ALBUS
Kiedy obudziłem się tego ranka,
potrzebowałem chwili, by uświadomić sobie, jaki dziś dzień. Z przyjemnością
zdałem sobie sprawę, że była sobota, jednak entuzjazm ten zniknął równie
szybko, gdy dodałem do tego dzisiejszy szlaban. Westchnąłem ciężko i
przewróciłem się na drugi bok.
Na sąsiednim łóżku leżał Scorpius, wygięty
jakoś śmiesznie. Jego widok przypomniał mi moją wczorajszą rozmowę z Rose. Jej
wyznanie było… Cóż, zdziwiła mnie tym, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że
nic nie podejrzewałem. Och, proszę, pomiędzy nimi ciągle iskrzy, nie tylko ja
to widzę. Jednak najwidoczniej nie sądziłem, że Rose się do tego przyzna.
Obstawiałem bardziej, że to Scorp pierwszy mi o tym powie. Tymczasem Rose nie
próbowała się nawet tłumaczyć. Bez cienia wątpliwości zadeklarowała, że się w
nim zakochała i czekała na moją reakcję. Przyglądałem się jej badawczo jakiś
czas.
- I dlatego tak się dzisiaj zachowywałaś? -
domyśliłem się, a ona w potwierdzeniu skinęła głową.
- Głupio, wiem - uśmiechnęła się krzywo.
- Cóż, sama widzisz, jak reaguję, gdy Hayley
jest w pobliżu - odparłem - Ale wiesz, Rosie... Obserwując was dwoje, można
łatwo się domyślić, że coś pomiędzy wami jest.
Zarumieniła się, co było widoczne nawet w
półmroku.
- To jednostronne... - stwierdziła.
- Rose, ja nie jestem ślepy - posłałem jej
znaczący uśmiech - Widzę, że Scorpowi także na tobie zależy. Może tylko nie
zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo.
- Dlatego nie chcę mu na razie nic mówić...
- oznajmiła - I ciebie proszę o to samo.
- Możesz na mnie liczyć - uśmiechnąłem się -
Wiedz jeszcze, że obojgu wam kibicuję. Bez względu na to, co mówią wasi
rodzice, według mnie stanowilibyście świetną parę.
Rumieniec rozlał się dalej na policzkach
Rose.
- Dzięki, Al - powiedziała jakimś
rozmarzonym tonem i uśmiechnęła się - Chciałabym, żeby tak było.
- Kiedyś będzie, zobaczysz - zapewniłem - A
teraz lepiej chodźmy do swoich dormitoriów, zbliża się godzina policyjna.
Tak właśnie wyglądała reszta naszej rozmowy.
Obiecałem Rose, że nic nie powiem Scorpowi, ale nie zaszkodzi mu także troszkę
pomóc, by zdał sobie sprawę, że czuje to samo. A potem zaczną się amorki,
potajemne randki i chichotanie do siebie nawzajem, a ja będę to wszystko znosił
z uśmiechem na ustach, bo zależy mi na szczęściu ich obojga.
Podczas śniadania rozmawialiśmy jednak
głównie o dzisiejszym treningu quidditcha. Przynajmniej szlaban miał odbyć się
rano, a więc nie zawadzał popołudniowemu spotkaniu. Noah opowiadał nam, że
wczoraj podpatrzył trening Puchonów i dokładnie opisywał ich metody. Nie wiem,
czy to do końca uczciwe, ale on twierdził, że przypadkowo jakoś przechodził
obok boiska…
Po posiłku dostrzegłem Rose w Wielkiej Sali
i przyprowadziłem ją do naszego stołu.
- No, ja idę na szlaban, a wy dwoje lepiej
sobie pogadajcie… - zwróciłem się w stronę Rose i Scorpiusa.
Moja siostra cioteczna wybałuszyła na mnie
oczy, w jej wzroku tkwiło przerażenie. Pokręciłem tylko lekko głową, patrząc na
nią i położyłem palec na ustach, by dać jej do zrozumienia, że nie powiedziałem
niczego Scorpowi. Westchnęła z ulgą, a biedny Scorp niczego nie rozumiał.
Zostawiłem ich tak razem, bo może nie liczyłem na to, że teraz oboje nagle
rzucą się sobie w ramiona i wyznają miłość, jednak chciałem, by chociaż znów
się do siebie odzywali.
Ja natomiast stawiłem się na dziedzińcu,
gdzie była już Emma. Przywitałem się z nią, a potem zapadła niezręczna cisza.
