czwartek, 8 czerwca 2017

V. 20 września, poniedziałek


ALBUS 
  Wczoraj dostałem list od taty, w którym jak zwykle pisał, co tam w domu. Cóż, nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie dołączył postscriptum o tym, że ma dla mnie jakąś niespodziankę… Nic więcej na ten temat nie napisał, więc całą niedzielę głowiłem się nad tym.  Urodziny mam dopiero w lipcu, więc to raczej nie jest jakiś prezent… A może i jest? Kto tam wie…
   Dzisiaj naszą pierwszą lekcją była obrona przed czarną magią, którą w poniedziałki mieliśmy z Gryfonami. Tego przedmiotu nauczał profesor Matthew Collins, trzydziestojednoletni auror i znajomy taty. Był blady, miał brązowe oczy i włosy oraz lekki zarost. Czasem reagował zbyt gwałtownie, ale ogólnie był dosyć miły i lubił żartować. Kiedy wszedłem do klasy ze Scorpem, profesor grzebał w biurku.
   - Gdzie ja położyłem te papiery… - mruczał pod nosem.
   Zajęliśmy miejsca w ławce za Rose i Kelly. Przywitaliśmy się z nimi i pogadaliśmy trochę. Minęło już kilka minut, ale profesor wciąż nie rozpoczął lekcji, co frustrowało Rose.
   - No weź, niech sobie tam szuka… Przynajmniej można pogadać – stwierdziła Kelly, ale Rose już nie wytrzymywała.
   - Przepraszam, panie profesorze? – chrząknęła.
   - Tak? – usłyszeliśmy jego głos, a później wychylił się znad biurka.
   - Kiedy zaczniemy lekcję?... – spytała zniecierpliwiona.
   - Ach, przepraszam was… - podniósł się, a następnie obdarzył nas serdecznym uśmiechem – Racja, trochę się tam zasiedziałem… No nieważne! Dzisiaj na lekcji będziemy mieli gościa.
   Po klasie przeszły szmery, wszyscy zastanawiali się, kto może nas odwiedzić.
   Profesor wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
   - No, ale niech sam się przedstawi! – to powiedziawszy wskazał na tylne drzwi. 
   W pomieszczeniu pojawił się on – zielone oczy, czarne, potargane włosy, okrągłe okulary na nosie i zygzakowata blizna na czole… Więc to była ta jego niespodzianka?...
   - Witajcie – tata uśmiechnął się do klasy, niektórzy uczniowie spojrzeli na mnie – Przypuszczam, że część z was mnie rozpoznaje, ale dla przypomnienia: nazywam się Harry Potter i jestem szefem Departamentu Aurorów.
   Tak, wszyscy wiedzieli, kim jesteś, tato... Piszą o tobie wszędzie, jesteś jeszcze na karcie w Czekoladowych Żabach…
   - Będę dzisiaj prowadził wasze zajęcia wspólnie z profesorem Collinsem – wyjaśnił.
   Och, nie… Profesor Harry Potter – spełnił się mój koszmar!
   - Pokażę wam parę zaklęć obronnych – ciągnął tata – Możemy urządzić sobie nawet mały pojedynek.
   Rose i Kelly zerknęły na nas i wymieniliśmy zmartwione spojrzenia. Ciekawi byliśmy, jak to wszystko się potoczy.
   - Dobrze – odparł tata z lekkim uśmiechem – Teraz poproszę was, abyście wstali ze swoich ławek, zrobimy tu trochę miejsca.
   Kiedy spełniliśmy jego polecenie, tata machnął różdżką, by odsunąć wszystkie ławki w drugą część sali.
   - To może przypominać działający niegdyś tu, w Hogwarcie, klub pojedynków – oznajmił, kiwnąwszy głową – Teraz ja i profesor Collins stoczymy ze sobą taki właśnie pojedynek, a was proszę o obserwację.
   Nauczyciel wyprostował się dumnie i uśmiechnął się koleżeńsko do taty.
   - Gotowy? – zapytał tata, a profesor skinął głową.
   Obaj wyciągnęli przed siebie różdżki.
   - Expelliarmus! – zawołał tata, a pan Collins tuż za nim krzyknął:
   - Protego!
   Z różdżki taty wystrzelił czerwony strumień, który nie ugodził jednak pana Collinsa, gdyż ten wyczarował półprzezroczystą tarczę, od której zaklęcie taty się odbiło. Ciskali w siebie różnymi formułkami, a my obserwowaliśmy ich walkę. Cóż, jako aurorzy potrafili świetnie odeprzeć atak, dziwnie jednak było widzieć tatę w roli nauczyciela. Na szczęście na razie nie zrobił niczego upokarzającego…
   - Wujkowi Harry’emu dobrze idzie – szepnęła Rose, uśmiechając się lekko.
   - Ci dwaj walczą jak starzy, dobrzy kumple – stwierdził Scorpius.
   Pojedynek był wyrównany i pozostał nierozstrzygnięty, gdy profesor Collins go przerwał, dając znak tacie.
   - Jak widzicie, moglibyśmy tak cały dzień – roześmiał się nauczyciel – Jednak myślę, że już wam wystarczy. Normalnie pewnie użylibyśmy zaklęć niewerbalnych, to znaczy, nie wypowiedzielibyśmy ich formułek, lecz chcieliśmy, żebyście je poznali. W dodatku zaklęć niewerbalnych będziecie uczyć się w przyszłym roku.
   - Dobrze, w takim razie teraz dobierzcie się, proszę, w pary – polecił tata – Zapiszę na tablicy parę przykładów przydatnych zaklęć. Pamiętajcie, nie pozabijajcie się nawzajem.
   Scorpius wycelował we mnie swoją różdżkę.
   - W prawym narożniku wielki wojownik, Scorpius Hyperion Malfoy… – udał poważny głos.
   Prychnąłem i również wyciągnąłem swoją różdżkę.
   - A w lewym narożniku wspaniały, niepokonany… Albus Severus Potter!
   Roześmialiśmy się obaj, a ja widziałem, jak Rose pokręciła głową na ten widok. Sama dobrała się w parę z Kelly.
   Wypróbowałem na Scorpiusie zaklęcie Expelliarmus. Nie zdążył zareagować i jego różdżka wypadła mu z ręki. Było to zaklęcie rozbrajające.
   Tata i pan Collins nadzorowali, czy wszyscy zachowują bezpieczeństwo. Kiedy tata znalazł się obok nas, pokiwał głową.
   - Nieźle wam idzie - przyznał z uśmiechem, patrząc na mnie i Scorpa.
   Chociaż tata też miał na pieńku z Malfoy'ami, nie żywił do nich takiej niechęci jak wujek Ron. Przez podejście wujka Rose niejednokrotnie musiała odpowiadać na mnóstwo pytań o to, czy jest lepsza w nauce od Scorpa, jednak wujek zawsze był przez to karcony przez ciocię Hermionę, która nie chciała siać niepotrzebnych konfliktów.
   - Tylko, Albus, musisz trzymać różdżkę trochę inaczej, pokażę ci... - dodał i stanął tuż obok, by przyjąć odpowiednią pozę dla przykładu - O, tak lepiej.
   Uśmiechnął się raz jeszcze i podszedł do dwójki obok, Rose i Kelly, by przyjrzeć się ich zmaganiom.
   - Drętwota! - zawołała Rose.
   Kelly zamiast użyć jakiegoś zaklęcia, zrobiła unik. To samo zrobiła z kilkoma innymi atakami Rose.
   - Panno Ashes - odrzekł tata - Lepiej by było, gdyby jednak używała pani zaklęć, czy to do obrony, czy do kontrataku.
   - Wiem - przyznała Kelly - Ale żadne odpowiednie zaklęcie nie przychodzi mi do głowy tak szybko...
   - Spokojnie... - tata wskazał na tablicę - Możesz przecież korzystać z tych formułek, które tu zapisałem. Wypróbuj je po prostu lub zapytaj o ich działanie. To tylko lekcja, która służy właśnie temu, byś nauczyła się czegoś nowego - uśmiechnął się lekko - Może zwyczajnie trochę zwolnijcie. Oczywiście w prawdziwym pojedynku nie ma się zbyt wiele czasu na zastanowienie, ale, raz jeszcze - to tylko lekcja.  
   To powiedziawszy, poszedł dalej. Muszę przyznać, że chociaż nie widziałem go w roli nauczyciela, stara się jak może.
   Niektóre zaklęcia godziły sąsiednie osoby, jednak żadne nie było niebezpieczne. Dochodziło do ewentualnego paraliżu ciała lub odepchnięcia nieco dalej. Na szczęście tata i pan Collins, jak już wspomniałem, wszystkiego doglądali i w razie czego interweniowali. Spokojnie, nikt nie ucierpiał.
   - No dobrze – powiedział tata pod koniec lekcji – Teraz dam wam szansę zmierzyć się ze mną – uśmiechnął się, a ja widziałem, że niektórzy bardzo entuzjastycznie zareagowali na tę propozycję – Mój przeciwnik zostanie zaraz wyznaczony.
   To powiedziawszy, uniósł różdżkę i rzucił jakieś zaklęcie w naszą stronę. Rozumiem, ze miało ono wylosować jedną osobę, a polegało na tym, że po uczniach skakało małe, czerwone światełko, jak gdyby losując. Czekaliśmy, na którym z nas się zatrzyma, a ja błagałem, bym nie był to ja. Na chwilę straciłem światełko z oka i zacząłem gorączkowo rozglądać się po całej klasie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to na mnie wszyscy patrzą… Spojrzałem na swoje ramię i dostrzegłem to małe cholerstwo.

SCORPIUS
   Wszyscy wybałuszali oczy, patrząc na Albusa. No nieźle, miał stoczyć pojedynek z własnym ojcem... Pan Potter wyglądał na równie zaskoczonego wynikiem losowania, ale decyzja już zapadła. Al spojrzał na mnie, a jego mina mówiła wszystko - potwornie tego nie chciał. Pan Potter podszedł do niego i słyszałem, jak ściszonym głosem powiedział:
   - Jeżeli nie chcesz, możesz się wycofać. Wylosuję kogoś innego.
   Albus mimo wszystko wyglądał, jakby się wahał. Chyba go rozumiałem - łatwo byłoby po prostu się poddać, ale gdyby to zrobił, wyszedłby na tchórza. Z drugiej strony pojedynek z własnym ojcem, w dodatku szefem aurorów, na oczach całej klasy... Tak, właśnie. To brzmi bardzo źle.
   - Nie, tato... - odrzekł Al - Chociaż wolałbym tego uniknąć, nie mogę tak po prostu się wycofać, gdy już zostałem wybrany.
   Pan Potter uśmiechnął się pod nosem, a potem przyjął pozycję do walki. Albus wyprostował się i obaj wyszli na środek. Spojrzałem na Rose, która szeptała nerwowo z Kelly.
   - Jak to schrzani, James nie da mu życia - stwierdziła dobitnie Kelly.
   - Mam nadzieję, że wujek Harry zdaje sobie z tego sprawę i nie dopuści do przegranej Ala... - odparła Rose.
   - Przepraszam, że się wtrącę - zabrałem głos - Ale pan Potter jest szefem aurorów. Gdyby przegrał z uczniem, niezbyt dobrze wpłynęłoby to na jego reputację. Poza tym wszyscy wiedzieliby, że dał mu fory, bo to jego syn.
   - Nie powiedziałam, że wujek ma przegrać - sprostowała Rose - Może poprowadzi pojedynek tak, jak walczył z profesorem... Żaden z nich nie wygrał.
   Wszyscy troje spojrzeliśmy zmartwieni w stronę dwójki na środku sali.
   - Gotowi? - spytał profesor Collins, a Al i pan Potter skinęli głowami - Więc zaczynajmy!
   Ledwo co rozległ się okrzyk profesora, Albus machnął swoją różdżką i krzyknął:
   - Expelliarmus!
   Pan Potter był widocznie zaskoczony, jednak równie szybko osłonił się zaklęciem Protego. Widziałem determinację w oczach Ala.
   Początkowo miotał serią zaklęć atakujących w stronę pana Pottera, a ten tylko odbijał je zręcznie swoją półprzezroczystą osłoną. W tej nerwowości mojego przyjaciela dodatkowo widać było strach - bał się, że nie da rady. Często mówił mnie i Rose, że ma wrażenie, jakoby nie spełniał oczekiwań swoich rodziców, chociaż oni nie chcieli wywierać na nim presji. Pewnie zdawali sobie sprawę, że mając takich rodziców, Al i tak nie uniknie parcia na szkło, jakie zadaje mu społeczeństwo. Zresztą i Rose miała sławnych rodziców, więc także znała to uczucie doskonale. Moi natomiast, cóż, niezbyt przysłużyli się w wojnie z Czarnym Panem, jednak nasza rodzina i tak była znana ze względu na status krwi. Może i niesłusznie, jednak zazdrościłem trochę Alowi i Rose, że ich rodziny zrobiły jednak coś, żeby sobie na takie zainteresowanie zasłużyć, a nie tylko urodziły się. Co prawda nasza trójka była znana wyłącznie z tego... Więc teraz, patrząc na zestresowanego Albusa, rozumiałem dobrze, że chce po prostu udowodnić, że jest kimś więcej niż synem dwojga sławnych osób. Że istnieje samodzielna jednostka o imieniu Albus Potter i wcale nie powinno się jej rozpatrywać przez pryzmat nazwiska. W nas wszystkich czaiło się takie pragnienie i wiedzieliśmy, że musieliśmy wykorzystywać wszystkie możliwe szanse.
   Spojrzałem na Rose, która przypatrywała się pojedynkowi w napięciu, przygryzając dolną wargę.
   - Albus chyba nie chce go skrzywdzić? – zapytała Kelly.
   - Nie, on wie, że i tak by mu się nie udało – stwierdziła Rose, nie odrywając wzroku od nich – Ale daje z siebie wszystko.
   Pan Potter wreszcie przestał wyłącznie odbijać zaklęcia, ale teraz również atakował. Byłem bardzo ciekaw, jak to wszystko się potoczy…
   - Levicorpus! – krzyknął pan Potter, a Albus odbił zaklęcie tarczą.
   Prawdę mówiąc, kończył się już czas lekcji, więc może rzeczywiście pojedynek pozostanie nierozstrzygnięty. Takie wyjście byłoby najlepsze, no ale oczywiście tak stać się nie mogło.
   - Drętwo-… a-a… A psik! – Al kichnął głośno, zmieniając formułkę zaklęcia w coś niezrozumiałego, i aż odrzuciło go do tyłu.
   Z jego różdżki posypały się iskry i jakiś dziwny promień wystrzelił z jej końca, gdy upadł na podłogę. Otoczyliśmy go, wlepiając w niego zdumione spojrzenia.
   - Odsuńcie się! – zawołał profesor Collins i jakoś przedostał się do Ala, a za nim przedarł się i pan Potter.
   Albus podniósł się i usiadł, trzymając się za nos.
   - Auu… - jęknął żałośnie, a po chwili wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk podobny do kwakania…
   Zabrał rękę, a my oniemieliśmy – jego nos był teraz kaczym dziobem! Poważnie, co to za zaklęcie?… Ktoś zaśmiał się cicho, a ktoś inny wydał z siebie zduszony krzyk.
   - No już, pójdziemy z tym do pani Pomfrey… - oznajmił profesor, pomagając Alowi wstać – Koniec lekcji!
   Rozeszliśmy się, by zabrać swoje rzeczy. Kelly chichotała, a Rose spojrzała na nią gniewnie.
   - No co? Przecież nic poważnego mu się nie stało, pani Pomfrey zaraz przywróci go do normalności! – stwierdziła, wzruszając ramionami – A to było śmieszne, przyznaj…
   - Nie! Biedny Al… - Rose zmarszczyła czoło.
   - Może nie nazwałbym tego śmiesznym – wtrąciłem – Ale Kelly ma rację, pani Pomfrey zaraz się nim zajmie.
   Spojrzała na mnie zmartwiona, ale zdobyła się na blady uśmiech.

***
  
   Potem mieliśmy jeszcze między innymi zaklęcia i historię magii, ale Albus dalej siedział w Skrzydle Szpitalnym. Ja i Rose próbowaliśmy go odwiedzić, ale pani Pomfrey nam tego zakazała. Miałem nadzieję, że wszystko z nim w porządku. Spotkaliśmy też w jednym z korytarzy Jamesa, który wymachiwał jakoś dziwnie rękami i udawał kaczkę… Tak, więc pewnie i on dowiedział się o tym incydencie. Rose chciała go porządnie zrugać, ale on w ogóle nie słuchał.
   - Zostaw tego pozera… - szepnąłem i zabrałem ją stamtąd.
   Idąc na obiad do Wielkiej Sali, rozmawialiśmy na tyle tematów na raz, że zmieniały się one bardzo szybko. Zaczęło się oczywiście od Ala i Jamesa, ale potem zeszło też na tamtą imprezę po meczu.
   - W ogóle to świetnie się wtedy bawiłam – przyznała Rose, uśmiechając się promiennie – Chciałam ci jeszcze raz podziękować, że o mnie pomyślałeś.
   - Nie ma sprawy – kąciki moich ust powędrowały w górę – Mnie też było miło. Lubię z tobą spędzać czas…
   Oj, może powiedziałem trochę za dużo… Widziałem blade rumieńce na jej jasnej twarzy, kiedy swoim nawykiem poprawiła nerwowo włosy i uśmiechnęła się nieśmiało. To wystarczyło mi jako odpowiedź.
   Obiad zjedliśmy jednak osobno, bo ona usiadła przy swoim stole, gdzie czekały na nią Emma i Kelly, a ja przysiadłem się do Noah i Jennifer, Albusa dalej nie było. Zanim ktokolwiek wyszedł z sali, profesor McGonagall zajęła miejsce przy mównicy i poprosiła o uwagę.
   - Przepraszam, że przerywam posiłek, ale proszę tylko o chwilę skupienia – oznajmiła – Mamy okazję gościć u nas pisarza Magnusa Hopkinsa. Spotkanie odbędzie się w ten czwartek, prawdopodobnie na boisku quidditcha. Chętnych proszę o zgłoszenie się do mnie do środy. Dziękuję za uwagę.
   To powiedziawszy, pani dyrektor zasiadła z powrotem u nauczycielskiego stołu. Po sali rozległy się rozmowy na temat ogłoszenia.
   - Idziecie? – zapytała Jennifer.
   - Nie znam nawet gościa – Noah wzruszył ramionami – Poza tym co ciekawego może być w spotkaniu z pisarzem?
   - Ja uważam, że sporo – zabrałem głos – Też go nie znam, ale tym ciekawiej będzie poznać jego twórczość. Może zachęci mnie to do przeczytania jakiejś jego powieści.
   Noah spojrzał na mnie z politowaniem.
   - Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z Rose Weasley – skwitował, a ja wywróciłem oczami.
   - Ale ja też uważam, że to może być ciekawe – wtrąciła Jennifer – Tak jak mówisz, Scorpius, może akurat jego twórczość nas zainteresuje.
   - Chcecie, to idźcie – Noah zaśmiał się cicho.
   Po obiedzie podszedł do mnie Daniel Stone.
   - Scorpius, bo ty znasz trochę Gryfonów, nie?... – zapytał, a ja uniosłem brwi.
   - No paru ich znam… - przyznałem, zastanawiając się, o co mu chodzi.
   - A znasz Sakurę Shinsei? – ciągnął.
   - Sakurę Shinsei – powtórzyłem – A, tak, jest przecież na naszym roku, ale raczej rozmawiamy okazjonalnie.
   Kiwnął głową, a ja spojrzałem na niego pytająco.
   - Nieważne… - mruknął speszony – No dobra, podoba mi się…
   - No to do niej zagadaj – odparłem.
   - Ona chyba nie widzi mnie w taki sposób – uśmiechnął się krzywo – Ale gdybyś tak kiedyś z nią rozmawiał, to szepnij jej o mnie dobre słówko…
   - Jasne, nie ma sprawy – zapewniłem, a Daniel uśmiechnął się i każdy z nas poszedł w swoją stronę.
   Zaczynam rozważać otwarcie jakiejś poradni dla zakochanych, bo to już kolejna taka osoba…
   
ROSE
   Podczas obiadu opowiedziałyśmy szczegółowo Emmie i Lily o tym, co wydarzyło się podczas lekcji obrony przed czarną magią. Wyglądały na wyraźnie zmartwione i obie wściekły się reakcją Jamesa. Kelly dalej nie widziała w tej sytuacji niczego poważnego, ale również zgadzała się z tym, że James przesadza.

   - A czy tata coś o tym w ogóle mówił? – zapytała Lily, marszcząc lekko czoło.

   Wzruszyłam ramionami.

   - Od razu po tym, jak to się stało, nie mówił nic, tylko patrzył na Albusa w szoku – wyjaśniłam – Może potem jakoś z nim rozmawiał, nie wiem… Po lekcji już go nie widziałam.

   - Spokojnie, Alowi nic nie będzie… - powtórzyła Kelly, już nieco zirytowana.

   - Wiem, ale to pozostanie dla niego niezbyt przyjemnym wspomnieniem… - westchnęła Emma.

   Po posiłku udałam się z Emmą do biblioteki, jak wcześniej ustaliłyśmy – miałyśmy się pouczyć na numerologię. Pytałyśmy też Kelly, czy wpadnie, ale ona stwierdziła, że nie chce jej się dzisiaj siedzieć nad książkami. Jej wybór…

   W bibliotece była garstka uczniów, więc miałyśmy duży wybór co do miejsca nauki. Usiadłyśmy przy stole i wyjęłyśmy książki.

   - W ogóle to jeszcze nie zdążyłam cię spytać – zaczęła Emma – Ale pewnie idziesz na to spotkanie z tym całym pisarzem? Jak mu było…

   - Magnus Hopkins – podpowiedziałam.

   - Hopkins?... – usłyszałam za sobą kobiecy głos.

   Obróciłam głowę i zobaczyłam pannę Huston.

   - Tak – potwierdziłam – Pani dyrektor ogłaszała, że spotkanie z nim odbędzie się w ten czwartek na boisku szkolnym.

   - To ciekawe, chętnie przyjdę – uśmiechnęła się i odeszła.

   No cóż, skoro pracuje w bibliotece, to zdziwiłabym się, gdyby książki jej nie interesowały. Pewnie nie była na obiedzie, skoro nie wiedziała o tym spotkaniu.

   - W ogóle to co on napisał? – Emma zmarszczyła czoło – Nie znam go…

   - Najbardziej znany jest ze swoich książek dla dzieci, ale ma na swoim koncie również kilka powieści dla dorosłych – wyjaśniłam – Nie przeczytałam wszystkiego, ale mniej-więcej orientuję się w temacie. I tak, idę na to spotkanie.

   Wymieniłyśmy uśmiechy i zabrałyśmy się za naukę. Po jakimś czasie w bibliotece pojawiła się Hayley Sparks i podeszła do nas.

   - Wiecie, jak czuje się Albus?... – wypaliła bez powitania.

   - Kiedy byłam w Skrzydle Szpitalnym rano, pani Pomfrey mnie nie wpuściła, ale mówiła, że wszystko u niego w porządku – opowiedziałam.

   - Uff, to całe szczęście… - westchnęła Hayley z ulgą – Na pewno bardzo dzielnie sobie radził podczas pojedynku… Ktoś musiał go sabotować!

   - Nie, Hayley, on po prostu kichnął… - sprostowałam – Zdarza się…

   - No a jeżeli ktoś rozpylił coś w powietrzu? – upierała się Krukonka.

   - Nie sądzę… Inni też by poczuli – odparłam.

   - W każdym razie… - podjęła po krótkiej chwili – Gdybyście coś wiedziały na jego temat…

   - Tak, powiadomimy cię – zgodziłam się z lekkim uśmiechem na twarzy.

   - Dziękuję – uśmiechnęła się promiennie i wyszła z biblioteki.

   Spojrzałam na Emmę, a ona zmarszczyła czoło.

   - Sabotaż? – powtórzyła ze zdziwieniem – Też martwię się o Ala, jednak…

   - Nie pytaj – wywróciłam oczami.

   Po jakimś czasie Emma się odezwała:

   - Myślisz, że dlaczego ona mu się tak podoba?

   Uniosłam głowę znad książki, oderwawszy się od czytania.

   - Co? – zapytałam.

   - Hayley… No podoba się Alowi – Emma uśmiechnęła się krzywo – To przez te kolorowe włosy?...

   - Nie wiem, Em… - odpowiedziałam szczerze – Ale zdaje się, że Hayley podoba się wielu chłopcom. Słyszałam na przykład, jak Noah Zabini mówił o niej, że jest „urocza”.

   - Urocza… - powtórzyła Puchonka, poprawiając luźny kok, w jaki upięła swoje ciemnozłote włosy – Ciekawe, czy Al też tak o niej myśli.

   - Em… Nie bądź o nią zazdrosna… - uniosłam brew do góry.

   - Nie jestem! – zaprzeczyła, a jej policzki zrobiły się jasnoróżowe – Tylko…

   - Albus też ci się podoba – zgadłam, choć podejrzewałam to już od jakiegoś czasu.

   Nerwowa reakcja Emmy potwierdziła moje spekulacje.

   - Nie mów mu… - poprosiła.

   - Nie zrobiłabym tego, coś ty – zapewniłam.

   - I tak nic z tego nie będzie, on widzi we mnie tylko kumpelę… - jęknęła – Albo gorzej… Kumpla.

   - Em, co ty wygadujesz? – zmarszczyłam czoło.

   - No popatrz na mnie… - westchnęła – Moje włosy wyglądają jak strąki siana, a Hayley zawsze idealnie się układają. W dodatku jestem od niej niższa, mam okrągłą twarz usianą piegami… i krzywe zęby.

   - Emmo, uspokój się, proszę… - przerwałam tę falę samokrytyki – Nie porównuj się do nikogo… Poza tym, kogo obchodzą jakieś tam kolorowe włosy? Ty masz ciepłą osobowość! Jesteś wyrozumiała i nikogo nie potępiasz. To bezcenne, uwierz mi.

   Uśmiechnęłam się i położyłam jej dłoń na ramieniu. Nie chciałam, by tak źle o sobie myślała. Nigdy raczej nie zważała na to, co inni mogliby sobie pomyśleć. Prawda, może i czasem przypominała chłopczycę, ale czym jest wygląd zewnętrzny? To zawsze można zmienić…

   Emma spojrzała na mnie.

   - Dzięki, Rose… - odrzekła – Chciałabym, żeby Al też tak sądził…

   - Na pewno tak uważa – stwierdziłam – Znacie się od dziecka i nieraz przychodził właśnie do ciebie, gdy go coś trapiło. Hayley Sparks nigdy nie będzie mu tak bliska, nieważne, jak bardzo „uroczo” będzie wyglądać.

   Emma zaśmiała się cicho pod nosem.



***



   Po kolacji Scorpius dopadł mnie z propozycją ponownej próby odwiedzenia Albusa w Skrzydle, więc udaliśmy się do tej części zamku. Tym razem pani Pomfrey się zgodziła i weszliśmy do sali. Al zajmował łóżko pod oknem i od razu, gdy weszliśmy, spojrzał na nas wesoło, więc podeszliśmy bliżej i przywitaliśmy się z nim równie entuzjastycznie. Miał zaklejony nos plastrem, ale był już on całkiem ludzki.

   - Musiałem wypić jakiś ohydny eliksir – opowiadał – Ale mi pomógł i już nie kwaczę…

   Roześmialiśmy się, a pani pielęgniarka nas upomniała.

   - W każdym razie – podjął znów Al – Tata bardzo się przejął. Przyszedł tu, Pomfrey go w końcu wpuściła… I wiecie co? Powiedział, że jest ze mnie dumny!

   Automatycznie się uśmiechnęłam, widząc, jak bardzo Albus jest z tego zadowolony.

   - To znaczy, oczywiście nie z tego, że zostałem kaczką – zaśmiał się – Ale powiedział, że nie brakuje mi zręczności i byłem godnym przeciwnikiem. I nie mówił tak tylko dlatego, że jest moim ojcem… Umiem już to rozpoznać, wierzcie mi – dodał, unosząc brwi do góry.

   - Same dobre wieści – stwierdził Scorpius – Ale musimy cię ostrzec… James już wie.

   - Tym debilem się nie przejmuję – stwierdził dumnie Albus – Uznanie taty jest dla mnie stokroć ważniejsze.

   - To dobrze, bo w sumie i tak nikt nie bierze tych jego żartów na poważnie – dodałam – Większość się o ciebie martwiła.

   Zastanawiałam się przez moment, czy wspomnieć mu też, że Hayley o niego pytała, ale pomyślałam wtedy o Emmie i jednak się wycofałam. Może to nieuczciwe, ale czułabym się z tym źle.

   Opowiadaliśmy Albusowi, co działo się u nas przez resztę dnia, dzięki czemu mogłam się też dowiedzieć, co porabiał Scorpius na tych zajęciach, które mieliśmy osobno. Potem udało się nam we trójkę ubłagać panią Pomfrey, żeby Al mógł wyjść jeszcze dzisiaj ze szpitala i razem opuściliśmy Skrzydło, by następnie się pożegnać i rozdzielić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz