak dalej... Ale co komu do tego? Nawet jeżeli serio bylibyśmy razem, to szczerze miałbym gdzieś zdanie innych na ten temat.
   - Słuchaj, niektórzy ludzie już bez tego myślą, że ze sobą chodzimy - dodałem.
   Westchnęła.
   - Wiem - odparła i zwolniła nieco kroku.
   Wkrótce oboje się zatrzymaliśmy.
   - Powiedz szczerze - odezwałem się - Chodzenie ze mną wydaje ci się aż tak okropną perspektywą?
   Spojrzała na mnie, oniemiała.
   - Scorp, ja... - zaczęła, a potem wzięła oddech - To znaczy... No, zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. Ale wiedz, że nie myślę o tobie źle, jeśli to chcesz wiedzieć...
   Uśmiechnąłem się łagodnie.
   - Spokojnie, rozumiem - kiwnąłem głową - Po prostu nigdy nie myślałaś o mnie w ten sposób, to przecież nic złego. Ja tylko chciałem wiedzieć, czy wciąż masz do mnie jakieś uprzedzenia.
   - Nie, w żadnym wypadku - zapewniła - I wiesz, ja... O nikim nie myślę w taki sposób. Nie mam czasu na żadne związki...
   - W porządku, już nie wracajmy do tego - zaproponowałem - To pytanie serio mogło sprawić, że poczułaś się niezręcznie, a ja nie miałem tego na celu.
   Wymieniliśmy uśmiechy, a potem odprowadziłem ją pod portret Grubej Damy.

***

   Kiedy sam dotarłem do Pokoju Wspólnego Slytherinu, zastałem tam Albusa siedzącego w fotelu, przypuszczalnie usiłującego odrobić jakąś pracę domową.
   - A ty już po szlabanie? - domyśliłem się.
   Al spojrzał na mnie znad pergaminu.
   - Już jakiś czas - odparł - Powiedzmy, że udało mi się wyjść wcześniej...
   Przyjrzałem mu się.
   - Co tam wykombinowałeś? - zaciekawiłem się.
   Albus opowiedział mi, że pilnował go pan Gregory, który niezbyt przykładał się do swojej pracy, dzięki czemu on i Emma mogli sobie ułatwić zadanie magią i wrócić do siebie.
   - Ale miałeś szczęście - stwierdziłem - Ciekawe, co takiego musiał robić James. I gdzie w ogóle był podczas szlabanu...
   Byłem ciekaw, czy słyszał Irytka. Cóż, póki co nie zostałem zlinczowany, więc raczej nie...

ROSE
   W naszym dormitorium spotkałam Kelly, właśnie siedziała na swoim łóżku i przeglądała jakieś czasopismo. Kiedy weszłam do środka, spojrzała na mnie.
   - Dzisiaj nadal masz te swoje humorki? - zapytała z przekąsem.
   Westchnęłam cicho i usiadłam po turecku na swoim łóżku.
   - Przepraszam za to… - odrzekłam - Nie byłam do końca sobą, ciągle uciekałam od prawdy... Chciałam ci powiedzieć, ale wtedy wszedł James...
   - O czym ty mówisz? - zmarszczyła czoło - Co takiego chciałaś mi powiedzieć?
   Rozejrzałam się nerwowo po pomieszczeniu, chociaż już wcześniej zorientowałam się, że nikogo więcej poza nami tu nie było.
   - No bo ja... - przygryzłam lekko wargę - Ehym, zdałam sobie sprawę, że jestem zakochana w Scorpiusie...
   Kelly zerwała się z łóżka, by mnie przytulić.
   - Dziewczyno, to GENIALNIE! - zawołała.
   - Serio? - zdziwiłam się - Czemu aż tak cię to ucieszyło?
   - Bo ty zawsze tak się wszystkim przejmujesz... - wywróciła oczami, a następnie usiadła obok na moim łóżku - A kiedy jest się zakochanym, świat staje się piękniejszy. Poza tym... Podejrzewałam, że coś się kroi!
   - Ojej no, czemu tyle osób myśli, że pomiędzy mną a Scorpem coś jest? - zastanowiłam się.
   - Ej, może dlatego, że zachowujecie się trochę jak para? - podsunęła Kelly, jak gdyby to było oczywiste - No proszę cię, praktycznie wszędzie ze sobą chodzicie, droczycie się, jakbyście flirtowali, no i w dodatku gapicie się na siebie maślanymi oczkami...
   - Hej! - obruszyłam się.
   - No co? Tak to wygląda, kochana - popatrzyła na mnie z politowaniem.
   - Może mnie samej ciężko jest to zobaczyć jakby z boku... - wywnioskowałam - Ale nie wiem, co on do mnie czuje. Pewnie nigdy o tym nawet nie pomyślał, ale tak szczerze, to nie sądzę, że sama jestem gotowa na związek.
   - A to dlaczego? - zaciekawiła się Kelly.
   - Po prostu tak czuję - wyjaśniłam - Ja odkryłam moje uczucia do Scorpiusa bardzo niedawno, a poza tym w sumie nie wiem, co tak dokładnie do niego czuję... Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć.
   - Och, zdecydowanie zbyt dużo myślisz! - stwierdziła Gryfonka - Za uczucia odpowiada serce, nie rozum.
   - Właściwie za to wszystko odpowiada mózg, a serce to tylko mięsień, który pompuje krew...
   - ROSE! - przerwała mi - Właśnie o tym mówię! Czasem po prostu nie zastanawiaj się, dlaczego, po co i jak. Po prostu daj się prowadzić emocjom. One pokazują, czego naprawdę chcesz, a rozum to tylko ogranicza.
   - Może masz rację... Może nie powinnam wszystkiego tak kalkulować... Ale to przynajmniej pomaga w uniknięciu odrzucenia. Gdybym teraz poszła i wszystko mu powiedziała... Być może by mnie odrzucił. W tym wypadku myślę, że zarówno serce, jak i rozum podpowiadają mi jedno: żebym na razie nie robiła nic w tej sprawie.
   - Jak chcesz... Ale pamiętaj, czasem trzeba uciszyć rozum i posłuchać głosu serca.
   Kiwnęłam głową.
   - Będę robiła to, co uznam za najlepsze dla mnie samej - postanowiłam - Dzięki za tę rozmowę, Kelly.
   Wymieniłyśmy ciepłe uśmiechy. Opowiedziałam jej jeszcze o moim niedawnym spotkaniu z Jennifer. Kelly zaskoczyło jej zachowanie, nie obyło się bez wyzwisk pod jej adresem. Była wyraźnie zdegustowana jej metodami. Poradziła też, żeby w ogóle się nią nie przejmować, bo nikt nie może mnie ograniczać. Cieszyłam się, że miałam taką przyjaciółkę jak Kelly. Różniłyśmy się niemal jak ogień i woda, ale zawsze mogłyśmy szczerze porozmawiać i liczyć na siebie nawzajem.
   Pamiętam, jak poznałyśmy się na pierwszym roku. Gryffindor stracił nieco punktów przez jej niektóre nieodpowiedzialne poczynania, a ja jako ambitna uczennica i córka samej Hermiony Weasley dążyłam do tego, by nasz dom zdobył jak najwięcej punktów. Często rozmawiałam z nią na ten temat, choć nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów, bo Kelly nie znosi ograniczeń. Jeżeli jej czegoś zakażesz, możesz być pewny, że ona jednak ośmieli się to zrobić, chociażby tylko po to, by poczuć adrenalinę wynikającą z łamania reguł. Jak więc tak różne osoby mogły się ze sobą zaprzyjaźnić?
   Pewnego dnia profesor Collins jako opiekun Gryffindoru wyraził zmartwienie ocenami oraz zachowaniem Kelly i poprosił mnie, bym udzielała jej korepetycji. Nie ukrywam, wymagało to ode mnie wiele cierpliwości. Kilkakrotnie prosiłam go również, by przydzielił Kelly kogoś innego, jednak profesor twierdził, że lepszego kandydata nie znajdzie. Podczas naszych małych lekcji dowiedziałyśmy się paru rzeczy o sobie nawzajem. Wtedy zaczęłam trochę zazdrościć Kelly, że jest taka przebojowa i umie odnaleźć się praktycznie w każdym towarzystwie. Ja sama na początku szkoły miałam problemy z zaaklimatyzowaniem się.
   Byłam zaskoczona w równym stopniu, co reszta mojej rodziny, że Albus został przydzielony do Slytherinu. Nie miałam więc nikogo znajomego na swoim roku w Gryffindorze. Podczas przerw zwykle trzymałam się Jamesa albo Freda i Roxanne. Jednak nie miałam nikogo w swoim wieku ani w tym samym domu jednocześnie. Co prawda rozmawiałam z niektórymi, na przykład Sakurą, ale jakoś bliżej nigdy się nie poznałyśmy. Podczas zajęć siedziałam z różnymi osobami. Kiedy mieliśmy lekcje z Puchonami, miałam przynajmniej Emmę, którą znam od małego dziecka. Oczywiście bardzo cenię sobie jej przyjaźń, jednak czasem czułam się samotna. Zdarzało się także, że dokuczano mi, nazywając kujonką. Przypadki te może i nie były radykalne i występowały raczej sporadycznie, ale mimo wszystko łatwo mnie zranić.
   Kelly wydawała się nie przejmować tym, co inni o niej sądzą. Uświadomiłam sobie, że możemy uczyć się od siebie nawzajem – ja tłumaczę jej szkolne przedmioty, a ona pokazuje mi, jak kształtować własny charakter. Zauważyłyśmy, że się dopełniamy, a z czasem polubiłyśmy się. Z Emmą zaczęła się dobrze dogadywać właściwie niemal od razu, bo Emma jest otwarta na nowe znajomości. Nic dziwnego, w końcu należy do Hufflepuffu.
   To właśnie z nimi,  moimi najlepszymi przyjaciółkami, spędziłam resztę dzisiejszego dnia.

sobota, 15 lipca 2017

VII. 24 września, piątek


ALBUS   
   W piątki większość lekcji mieliśmy z Puchonami. To z nimi zaczynaliśmy i kończyliśmy ten dzień, a właśnie siedzieliśmy wspólnie na opiece nad magicznymi stworzeniami. Przedmiotu tego uczył nie kto inny jak Hagrid, a pomagała mu przy tym młoda praktykantka Kaida Campbell. Była wysoką i szczupłą mulatką o długich ciemnobrązowych włosach z czerwonymi końcówkami, głównie splatanych w wysoki warkocz, oraz ciemnobrązowych oczach. Była dosyć atrakcyjna i wielu chłopców z naszej klasy się za nią oglądało, co przypominało mi trochę reakcję Kelly na pana Blaira.
   Zajęcia opieki nad magicznymi stworzeniami odbywały się zwykle na zewnątrz, o ile dopisywała pogoda. Dzisiaj było w miarę znośnie, chociaż nieco chłodniej niż wczoraj. O dziewiątej na błoniach pojawili się Hagrid i panna Campbell, która niosła jakiegoś ptaka podobnego do sępa. Po przywitaniu się z nami, przemówiła:
   - Dzisiaj dzięki uprzejmości mojego kolegi mogę pokazać wam lelka wróżebnika – tu wskazała na tego sępopodobnego ptaka – Ciężko było go wyciągnąć na dwór, bo lelki latają tylko w deszczu, ale w końcu raczył was odwiedzić – uśmiechnęła się – Ktoś wie coś jeszcze na temat lelków wróżebników? Tak, panno Fiennes?
   - Pióra lelka odpychają atrament – odpowiedziała Jennifer.
   - Zgadza się, pięć punktów dla Slytherinu – przytaknęła wesoło panna Campbell – Czy ktoś jeszcze chciałby coś dodać?
   Tym razem odezwał się jakiś chłopak z Hufflepuffu:
   - Lelki żywią się dużymi owadami.
   - Owszem, a także elfami – dodała panna Campbell – Pięć punktów dla Hufflepuffu.
   - To nie w porządku – szepnęła do nas Jennifer stojąca w pobliżu – Odpowiedź była niepełna.
   Zmarszczyłem lekko czoło. Ale panna Campbell chyba oczekiwała jakichkolwiek faktów o lelkach… Nie znam się, ale ja tam uważam, że słusznie przyznała punkty Puchonom.
   Potem dowiedzieliśmy się także, że śpiew lelka wróżebnika zwiastuje deszcz, a kiedyś myślano, że to oznaka śmierci. Każdy z nas mógł podejść bliżej, pojedynczo, i zobaczyć lelka z bliska. Kilkoro uczniów zadeklarowało, że posiadają lelki w domach.
   Na zajęciach trzymałem się Scorpiusa i Emmy, a w trakcie lekcji podszedł do nas Hagrid.
   - Jak tam się macie? – zagadnął – Może przyjdziecie do mnie dzisiaj na herbatkę?
   - Chętnie – zgodziłem się, kiwając głową.
   - No, Rose też ode mnie zaproście – poprosił Hagrid.
   - Może wam się uda – Scorpius zwrócił się do mnie i Emmy – Próbowałem z nią dzisiaj porozmawiać, ale jakoś dziwnie się zachowywała… Była taka jakaś przygnębiona.
   - To dziwne – odrzekła Emma, marszcząc czoło – W końcu wróciła wczoraj taka rozpromieniona z tego spotkania z panem Hopkinsem… Mam z nią zaklęcia na następnej lekcji, może się czegoś dowiem.
   - Faktycznie, dziwne – przyznałem – Mam nadzieję, że to nic poważnego.
   - Ja też – odparł Hagrid – Jeśli zechce, może nam to opowiedzieć przy filiżance herbaty. Takie rozmowy koją duszę, he he!
   Jednak po opiece nad magicznymi stworzeniami udało mi się zobaczyć Rose w jednym z korytarzy. Chciałem podejść i się przywitać, ale drogę zastąpił mi James.
   - Jak tam się miewa nasza kaczka dziwaczka? – zapytał, szczerząc zęby w durnym uśmieszku.
   - Przestań… - mruknąłem – Nie masz nic lepszego do roboty?
   - Słyszałem, że wczoraj wyczarowałeś patronusa – odrzekł, a ja uniosłem brwi do góry w zdziwieniu. Coś podejrzane to było, bo brzmiało jak wstęp do komplementu, ale słusznie uważałem, że wcale tak nie jest – No, niezła ta twoja pelerynka, ale mój patronus rozerwałby ją na strzępy – to powiedziawszy, znów uśmiechnął się szeroko, po czym wyciągnął różdżkę – Expecto Patronum!
   W korytarzu pojawił się srebrny, półprzezroczysty lew. Zarzucił dumnie grzywą i spoglądał na innych wyzywająco. Niektórzy uczniowie przystanęli, by pooglądać go w zachwycie. Typowy James, który robił pokazówkę.
   - Ha, widzicie to? – wyprostował się dumnie – Mój patronus to lew, co oznacza, że prawdziwy ze mnie Gryfon! Podziwiaj, Albusie. Ty o takim możesz tylko pomarzyć.
   - Odczep się – syknąłem – Jesteś ode mnie starszy o dwa lata, więc to chyba normalne, że tobie się udało. Poza tym jestem blisko od uzyskania cielesnej formy, muszę tylko poćwiczyć.
   - Tylko nie zmień się znowu w kaczkę! – zarechotał – Poważnie, spójrz na siebie. Współczuję tacie, pewnie się najadł wstydu.
   Zacisnąłem nerwowo pięści. Zobaczyłem, jak podbiegają do nas równocześnie Rose i Emma.
   - Chłopcy, dosyć – odezwała się moja siostra cioteczna – Lepiej się teraz rozejdźcie, zanim coś nabroicie.
   James zaśmiał się kpiąco i odesłał patronusa.
   - No tak – kiwnął głową – Nikt nie zaprzeczy, bo oczywiście mam rację.
   - Nie, wcale nie masz racji! – zawołałem, co przyciągnęło uwagę kilkorga uczniów – Tata sam powiedział, że jest ze mnie dumny. Z tego pojedynku…
   - Dumny? – powtórzył James – Powiedział tak, bo zrobiło mu się ciebie żal! A skoro jesteś taki dobry w pojedynkach… To dawaj. Drętwota!
   Zareagowałem natychmiast, pospiesznie wyciągając różdżkę i osłaniając się półprzezroczystą tarczą zaklęcia Protego. Na szczęście zdążyłem.
   - Ej, wystarczy tego! – odezwała się Emma.
   - Obaj natychmiast się uspokójcie! – prosiła Rose, ale James rzucił kolejne zaklęcie, które musiałem odbić.
   W chwilę potem to ja go zaatakowałem. Wokół nas zebrał się tłum gapiów. Nie myślałem teraz o konsekwencjach, po prostu musiałem pokazać Jamesowi, że jest zbyt pewny siebie.
   Miotaliśmy w siebie zaklęciami, aż jedno z nich prawie mnie dosięgnęło.
   - Al, uważaj! – usłyszałem krzyk Emmy, która rzuciła się przede mnie z tarczą, a potem wycelowała jakimś zaklęciem w Jamesa.
   - Hej, bez oszustw! – zawołał James, unikając jej ataku – To jest pojedynek, co oznacza jeden na jeden!
   - Jaki znowu pojedynek?! – usłyszeliśmy groźny krzyk profesor McGonagall, który spowodował, że wszyscy stanęli nieruchomo, jak gdyby zmienili się w skalne posągi.
   
SCORPIUS
   Szedłem właśnie w stronę sali do transmutacji, gdy usłyszałem jakieś krzyki. W korytarzu zobaczyłem tłum ludzi i postanowiłem sprawdzić, czemu oni się tak przyglądają. Ogromne było moje zdziwienie, gdy dostrzegłem, że centrum zainteresowania stanowili Albus i James, najwidoczniej walczący ze sobą. Starałem się przedrzeć jak najbliżej nich i udało mi się stanąć obok Rose. Obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem. Oboje usiłowaliśmy ich uspokoić, ale wtedy wszyscy usłyszeliśmy rozwścieczoną McGonagall.
   - Czy ktoś raczy mi wyjaśnić, co tu się dzieje? – zapytała surowo – Panowie Albus i James Potterowie. Cóż to za rodzinna sprzeczka? I w dodatku panna Longbottom!
   - N-nie, ona nie ma z tym nic wspólnego – sprostował Albus, który wreszcie zdobył się na odwagę, by cokolwiek powiedzieć – Próbowała nas powstrzymać, a my nie słuchaliśmy…
   - Posłuchajcie mnie, cała wasza trójka – zniżyła nieco ton, co tylko pogorszyło sytuację – Nie będziecie urządzać żadnych bójek w mojej szkole. A teraz pójdziecie do mojego gabinetu… Tak, panna Longbottom także! A reszta co tu jeszcze robi? Macie chyba zaraz kolejne lekcje!
   Albus chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko spojrzał na Emmę przepraszająco, a następnie bez żadnych innych dopowiedzeń wszyscy troje udali się za panią dyrektor. Reszta uczniów zaczęła nerwowo rozmawiać o tym, co się właśnie stało. Rose wyglądała, jakby chciała już iść, ale ja zdążyłem złapać ją za rękę.
   - Poczekaj – poprosiłem, a ona odwróciła się w moją stronę – O co im poszło tak właściwie?
   - James zaczął go obrażać – wyjaśniła – A potem rzucił zaklęcie, wyzywając go na pojedynek.
   - Rozumiem… Czekaj! – zawołałem, gdy znów prawie mi uciekła – Mam wrażenie, że mnie dzisiaj unikasz. Coś się stało?... – ściszyłem nieco głos.
   Rose wyglądała, jakby się wahała, ale tylko przygryzła lekko wargę i oznajmiła, że zaraz ma zaklęcia i musi już iść. Puściłem ją, dalej nic nie rozumiejąc.
   Teraz mieliśmy transmutację z Krukonami. Pani McGonagall dalej jej nauczała, chociaż była dyrektorką. Co prawda teraz nie mogła przyjść na zajęcia, bo pewnie właśnie prawiła Alowi, Emmie i Jamesowi niezłe kazanie, więc całą lekcję poprowadził praktykant Zen Shinsei. Z tego, co słyszałem, to właśnie on był tym kolegą panny Campbell, który pożyczył jej lelka. Był też kuzynem Sakury.
   Skoro nie było Ala, myślałem, że będę siedział sam, ale Jennifer chciała się do mnie przysiąść, więc się zgodziłem. Myślami byłem jednak daleko od lekcji. Ciągle trapiła mnie postawa Rose. Czy powiedziałem wczoraj coś złego? Nie umiałem znaleźć ani jednego powodu, dla którego tak się dzisiaj zachowywała. A może nie chodziło wcale o mnie? Mam nadzieję, że jakaś przykrość nie spotkała jej rodzinę… Chociaż wtedy raczej bym wiedział, w końcu Weasley’ów w Hogwarcie mamy wielu.
   Jennifer musiała zauważyć moje zamyślenie, bo zapytała mnie o to szeptem:
   - Scorp? Coś się dzieje?
   - Zamyśliłem się… - wyjaśniłem – Swoją drogą, może ty wiesz, co się dzieje z Rose? Bo ciężko mi dzisiaj z nią porozmawiać.
   Jennifer uniosła brwi do góry.
   - Dziwne, unika cię? – zapytała – Hm, no ja nie mam pojęcia, co się jej stało, ale kto tam wie. Może powinieneś dać jej trochę czasu, zostawić ją samą…
   - Może… - mruknąłem.
   Po lekcji podeszła do mnie roztrzęsiona Hayley Sparks i zaczęła nerwowo wypytywać o Albusa, ale ja odpowiedziałem, że nie mam pojęcia, co się teraz z nim dzieje. Spotkaliśmy się jednak na kolejnych zajęciach, starożytnych runach.
   - Opowiem ci szczegółowo potem – odrzekł Albus – Mam jutro rano szlaban… Ja, James i Emma. Niestety, nie udało mi się jej usprawiedliwić.
   Widziałem po nim, że pogorszyło mu to humor i wcale się mu nie dziwię. Największą winę oczywiście ponosił James, skoro to on rozpoczął cały ten kocioł.
   Starożytnych runów nauczał czarodziej w średnim wieku, imieniem Einar Davies. Jego akcent wskazywał na to, że nie był rdzennym Brytyjczykiem. Miał kręcone brązowe włosy sięgające ramion, zarost, śniadą cerę i szare oczy. Jego osoba ogólnie budziła zainteresowanie i krążyło o nim wiele plotek, jak na przykład, że zna język trytoński. Dzisiaj zajęcia te mieliśmy wspólnie z Gryfonami, a że Rose nie wybrała alternatywnego przedmiotu, czyli wróżbiarstwa, również tu była. Może faktycznie powinienem ją zostawić i poczekać, aż sama do mnie przyjdzie? Nie chciałbym jednak pozostawiać jej sam na sam z jakimś utrapieniem.
   Byliśmy skazani na siebie przez kolejne dwie godziny, jakimi były eliksiry. W dodatku znów pracowaliśmy czwórkami, ale postanowiłem się jednak nie odzywać na ten temat. Al był wypytywany przez nią i Kelly o wizytę u McGonagall.
   - Mówiła, że bardzo ją zawiedliśmy – ciągnął – Przez nas każdy z tych trzech domów stracił po dwadzieścia punktów. Jutro rano mamy stawić się na dziedzińcu na szlaban. Nie wspomniała, na czym dokładnie będzie on polegać.
   - Faktycznie słabo to brzmi – przyznałem.
   Nie rozdrabnialiśmy się już więcej na ten temat, bo po co mieliśmy dręczyć Ala? Niektórzy już i tak krzywo na niego patrzyli przez tę utratę punktów.
   W przerwie między lekcjami dopadła go Hayley i zapewniała, że jest przekonana co do jego niewinności. Albus podziękował jej za wsparcie, ale widać było po nim, że był po prostu zły na siebie przez całą tę sytuację.
   Podczas obiadu Noah zakomunikował, że ma jakiś nowy plan treningów quidditcha i że teraz musimy powrócić do ostrych ćwiczeń. Kolejny mecz mieliśmy rozegrać z Puchonami i także chcielibyśmy go wygrać. Dobrze, że nie ogłosił nagle treningu na dzisiejsze popołudnie (czasem zwoływał nas w ostatniej chwili), więc spokojnie mogliśmy odwiedzić Hagrida.
   Jak zwykle podał herbatę i twarde ciasteczka, które ciężko było zjeść. Oznajmił nam, że wczoraj zorganizował podwieczorek dla Lily, Hugona i ich koleżanki Kate Simms z Hufflepuffu. Zażartowałem, że Hagrid robi konkurencję profesorowi Slughornowi, który urządza spotkania tego swojego „Klubu Ślimaka”.
   - Za to można nieźle rozwinąć swoje życie towarzyskie – zauważyłem z lekkim uśmiechem na twarzy – W czwartek do Hagrida, w piątek do Slughorna… Ach, ależ my jesteśmy rozchwytywani!
   Zaśmialiśmy się.
   - Ja to bym najchętniej was wszystkich naraz przyjął – zadeklarował Hagrid – Ale chata by tego towarzystwa nie pomieściła…
   Co racja, to racja – już i tak było ciasnawo, a w środku przy stoliku siedziało sześcioro osób: ja, Rose, Albus, Emma, Hagrid i Kelly, którą również zaprosił. Sam Hagrid zajmował ogrom miejsca, więc można sobie wyobrazić, że nam pozostało mało przestrzeni. Siedziałem pomiędzy Alem a Rose, stykaliśmy się ramionami. Rose dalej wyglądała, jakby chciała się odizolować, co w tych warunkach nie było zbyt możliwe. W mojej głowie kłębiło się tysiąc myśli na temat tego zachowania, jednak oczywiście były to tylko spekulacje. Jedno wiedziałem na pewno – nienawidziłem oglądać jej w takim stanie.
   Przy herbacie głównie opowiadaliśmy Hagridowi, jak toczy się nasze szkolne życie. On także słyszał o tym szlabanie, który czekał Albusa i Emmę, siedzących teraz obok siebie. Oboje byli w niezbyt dobrych humorach, jednak Albus widocznie czuł się bardziej przygnębiony. Sam mi mówił, że najbardziej trapi go fakt, że Emma także została ukarana, chociaż właściwie chciała mu pomóc. Obwiniał się ciągle, więc należało zmienić temat.
   - No a ja ostatnio byłem w banku Gringotta… - podjął Hagrid – Miałem małą sprzeczkę z goblinami. Jakieś opryskliwe były… Jeden to przyjąć mnie wcale nie chciał.
   Widocznie dziś jest jakiś dzień złego humoru…
   Potem rozmawialiśmy także o zajęciach opieki nad magicznymi stworzeniami. Hagrid pytał nas głównie o to, jak nam się podoba i czy chcielibyśmy coś dodać. Chociaż nie wszyscy mieli dobry humor, popołudnie minęło nam nawet przyjemnie, bo nikt nie chciał popsuć atmosfery. Podziękowaliśmy Hagridowi za ugoszczenie nas i skierowaliśmy się w stronę zamku. Próbowałem jeszcze porozmawiać z Rose, ale ona cały czas zagadywała Kelly i Emmę. Naprawdę chciałbym wiedzieć, o co jej chodzi.

ROSE 
   Szczerze mówiąc, myślałam, że unikanie Scorpiusa przyjdzie mi łatwiej – kiedyś robiłam to codziennie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to rozwiązanie nie było zbyt mądre, ale bałam się, że jakoś przypadkiem się mu wygadam. Bo co, jeżeli on wcale nie czuje tego samego? Lub nawet nigdy o tym nie myślał? Nie chciałabym tak nagle z tym wyskoczyć, poza tym sama jeszcze oswajam się z tym uczuciem. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane?
   Nie potrafiłam jednak ukrywać uczuć, bo moje zachowanie ewidentnie wskazywało na to, że coś się stało. Nie chciałam także niepokoić nikogo, no ale miałam im to powiedzieć? To znaczy, Emmie, Kelly i Albusowi w sumie mogłam, jednak nie trafiła się nam okazja co do tego, a poza tym ciężko było mi to przyznać nawet samej sobie. To chyba dlatego, że zakochałam się po raz pierwszy i kompletnie nie wiedziałam, co robić.
   Dzisiaj pomiędzy lekcjami udało mi się wpaść na panią Shinsei. Akurat była w pobliżu naszego Pokoju Wspólnego, a więc przypuszczalnie chciała odwiedzić Sakurę. Zapytałam panią o Zaklęcie Patronusa, bo dręczyło mnie, że wciąż nie potrafię go przywołać, nawet bezcielesnej formy. Wyjaśniłam, że próbowałam już przypomnieć sobie moje wszystkie szczęśliwe wspomnienia, ale patronus dalej się nie pojawił.
   - Dążenie do perfekcji jak u naszej pani minister – skomentowała pani Shinsei z lekkim uśmiechem na twarzy - Cóż... Tak, jak mówiłam na lekcji, młodsi nie mają zwykle wielu szczęśliwych wspomnień o wystarczającej sile. Poza tym dla każdego szczęście oznacza coś innego.
   - Racja… - przyznałam.
   - Hmmm... znana jest ci może postać Flaviusa Belby'ego? – spytała, a ja kiwnęłam głową – Pokonał śmierciotulę patronusem. Może mniej się o tym wspomina, ale przywołał go wspomnieniem z dnia, gdy został szefem klubu gargulkowego. Dla niego najważniejsze było to, a dla innych może to być wygrana meczu, zdobycie wymarzonej posady... czy też po prostu rodzina – ciągnęła, po czym przerwała na chwilę, jakby się zastanawiała - A kto wie, niektórzy są naprawdę szczęśliwi dopiero, gdy się zakochają.
   Zakochają, co? Póki co czułam się raczej nieswojo niż szczęśliwie…
   - Problem w tym, że nie mam pojęcia, które moje wspomnienie jest najsilniejsze – odparłam.
   - Pomogłabym, ale wolę nie wchodzić komuś do głowy – odpowiedziała pani Shinsei - Tu nie chodzi o pojęcie, to po prostu się czuje. Kiedy człowiek stara się nie myśleć, o tej najszczęśliwszej rzeczy najtrudniej zapomnieć... Wiem, co mówię.
   - Chyba jeszcze muszę poczekać – uśmiechnęłam się blado, zdając sobie z tego sprawę – Nie wiem, czy w ogóle posiadam takie wspomnienie.
   - Na każdego przyjdzie czas. Ale nie sądzę, żebyś długo miała z tym problem. Nawet twój ojciec nie miał – odparła, a widząc moje pytające spojrzenie, ciągnęła dalej - Byliśmy wtedy na piątym roku. On, twoja mama, ja i grupka innych mieliśmy praktyki od... cóż, można się domyślić, od kogo.
   Zdawało mi się, że pani Shinsei nieco się rozpromieniła, gdy o tym opowiadała.
   - To był wujek Harry, prawda? – domyśliłam się.
   Pani Shinsei skinęła głową.
   - Mało kto by pomyślał o grupce tak młodych ludzi umiejących używać patronusa, ale wierzę, że to pokolenie również wiele potrafi. Więc... Uważam, że do Owutemów na pewno poznasz cielesną formę swojego – skwitowała.
   Podziękowałam pani za rady, nie chcąc zabierać już jej więcej czasu. Chyba już wiem, na czym polegał mój problem. Nie mogłam wybrać jednego wspomnienia, bo żadne nie było na tyle silne i przez to skupiałam się na kilku naraz. Mogę dalej próbować przywołać patronusa, ale nie będę już panikowała, kiedy mi nie wyjdzie… A przynajmniej, znając moją nadgorliwość, postaram się.
   Pani Shinsei poprosiła mnie jeszcze, żebym zawołała Sakurę, więc wróciłam na chwilę do dormitorium. Sakura siedziała na swoim łóżku, zagłębiona w jakiejś lekturze, zapewne romansidle. Czyta ich mnóstwo, nawet parę razy pożyczyła mi kilka. Przekazałam jej informację, że jej mama chciałaby się z nią spotkać, na co dziewczyna zareagowała entuzjastycznie. Od razu zeskoczyła z łóżka i pomaszerowała do pani Shinsei. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok.

***

   Kiedy wróciliśmy od Hagrida, poszłam prosto do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Kelly dogoniła mnie i rzuciła mi zdezorientowane spojrzenie.
   - Dziewczyno, co się dzisiaj z tobą dzieje? – zmarszczyła czoło – I nie mów mi, że wszystko jest w porządku. Mam oczy.
   Westchnęłam głęboko.
   - Po prostu… - przygryzłam wargę. Chciałam jej powiedzieć, była moją przyjaciółką. Problem w tym, że jakoś nie czułam, że to dobry moment, a już na pewno nie było to odpowiednie miejsce do takiej rozmowy – Dzisiaj czuję się jakoś nieswojo. Proszę, nie miejcie mi tego za złe… - westchnęłam. W sumie poczułam, że mogę jej powiedzieć dokładnie, o co chodzi, bo Pokój Wspólny był pusty – Ja… Wydaje mi się, że… - urwałam, bo usłyszałam, jak ktoś wszedł do środka, a był to James. O, nie. W jego obecności na pewno tego nie powiem!
   - Że co?... – Kelly domagała się wyjaśnień.
   - Nieważne – odparłam szybko – Muszę… Iść. Na razie!
   Ruszyłam zdecydowanym krokiem w stronę wyjścia. Kelly próbowała mnie jeszcze zatrzymać, ale w końcu odpuściła, za co byłam jej wdzięczna. Wypadłam na korytarz. Co ja wyczyniałam? Ciągle panikowałam, nie panowałam nad sobą!
   Znalazłam się na schodach. Obrałam sobie jakąś zupełnie przypadkową drogę, bo nie miałam konkretnego celu. Idąc kolejnym korytarzem, który brałam za opustoszały, zobaczyłam przed sobą jakiś cień. Już miałam zawrócić, kiedy uświadomiłam sobie, że był to Albus. Podeszłam bliżej i dostrzegłam, że siedział samotnie na kamiennej ławce. Myślałam, że ja też potrzebowałam odosobnienia, lecz poczułam potrzebę rozmowy z nim. Uszłam parę kroków w jego stronę i wtedy uniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Uśmiechnęłam się blado, po czym dosiadłam się w sumie bez pytania. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
   - Powiedział, że go zawiodłem – oznajmił, patrząc mi w oczy. Z początku nie rozumiałam, co miał na myśli, jednak uświadomiłam sobie, że musi chodzić o wujka Harry’ego – Że nie powinienem był dać mu się sprowokować. Oczywiście bardziej zły był na Jamesa, jednak nam obu się dostało. Dodał też, że ma nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Obiecaliśmy mu.
    Nie wiedziałam, co miałam mu na to odpowiedzieć. Ja też nie popierałam tamtego pojedynku, jednak nie zamierzałam mu już tego wypominać.
   - To wszystko, co powiedział? – dopytałam wreszcie.
   - Jeszcze przekazał mi na osobności, że wierzy, że drzemie we mnie wielki duch walki – odparł – Ale żebym potrafił go kontrolować.
   - Albus – odezwałam się – Wujek Harry na pewno wciąż jest dumny, że szybko się uczysz. Sam przyznaj, ten pojedynek nie był najszczęśliwszym pomysłem. Mimo wszystko, może i dałeś się sprowokować, ale nie stchórzyłeś. To pewnie masz w sobie z Gryfona.
   Al uśmiechnął się.
   - A teraz przyjmij konsekwencje własnych czynów jak odpowiedzialny czarodziej – ciągnęłam – Jesteś bardzo zdolny, Al. Mnie na przykład nie udał się patronus.
   - Oj, przestań, Rose – westchnął – Dalej się tym przejmujesz? Jestem pewien, że niedługo ci się uda. To znaczy… O ile przestaniesz się dąsać, bo do tego potrzeba wesołych wspomnień.
   Zmarszczyłam lekko czoło.
   - Tylko nie mów mi, że w taki zły humor wprawiły cię dzisiaj patronusy – spojrzał na mnie wyczekująco – Twoje zachowanie było dziwne, przyznaj.
   Westchnęłam głęboko i odwróciłam wzrok.
   - Tu nie o patronusy chodzi… - oznajmiłam.
   - W porządku – Al skinął głową – Nie musisz mówić, jednak pamiętaj, że we mnie znajdziesz oparcie. Znam cię i wiem, że jesteś silna. Cokolwiek to jest, poradzisz sobie z tym.
   Uśmiechnęłam się lekko. Czułam jakiś dziwny impuls, żeby mu powiedzieć. Nie wygada się Scorpiusowi, nawet jeśli to jego najlepszy przyjaciel. Ja też przyjaźnię się z Alem, a on wysoko ceni sobie naszą relację.
   Rozejrzałam się dookoła, czy na pewno nikt nas nie podsłuchuje, a potem spojrzałam na mojego brata ciotecznego poważnym wzrokiem.
   - Zakochałam się w Scorpiusie.