Dalej miałem wyrzuty sumienia, że ona również została ukarana.
- To… Nie wiesz może, kto ma nas dzisiaj
pilnować? – zagadnąłem w końcu.
Emma pokręciła głową w odpowiedzi. Wkrótce
obok pojawił się i James. Wymieniliśmy wrogie spojrzenia, a potem on odwrócił
się od nas. Jego zachowanie naprawdę mnie irytowało.
W końcu dostrzegliśmy woźnego Filcha,
idącego w naszą stronę w towarzystwie Lucasa Gregory’ego, który pomagał mu w
pracy. Z tego, co słyszałem, byli jakoś spokrewnieni, chyba Filch był jego wujkiem.
- No, a teraz słuchać mnie – przemówił Filch
– Nasza pani dyrektor wyraźnie dała mi do zrozumienia, że waszą dwójkę trzeba
rozdzielić – tu wskazał na mnie i Jamesa – Żeby podczas szlabanu nie doszło do
kolejnej bijatyki. Jednak według niej powinniście się pogodzić, co już moją
sprawą nie jest, bo w szkole jest również wasz ojciec. W każdym razie – chwycił
Jamesa za ramię – Ty idziesz ze mną, pozostałą dwójkę zostawiam Lucasowi.
Mina Jamesa była bezcenna. Prawie
współczułem mu, że został skazany na Filcha. Prawie.
Ja i Emma ruszyliśmy za panem Gregorym,
który następnie zaprowadził nas do Izby Pamięci. Kazał nam ręcznie wyszorować znajdujące
się tam ordery, których było dosyć sporo. Emma westchnęła i chwyciła gąbkę, by wylać
na nią trochę płynu. Poszedłem w jej ślady i wkrótce oboje pucowaliśmy złote
odznaki.
- Wiesz, wciąż jest mi głupio – odezwałem
się.
Emma spojrzała na mnie i uśmiechnęła się
lekko.
- Już się nie obwiniaj, Al – poprosiła – Nie
mam ci tego za złe. Poza tym mogło być gorzej. Wolałbyś iść z Filchem?
- No… Nie, masz rację – przyznałem i
zaśmialiśmy się.
Zerknąłem na pana Gregory’ego, który
siedział za nami na jakimś taborecie. Gapił się jakimś nieobecnym wzrokiem w
sufit, a wyglądał, jakby za chwilę miał usnąć. Cóż, widać było, że w
przeciwieństwie do swojego wujka nie miał na celu uprzykrzania uczniom życia na
każdy możliwy sposób. Prawdę mówiąc, nie wykazywał się także przesadną
inteligencją, a Fred i Roxanne mówili mi, że łatwo wyprowadzić go w pole. W
sumie nie odebrał nam różdżek, a więc moglibyśmy pomóc sobie trochę magią…
Spojrzałem znów na Emmę, która zawzięcie
szorowała jeden z orderów. Było widać efekty, bo jej twarz zaczynała odbijać
się w złotej odznace.
- W ogóle to chyba nie podziękowałem ci, że
wtedy stanęłaś po mojej stronie, a więc… Dziękuję – odezwałem się ponownie.
Odwróciła głowę w moją stronę i nasze spojrzenia
się spotkały.
- Nie chciałam, żeby coś ci się stało –
odparła dziwnie nieśmiało.
Uśmiechnąłem się i przytuliłem ją. Chyba
zaskoczyłem ją takim gestem, ale po chwili poczułem, jak jej ramiona także mnie
obejmują. Odsunąłem się i dostrzegłem blade rumieńce na jej policzkach. Od
kiedy ona tak denerwowała się w moim towarzystwie? Uśmiechnęła się do mnie i w
jej piegowatych policzkach pojawiły się dołki. Przez to, że ją przytuliłem, jej
kok nieco się rozluźnił. Wyciągnąłem rękę w jej stronę i rozpuściłem jej włosy.
Ciemnozłote loki opadły na jej ramiona, a ja oniemiałem.
- Nie wiedziałem, że masz takie długie
włosy… - odparłem, zdumiony.
To chyba zawstydziło ją jeszcze bardziej.
- Wiesz, zwykle je związuję, więc aż tak
tego nie widać… - wyjaśniła i pogładziła loki sięgające aż do pośladków.
Wyglądała teraz zupełnie inaczej, nawet mi się
podobało. Nie to, żeby na co dzień wyglądała brzydko, po prostu może nigdy nie
patrzyłem na nią pod takim kątem…
- Al, zamierzasz tak się na mnie gapić, czy
wyczyścimy wreszcie te odznaki? – zapytała, nieco rozbawiona.
Ocknąłem się i wziąłem za dalsze polerowanie
orderów. Jak przypuszczałem, niedługo pana Gregory’ego zmorzył sen, co pozwoliło
nam na drobne oszustwo i wyczyszczenie odznak magią. Potem mogliśmy sobie
pójść, jako że wykonaliśmy nasze zadanie. James pewnie jeszcze męczy się z
Flichem. W drodze powrotnej zastanawialiśmy się, jakie mógł dostać zadanie.
SCORPIUS
Początkowo ja i Rose siedzieliśmy
ramię w ramię przy stole Ślizgonów tak, jak zostawił nas Albus. Naprawdę nie
rozumiałem, o co chodziło, ale widocznie Al znał przyczynę jej wczorajszego
zachowania. Tylko jaki to miało związek ze mną? Ciekawość wypalała mnie od
środka, ale postanowiłem nie pytać Rose o to, a pozwolić jej odezwać się
pierwszej i wyjaśnić to wszystko. Problem tkwił w tym, że ona wciąż milczała i
ta cisza stawała się nie do zniesienia. Wątpiłem już, że cokolwiek do mnie
powie, skoro mieliśmy w towarzystwie trajkoczącego Noah.
- Chciałam cię przeprosić za moje wczorajsze
zachowanie – wydukała w końcu Rose, a ja spojrzałem na nią, jak wlepiała wzrok
w stół – Nie chciałam, byś poczuł się dotknięty. Miałam po prostu zły dzień…
Między nami okay?
Zwróciła ku mnie spojrzenie swoich
błękitnych oczu. Wyglądała tak niewinnie i najwidoczniej było jej przykro. Co
prawda dalej nie znałem przyczyny, jednak nie była mi ona potrzebna. Ważne, że
chciała, by teraz wszystko wróciło do normy.
- Okay – uśmiechnąłem się do niej, a ona
odwzajemniła ten gest – Tylko nie rób mi tak więcej, martwiłem się.
- Jasne – obiecała.
Kiedy opuściliśmy Wielką Salę, zaczęliśmy
się wspólnie zastanawiać nad tym, co może robić teraz Al. Snuliśmy różne
przypuszczenia i wymyślaliśmy scenariusze jego szlabanu. Cieszyłem się, że ja i
Rose rozmawialiśmy ze sobą normalnie, bez cienia tego jej wczorajszego
nastroju. Oboje wędrowaliśmy po zamku, bez żadnego konkretnego celu.
W pewnym momencie naszą rozmowę przerwał
jakiś hałas. Obejrzeliśmy się i zorientowaliśmy, że byliśmy na szóstym piętrze.
Źródła hałasu nie było widać.
- Scorp… - odezwała się Rose – Nie podoba mi
się to…
- Och, ale czemu? – usłyszeliśmy piskliwy
głos.
Obróciliśmy się w stronę, z której dobiegał
i po chwili w powietrzu zmaterializował się najbardziej denerwujący duch
poltergeist na świecie – Irytek.
- Nie lubicie mojego hałasu? – przekrzywił
głowę. W rękach trzymał jakieś dwie metalowe płyty, którymi zaraz potem
kilkakrotnie o siebie uderzył – Dalej wam się nie podoba?
Roześmiał się piskliwie i wyszczerzył zęby w
paskudnym uśmieszku. Zmarszczyłem czoło. Prośby nic nie dadzą, bo on i tak je
zignoruje. Zawsze robił wszystko, by jak najbardziej komuś dokuczyć.
- My już sobie pójdziemy, Irytku, nie
przeszkadzaj sobie w tym swoim… hałasowaniu – oznajmiłem, siląc się na uśmiech.
- A dokąd to? – zastąpił nam drogę – Tak wam
się spieszy? Już musicie iść? Oho, ja wiem, co tu się dzieje, wiem! W szkolne
romanse dzieciaki się bawią, miłość zaraz sobie wyjawią! Ha, ha, przerwałem
wam, co?
- Jakie romanse? – speszyła się Rose – Daj
spokój, Irytku…
- Och, a czy wam w ogóle wolno być razem? –
zastanowił się – Rodzice miłości zakazują, dzieciaki tym bardziej dokazują!
Miłość zakazana kwitnie tu od rana! Scorpius Malfoy i Rose Weasley się całują,
na wesele wszystkich uczniów zwołują! Pomogę wam! – i zaczął bębnić w swoje
metalowe płyty.
- Irytku… - podjąłem próbę uciszenia go,
jednak ten dalej robił swoje.
- Wesele, wesele, wkurzą się Weasley’e! –
przyśpiewywał – Na ślub tych dwoje też wkurzą się Malfoy’e!
I poleciał, kontynuując swoją przyśpiewkę.
Staliśmy tam, do reszty zażenowani tym zachowaniem.
- Zaraz wszyscy usłyszą, że my… - Rose
przygryzła wargę – A to nieprawda!
- Spokojnie, chyba mają na tyle rozumu, żeby
nie ufać Irytkowi – odparłem.
- Ale jak usłyszy go na przykład taki James?...
– zauważyła.
- …Wtedy rzeczywiście mamy się o co martwić
– zaniepokoiłem się.
- Trzeba go złapać! – stwierdziła Rose.
- Ale jak? – zastanowiłem się.
- Nie wiem, ale coś wymyślimy! – oznajmiła –
No chodź!
Chwyciła za rękaw mojej szaty i pociągnęła
za sobą, po czym oboje rzuciliśmy się biegiem za Irytkiem.
Poltergeist śmigał nam nad głowami,
pośpiewując swoją niedorzeczną rymowankę, podczas gdy inni uczniowie obrzucali
nas zdezorientowanymi spojrzeniami. Próbowaliśmy pokrótce wytłumaczyć im, że
Irytek znowu głosi swoje brednie, ale naszym głównym celem było schwytanie tego
rozwydrzonego stworzenia. Rose desperacko miotała zaklęciami w jego kierunku,
ostrzegając przy tym napotkane osoby. Sytuacja wydawała mi się naprawdę
beznadziejna, bo niby jak mieliśmy go złapać, a w dodatku jeszcze nikogo przy
tym nie uszkodzić?
- Nie uda wam się! - zachichotał
rozpromieniony Irytek i uderzył w talerze - Cała szkoła się dowie, co tutaj się
wyprawia! Rose się wstydzi, że tak powiem, przyznać, że chodzi ze swoim
wrogiem!
- Irytku, to bez sensu! - zawołała żałośnie
Rose - Nikt i tak ci nie uwierzy, zawsze zmyślasz!
- Gdybyś rzeczywiście tak uważała, to byś
teraz mnie nie goniła - zauważył poltergeist z niemałą satysfakcją - A więc to
prawda! To prawda!
Miałem ochotę cofnąć się w czasie i ominąć
tamten korytarz podczas naszego spaceru. Niestety, to była rzeczywistość, a my
w niej tkwiliśmy.
- Może serio powinniśmy go zostawić -
szepnąłem do Rose - Ta cała gonitwa tylko nakręca go jeszcze bardziej.
Spojrzała na mnie, zmartwiona. Zacząłem się
zastanawiać, dlaczego aż tak bardzo nie chciała, by ludzie myśleli, że jesteśmy
parą. Jestem aż taki okropny? Co prawda, poniekąd rozumiałem, że James mógłby,
powiedzmy, niezbyt dobrze to przyjąć i tak dalej... Ale co komu do tego? Nawet
jeżeli serio bylibyśmy razem, to szczerze miałbym gdzieś zdanie innych na ten
temat.
- Słuchaj, niektórzy ludzie już bez tego
myślą, że ze sobą chodzimy - dodałem.
Westchnęła.
- Wiem - odparła i zwolniła nieco kroku.
Wkrótce oboje się zatrzymaliśmy.
- Powiedz szczerze - odezwałem się -
Chodzenie ze mną wydaje ci się aż tak okropną perspektywą?
Spojrzała na mnie, oniemiała.
- Scorp, ja... - zaczęła, a potem wzięła
oddech - To znaczy... No, zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. Ale wiedz, że nie
myślę o tobie źle, jeśli to chcesz wiedzieć...
Uśmiechnąłem się łagodnie.
- Spokojnie, rozumiem - kiwnąłem głową - Po
prostu nigdy nie myślałaś o mnie w ten sposób, to przecież nic złego. Ja tylko
chciałem wiedzieć, czy wciąż masz do mnie jakieś uprzedzenia.
- Nie, w żadnym wypadku - zapewniła - I
wiesz, ja... O nikim nie myślę w taki sposób. Nie mam czasu na żadne związki...
- W porządku, już nie wracajmy do tego -
zaproponowałem - To pytanie serio mogło sprawić, że poczułaś się niezręcznie, a
ja nie miałem tego na celu.
Wymieniliśmy uśmiechy, a potem odprowadziłem
ją pod portret Grubej Damy.
***
Kiedy sam dotarłem do Pokoju Wspólnego
Slytherinu, zastałem tam Albusa siedzącego w fotelu, przypuszczalnie
usiłującego odrobić jakąś pracę domową.
- A ty już po szlabanie? - domyśliłem się.
Al spojrzał na mnie znad pergaminu.
- Już jakiś czas - odparł - Powiedzmy, że
udało mi się wyjść wcześniej...
Przyjrzałem mu się.
- Co tam wykombinowałeś? - zaciekawiłem się.
Albus opowiedział mi, że pilnował go pan
Gregory, który niezbyt przykładał się do swojej pracy, dzięki czemu on i Emma
mogli sobie ułatwić zadanie magią i wrócić do siebie.
- Ale miałeś szczęście - stwierdziłem -
Ciekawe, co takiego musiał robić James. I gdzie w ogóle był podczas szlabanu...
Byłem ciekaw, czy słyszał Irytka. Cóż, póki
co nie zostałem zlinczowany, więc raczej nie...
ROSE
W naszym dormitorium spotkałam Kelly,
właśnie siedziała na swoim łóżku i przeglądała jakieś czasopismo. Kiedy weszłam
do środka, spojrzała na mnie.
- Dzisiaj nadal masz te swoje humorki? -
zapytała z przekąsem.
Westchnęłam cicho i usiadłam po turecku na
swoim łóżku.
- Przepraszam za to… - odrzekłam - Nie byłam
do końca sobą, ciągle uciekałam od prawdy... Chciałam ci powiedzieć, ale wtedy
wszedł James...
- O czym ty mówisz? - zmarszczyła czoło - Co
takiego chciałaś mi powiedzieć?
Rozejrzałam się nerwowo po pomieszczeniu,
chociaż już wcześniej zorientowałam się, że nikogo więcej poza nami tu nie
było.
- No bo ja... - przygryzłam lekko wargę -
Ehym, zdałam sobie sprawę, że jestem zakochana w Scorpiusie...
Kelly zerwała się z łóżka, by mnie
przytulić.
- Dziewczyno, to GENIALNIE! - zawołała.
- Serio? - zdziwiłam się - Czemu aż tak cię
to ucieszyło?
- Bo ty zawsze tak się wszystkim
przejmujesz... - wywróciła oczami, a następnie usiadła obok na moim łóżku - A
kiedy jest się zakochanym, świat staje się piękniejszy. Poza tym...
Podejrzewałam, że coś się kroi!
- Ojej no, czemu tyle osób myśli, że
pomiędzy mną a Scorpem coś jest? - zastanowiłam się.
- Ej, może dlatego, że zachowujecie się
trochę jak para? - podsunęła Kelly, jak gdyby to było oczywiste - No proszę
cię, praktycznie wszędzie ze sobą chodzicie, droczycie się, jakbyście
flirtowali, no i w dodatku gapicie się na siebie maślanymi oczkami...
- Hej! - obruszyłam się.
- No co? Tak to wygląda, kochana -
popatrzyła na mnie z politowaniem.
- Może mnie samej ciężko jest to zobaczyć
jakby z boku... - wywnioskowałam - Ale nie wiem, co on do mnie czuje. Pewnie
nigdy o tym nawet nie pomyślał, ale tak szczerze, to nie sądzę, że sama jestem
gotowa na związek.
- A to dlaczego? - zaciekawiła się Kelly.
- Po prostu tak czuję - wyjaśniłam - Ja
odkryłam moje uczucia do Scorpiusa bardzo niedawno, a poza tym w sumie nie
wiem, co tak dokładnie do niego czuję... Muszę to wszystko jeszcze raz
przemyśleć.
- Och, zdecydowanie zbyt dużo myślisz! -
stwierdziła Gryfonka - Za uczucia odpowiada serce, nie rozum.
- Właściwie za to wszystko odpowiada mózg, a
serce to tylko mięsień, który pompuje krew...
- ROSE! - przerwała mi - Właśnie o tym
mówię! Czasem po prostu nie zastanawiaj się, dlaczego, po co i jak. Po prostu
daj się prowadzić emocjom. One pokazują, czego naprawdę chcesz, a rozum to
tylko ogranicza.
- Może masz rację... Może nie powinnam
wszystkiego tak kalkulować... Ale to przynajmniej pomaga w uniknięciu
odrzucenia. Gdybym teraz poszła i wszystko mu powiedziała... Być może by mnie
odrzucił. W tym wypadku myślę, że zarówno serce, jak i rozum podpowiadają mi
jedno: żebym na razie nie robiła nic w tej sprawie.
- Jak chcesz... Ale pamiętaj, czasem trzeba
uciszyć rozum i posłuchać głosu serca.
Kiwnęłam głową.
- Będę robiła to, co uznam za najlepsze dla
mnie samej - postanowiłam - Dzięki za tę rozmowę, Kelly.
Wymieniłyśmy ciepłe uśmiechy. Opowiedziałam
jej jeszcze o moim niedawnym spotkaniu z Jennifer. Kelly zaskoczyło jej
zachowanie, nie obyło się bez wyzwisk pod jej adresem. Była wyraźnie
zdegustowana jej metodami. Poradziła też, żeby w ogóle się nią nie przejmować,
bo nikt nie może mnie ograniczać. Cieszyłam się, że miałam taką przyjaciółkę
jak Kelly. Różniłyśmy się niemal jak ogień i woda, ale zawsze mogłyśmy szczerze
porozmawiać i liczyć na siebie nawzajem.
Pamiętam, jak poznałyśmy się na pierwszym
roku. Gryffindor stracił nieco punktów przez jej niektóre nieodpowiedzialne
poczynania, a ja jako ambitna uczennica i córka samej Hermiony Weasley dążyłam
do tego, by nasz dom zdobył jak najwięcej punktów. Często rozmawiałam z nią na
ten temat, choć nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów, bo Kelly nie znosi
ograniczeń. Jeżeli jej czegoś zakażesz, możesz być pewny, że ona jednak ośmieli
się to zrobić, chociażby tylko po to, by poczuć adrenalinę wynikającą z łamania
reguł. Jak więc tak różne osoby mogły się ze sobą zaprzyjaźnić?
Pewnego dnia profesor Collins jako opiekun
Gryffindoru wyraził zmartwienie ocenami oraz zachowaniem Kelly i poprosił mnie,
bym udzielała jej korepetycji. Nie ukrywam, wymagało to ode mnie wiele
cierpliwości. Kilkakrotnie prosiłam go również, by przydzielił Kelly kogoś
innego, jednak profesor twierdził, że lepszego kandydata nie znajdzie. Podczas
naszych małych lekcji dowiedziałyśmy się paru rzeczy o sobie nawzajem. Wtedy
zaczęłam trochę zazdrościć Kelly, że jest taka przebojowa i umie odnaleźć się
praktycznie w każdym towarzystwie. Ja sama na początku szkoły miałam problemy z
zaaklimatyzowaniem się.
Byłam zaskoczona w równym stopniu, co reszta
mojej rodziny, że Albus został przydzielony do Slytherinu. Nie miałam więc
nikogo znajomego na swoim roku w Gryffindorze. Podczas przerw zwykle trzymałam
się Jamesa albo Freda i Roxanne. Jednak nie miałam nikogo w swoim wieku ani w
tym samym domu jednocześnie. Co prawda rozmawiałam z niektórymi, na przykład
Sakurą, ale jakoś bliżej nigdy się nie poznałyśmy. Podczas zajęć siedziałam z
różnymi osobami. Kiedy mieliśmy lekcje z Puchonami, miałam przynajmniej Emmę,
którą znam od małego dziecka. Oczywiście bardzo cenię sobie jej przyjaźń,
jednak czasem czułam się samotna. Zdarzało się także, że dokuczano mi,
nazywając kujonką. Przypadki te może i nie były radykalne i występowały raczej
sporadycznie, ale mimo wszystko łatwo mnie zranić.
Kelly wydawała się nie przejmować tym, co
inni o niej sądzą. Uświadomiłam sobie, że możemy uczyć się od siebie nawzajem –
ja tłumaczę jej szkolne przedmioty, a ona pokazuje mi, jak kształtować własny
charakter. Zauważyłyśmy, że się dopełniamy, a z czasem polubiłyśmy się. Z Emmą
zaczęła się dobrze dogadywać właściwie niemal od razu, bo Emma jest otwarta na
nowe znajomości. Nic dziwnego, w końcu należy do Hufflepuffu.
To właśnie z nimi, moimi najlepszymi przyjaciółkami, spędziłam
resztę dzisiejszego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz