ALBUS
Szedłem ciemnym i wąskim korytarzem. Odgłos
moich kroków odbijał się głuchym echem i wiedziałem, że przede mną jeszcze
długa droga. Na początku byłem cierpliwy, jednak z każdą kolejną chwilą miałem
wrażenie, że wariuję. Wciąż nie widziałem końca, myślałem, że tak naprawdę
stoję w miejscu. Przyspieszyłem kroku. Chciałem się tylko stąd wydostać… Szybki
chód zamienił się w bieg. Wytężałem słuch, jednak słyszałem tylko własne kroki.
Próbowałem coś dostrzec, ale w ciemnościach widziałem tylko czarne ściany,
które mnie przygniatały. Było tak ciasno, że dwóch ludzi nie mogłoby się tędy
wyminąć. Byłem już zdyszany, biegłem, ile miałem sił. To wciąż nie wystarczało,
wyjście było jeszcze tak daleko…
Spojrzałem za siebie, ale tam zionęła tylko
pustka. To samo przede mną. Byłem wycieńczony, chciałem się stamtąd wydostać…
Zacząłem się modlić w myślach, mając nadzieję na wyjście. Wtedy w korytarzu
rozległ się damski krzyk. Wypowiedziałem imię tej osoby, znałem ją. Ona nie
odpowiadała. Krzyczałem dalej, nie przestając biec. Odezwały się kolejne,
skrzekliwe głosy:
- Już za późno… Na próżno się jeszcze
starasz… Przegrałeś. Przegrałeś sromotnie, odpuść już… Jej już tutaj nie ma…
I wtedy zerwałem się z łóżka, czując zimny
pot na skórze. Oddychałem ciężko i nierówno, jakbym rzeczywiście biegał.
Rozejrzałem się dookoła. Na szczęście byłem w swoim dormitorium. Spojrzałem na
sąsiednie łóżko.
- Znowu koszmary? – zgadł Scorpius,
przecierając oczy.
Kiwnąłem głową, powoli uspokajając oddech.
Łóżko naprzeciwko mnie zajmował Noah, który właśnie przyglądał mi się badawczo.
- Al, chyba powinieneś wyluzować… - odrzekł
– Pewnie stresujesz się dzisiejszym meczem…
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem, co jest przyczyną tych dziwnych
snów, ale mam już ich serdecznie dosyć… - zdołałem powiedzieć, a następnie
padłem na materac i zagrzebałem się w pościeli.
- I ten, no… - mówił zaspanym głosem Scorp –
Krzyczałeś coś tam znowu.
Westchnąłem. Już trzeci raz mi się to śniło,
a zaczęło się pod koniec wakacji. Przypuszczałem, że to mógł być podświadomy
stres – w tym roku w końcu zdajemy te całe SUMy. Ale z drugiej strony nigdy
czegoś takiego nie miałem, a przecież stresowałem się już nie raz. Wstydziłem
się tego, znowu obudziłem chłopaków. Przynajmniej oni nie mieli już kłopotów z
zaśnięciem, a ja przez resztę nocy nie zmrużyłem oka…
Na śniadaniu byłem jedną z pierwszych osób.
Poprawiałem jeszcze moje czarne, rozkopane włosy, które nawet w normalnych
okolicznościach lubią sobie sterczeć na wszystkie strony świata. Stanąłem przy
stole z wielką ochotą położenia się na blacie lub ławce, ale ostatecznie z tego
zrezygnowałem. Już miałem usiąść jak człowiek, gdy usłyszałem dziewczęcy
chichot.
Obejrzałem się i zobaczyłem Hayley Sparks w
towarzystwie Lin Blue. Obie były z Ravenclawu, na moim roku. Utkwiłem wzrok w
Hayley i jej puszystych, wiśniowych włosach. Była metamorfomagiem i, co tu dużo
mówić, podobała mi się. Jej lekko śniada cera, malinowe usta, brązowe oczy… I
to, w jaki sposób się uśmiechała. Stałem tak jak idiota i gapiłem się na nią,
dopóki ona nie spojrzała w moją stronę. Spróbowałem się uśmiechnąć, ale chyba
najwidoczniej coś mi nie wyszło i szybko usiadłem przy swoim stole, starając
się ukryć zakłopotanie. A jednak, gdy przechodziła obok, zaczepiła mnie.
- Cześć, Albus – przywitała się promiennie.
- No hej… - odpowiedziałem nieśmiało.
- Chyba źle spałeś, co? – domyśliła się –
Masz podkrążone oczy.
Automatycznie dotknąłem swojego policzka.
Chyba wyglądałem jak zombie…
- Ale ja też się nie wyspałam, nie przejmuj
się – odrzekła wesoło – Śniły mi się jakieś głupoty, och szkoda gadać. No nic,
to smacznego i na razie!
Poszła za Lin, a ja wymamrotałem jakieś:
„Dzięki, nawzajem” i mentalnie uderzyłem się dłonią w czoło. Dlaczego zawsze
przy niej nie potrafię się wysłowić jak człowiek?...
Śniadania też nie byłem w stanie zjeść
normalnie, bo cały czas miałem świadomość, że ona tam była. I tak dobrze, że
nie siedziała przy tym samym stole albo w ogóle obok mnie! Chyba już wcale bym nic
nie zjadł. Dzisiaj i tak nie miałem apetytu, co w moim przypadku było dziwne.
Najbardziej to chyba „najadłem się” herbatą.
Podczas lekcji nie czułem się lepiej.
Planowałem uciąć sobie potem małą drzemkę, która przydałaby się na pozbieranie
się przed meczem quidditcha. W międzyczasie widziałem Jamesa w korytarzu.
Rzucił mi wyzywające spojrzenie, co pewnie oznaczało, że planuje niezły pogrom.
Ech, ludzie, ja wiem, że miło jest wygrać, ale w gruncie rzeczy to tylko gra…
Jedyna rzecz, z której dzisiaj się cieszyłem
to to, że pogodziłem się z Rose. Byłem nieco zaskoczony, że to ona przyszła
mnie przeprosić, ale przecież w końcu jej wybaczyłem. Mieliśmy dzisiaj razem
eliksiry i pracowaliśmy czwórkami. W naszej grupie było oczywiście nasze trio
plus Kelly Ashes. Denerwowało mnie, że ciągle udawała, że czegoś nie rozumie
tylko po to, by pan Blair przyszedł jej to wytłumaczyć. Niech sobie zarywa do
kogo chce, ale jednak wolałem, żeby przez to nasza grupa nie wyszła na jakichś,
lekko mówiąc, niedouczonych. Co prawda Rose upominała ją nie raz, ale ona
niezbyt słuchała. W końcu, kiedy zamiast praktykanta przyszedł profesor
Slughorn, dała sobie spokój.
SCORPIUS
Podczas obiadu panowała
niemal grobowa cisza, tylko Noah gadał jak najęty. Większość drużyny była
przerażona tym, co już niedługo nastąpi, choć jeszcze niedawno byliśmy tacy
pewni siebie. Niektórzy zajadali stres, natomiast mój żołądek odmawiał
posłuszeństwa i chyba zawiązał się na supeł. Zwyczajnie nie chcieliśmy zawieść,
bo ten mecz otwierał sezon. Próbowaliśmy sobie przetłumaczyć, że przecież w
razie niepowodzenia mamy jeszcze resztę roku na nadrobienie, ale wiadomo,
woleliśmy raczej teraz wygrać.
W szatni atmosfera również była napięta.
Noah stanął na kartonowym pudle i wyprostował się, a my wiedzieliśmy, że zaraz
wygłosi jakąś mowę.
-
Drodzy koledzy Ślizgoni – wyszczerzył zęby w uśmiechu – Wiem, że ten mecz jest
ważny dla wszystkich i najlepiej by było, gdybyśmy go wygrali. Jeśli jednak tak
się nie stanie, obiecuję, że powstrzymam swoje emocje i nie zmieszam nikogo z
błotem – tu spojrzał na mnie, jakby wciąż czując się winny za tamten trening –
Po prostu dajcie z siebie wszystko. Pamiętajcie, że mamy jeszcze cały rok
szkolny na ewentualne wyrównanie strat i rozgromienie Gryfonów. Bo taki jest
nasz cel, chcemy, by James Potter sobie nas dobrze zapamiętał na koniec szkoły!
Rozległy się radosne okrzyki. Wyglądało to
jak jakiś anty-fanklub tegoż właśnie Gryfona, za którym nie przepadał każdy
Ślizgon.
Wyszliśmy z szatni, trochę pokrzepieni mową
Noah. Racja, sport powinien być przede wszystkim dobrą zabawą, a rywalizacja
schodziła na dalszy plan. Ciekawy byłem, jak nastawieni są Gryfoni.
- Co, Al? – zagadnąłem – Gotowy na potyczkę
ze swoim bratem?
- Słuchaj, można powiedzieć, że jestem
dobrze przygotowany – stwierdził – W końcu braterskie bójki urządzaliśmy sobie
od małego.
Uśmiechnąłem się. Osobiście byłem jedynakiem
i zawsze zastanawiałem się, jakby to było mieć rodzeństwo. Ciekawe z kolei, czy
Al kiedyś rozmyślał nad tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby go nie miał.
Na boisku naturalnie panowała wrzawa.
Rozejrzałem się po trybunach i po chwili poszukiwań dostrzegłem Rose. Również
mnie zauważyła i pomachała nam. Odmachałem jej i szturchnąłem Ala, by także to
zrobił.
- Jesteś niemożliwy – stwierdził.
Wkrótce naprzeciwko nas pojawiła się drużyna
Gryfonów na czele z jak zawsze dumnym i wyprostowanym Jamesem. Widziałem, jak
wymienił z Noah wyzywające spojrzenia. Czy wygramy, czy też nie, jedno jest
pewne – to będzie niezapomniany mecz.
Wreszcie na boisku znalazł się również
profesor Ian Coombs, nauczyciel latania na miotle i sędzia quidditcha. Dmuchnął
w gwizdek i uniósł ręce do góry. Następnie rzucił na siebie zaklęcie Sonorus, by wszyscy mogli
go wyraźnie usłyszeć.
- Mam przyjemność ogłosić rozpoczęcie tegorocznego
sezonu szkolnych rozgrywek quidditcha – zaczął – Dziś zobaczymy zmagania
Gryfonów i Ślizgonów – obrócił się w stronę drużyn – Na czele Gryfonów kapitan
James Potter, na czele Ślizgonów kapitan Noah Zabini.
Rozległy się brawa i wiwaty. Członkowie poszczególnych
domów wykrzykiwali ich nazwy lub nazwiska odpowiednich kapitanów. Wśród
Krukonów i Puchonów część kibicowała jednej drużynie, część drugiej. Profesor
Coombs ponownie uciszył tłumy.
- Liczę na to, że ta gra będzie w równym
stopniu uczciwa, co emocjonująca – uśmiechnął się w stronę kapitanów drużyn – A
teraz proszę już zająć odpowiednie pozycje.
Powiedziawszy to, sam wsiadł na miotłę i
odczarował swój głos. Wszyscy zajęli swoje miejsca, w napięciu oczekując na
rozpoczęcie gry. Profesor skinął ręką w stronę mównicy komentatora, którym był
szesnastoletni Aaron Youngwind z Hufflepuffu, a następnie wyrzucił trzymanego
przez siebie kafla w powietrze.
- I nareszcie, długo wyczekiwany przez
wszystkich mecz Gryfoni kontra Ślizgoni się rozpoczął! – zawołał radośnie Aaron
– O, proszę, jak szybko wystartowali! Kafel przechodzi w posiadanie Tary
Finnigan, ścigającej Gryfonów! Podaje do drugiej ścigającej, Roxanne Weasley…
Można powiedzieć, że ruszyliśmy z kopyta.
Wszyscy rozproszyli się w powietrzu, śmigając we wszystkie strony. Ja natomiast
wzbiłem się wysoko i wypatrywałem złotego znicza, co było moim zadaniem.
- Kafla odbija Daniel Stone, ścigający
Ślizgonów! – relacjonował dalej Aaron – Leci prosto do bramki Gryfonów, jest
coraz bliżej… Ale oto obrońca, Patrick Thomas, sprawdza się świetnie w swojej
roli i nie dopuszcza do zdobycia pierwszych punktów przez Slytherin!
Krążyłem po całym boisku, wytężając wzrok w
poszukiwaniu złotej błyskotki. Gdy przyspieszyłem, jeden z tłuczków omal mnie nie
trafił. Obejrzałem się nerwowo i zobaczyłem, jak Noah mocno go odbija.
- Uważaj no, Malfoy! – zawołał do mnie – Kto
nam złapie znicz?
Roześmiał się i odleciał dalej. Odetchnąłem
i ruszyłem przed siebie, tym razem starając się uważać na te cholerne tłuczki.
- Albus Potter, ścigający Ślizgonów,
przejmuje kafla i podaje do Stone’a! – oznajmił Aaron – Ten nurkuje, unikając
Weasley, próbującej go odbić… Stone rzuca do Pottera… Oj, nie złapał! Kafel
trafia do Finnigan!
Zobaczyłem, jak Al klnie pod nosem i
przyspiesza, próbując jeszcze odzyskać kafla. Powróciłem do szukania znicza i
wzbiłem się wyżej. Nagle musiałem gwałtownie przyhamować, bo na drodze stanął
mi nie kto inny, jak James Potter.
- Zwolnij, Malfoy! – uśmiechnął się kpiąco –
I tak nie złapiesz znicza, więc daj sobie już spokój!
- Zamknij się, Potter i zejdź mi z drogi… -
syknąłem.
- Ślizgoni próbują odbić kafla! –
zakomunikował Aaron – Potter przyspiesza, wyciąga ręce…
- Nie kompromituj się… - James zachichotał
pod nosem.
- Roxanne
Weasley rzuca kaflem… OCH! Jennifer Fiennes nie udaje się obronić, Gryfoni
zdobywają pierwsze dziesięć punktów! – Aaron krzyczał, wymachując rękami.
James roześmiał się.
- Widzisz? Wygramy! – prychnął szyderczo i
zanurkował.
Spojrzałem natychmiast w dół i chociaż nie
dostrzegłem znicza, na wszelki wypadek jednak udałem się za nim. Musiałem być
czujny, bo mógł próbować mnie oszukać. Nie podążałem za nim ślepo, ale sam
również miałem oczy dookoła głowy. Nie mogłem pozwolić, by to on znalazł znicz!
Jakiś czas na boisku trwał totalny chaos.
Część naszej drużyny zezłościł gol Gryfonów. Nasz drugi pałkarz, David Stone,
odbił tłuczka z taką wściekłością, że o mało co nie trafił on pałkarza
Gryfonów, Paula Finnigana. Profesor Coombs pojawił się obok Stone’a i upomniał
go. Sytuacja na trybunach była podobna. Niektórzy Gryfoni zaczęli dogadywać
Ślizgonom, co przerodziło się w ostrą kłótnię i wymianę niezbyt przyjemnych
wyzwisk. Widziałem, jak profesorowie McGonagall i Slughorn interweniują.
Ten kocioł przerwała bramka, jaką Albus zdobył
dla nas. Ślizgoni wiwatowali entuzjastycznie, a Gryfoni zaczęli buczeć. Gra
toczyła się zaciekle i powodowała coraz większe napięcie. Niestety, dalej nie
szło już nam tak dobrze i po jakimś czasie przegrywaliśmy z Gryffindorem
60:100.
Miotałem się w powietrzu, wciąż szukając
znicza. Nagle coś błysnęło pode mną i jak szalony ruszyłem w tamtą stronę. Tak,
nareszcie to był znicz, widziałem go! Wyciągnąłem rękę i ostrożnie wysunąłem
się na miotle, rozpędzony do szaleństwa. Nawet jeśli w coś uderzę, ale złapię
znicz, opłaca się! Wtem obok mnie dostrzegłem drugą rękę sięgającą w tym samym
kierunku.
- Dzięki, że go dla mnie wypatrzyłeś,
Malfoy! – roześmiał się paskudnie James, ale ja nie dałem się sprowokować i
skupiłem całą swoją uwagę na zniczu.
Wtedy poczułem, jak coś uderza mnie w bok i
wpadłem na Jamesa.
- Ojj, Albus Potter odepchnął od siebie
Weasley, która wpadła na dwóch szukających! – zawołał Aaron.
Byłem wdzięczny, że mi to wszystko opisał, bo
ja aktualnie zaciskałem powieki i trzymałem się gorączkowo miotły. Wolałem
jednak nie spaść… Usłyszałem gwizdek i mogłem się domyślić, że to profesor
Coombs upomina Ala. Uch, co też w niego wstąpiło?
Otworzyłem oczy gwałtownie, przypominając
sobie o Jamesie. Wisiał na miotle podobnie do mnie. Rozejrzałem się gorączkowo.
Tłumy na trybunach przyglądały się nam w napięciu. Znicz wciąż pozostawał w
zasięgu mojego wzroku i byłem pewny, że James też go widział. To, kto pierwszy
wsiądzie na miotłę z powrotem, było kwestią wygranej.
Zaczepiłem się nogami o mojego Nimbusa 3000
i wisząc tak do góry nogami, jakoś udało mi się ruszyć przed siebie. Leciałem
koślawo i usłyszałem, jak James za mną zawołał. Zerknąłem tylko na niego.
Wsiadał właśnie na miotłę, a w jego oczach skrzyła się istna furia.
- To koniec, Malfoy! – krzyknął –
Przegraliście!
Ale ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego
słowa.
ROSE
Z nerwów zaczęłam miętosić rąbek
mojej spódnicy i przygryzać usta. Co chwila musiałam odgarniać z czoła włosy,
bo wzmógł się wiatr i robił z nimi, co chciał. Ja jednak chciałam widzieć
wszystko wyraźnie. To, co się tam wyprawiało, przypominało walkę o przetrwanie.
Tak szczerze, byłam bezstronna. Jeżeli wygramy, ucieszę się ze zwycięstwa
własnego domu, a jeśli nie, ucieszy mnie również wygrana mojego kuzyna i
Scorpiusa.
Wszyscy patrzyli teraz na Scorpiusa i
Jamesa. Ślizgon szamotał się, próbując się rozpędzić, a Gryfon gnał już w jego
kierunku, bo odrzuciło go nieco dalej. Lily, która stała obok mnie, zaciskała
mocno pięści i wlepiała wzrok w swojego brata. Kelly stojąca po drugiej stronie
zerkała to na jednego, to na drugiego chłopaka. W międzyczasie Daniel Stone
wykorzystał chwilę nieuwagi Patricka i strzelił nam gola. Wierne fanki Jamesa
tuż przede mną piszczały zaciekle jego imię, wymachując szalikiem w
szkarłatno-złote pasy. Ja modliłam się tylko w duchu, by obaj się nie
pozabijali.
Wtedy
Scorpius prawie spadł z miotły, uczepiwszy się jej jak zbawiennej poręczy.
Wykonał jakiś dziwny kręciołek, który pozwolił mu na ponowne dosiedzenie jej.
Wśród Ślizgonów rozległy się westchnienia ulgi i gromkie wiwaty. Teraz jednak
sytuacja stała się bardziej napięta – Scorpius i James lecieli ramię w ramię,
by schwytać znicz. Byli coraz bliżej ziemi, a ja poważnie się martwiłam.
Znałam
dobrze obu i żaden nie popychał drugiego, grając uczciwie. Poza tym groziłoby
to również zawieszeniu czy innej karze, a obaj na pewno by tego nie chcieli.
- Potter i Malfoy tną powietrze,
przyspieszając w stronę znicza! – Aaron podniósł się z miejsca i gwałtownie
relacjonował wydarzenia – Lecą łeb w łeb, nie wyprzedzając się ani o cal! Który
z nich dorwie znicza jako pierwszy?! To zaważy na całym przebiegu tej ostrej,
wyrównanej walki! Poobstawialiście wyniki? Jesteście pewni wygranej? Macie
szansę jeszcze zmienić swoje zakłady, bo gra niebawem dobiegnie końca!
- Youngwind! – dało się słyszeć krzyk
profesor McGonagall – Nie mów mi tu nawet o hazardzie!
Aaron skinął przepraszająco w stronę
nauczycielki i powrócił do przypatrywania się grze.
Wtedy stało się to – Scorpius zeskoczył z
miotły i rzucił się na znicz. Zwinął się w kulkę i wylądował na ziemi, a
następnie poturlał się parę metrów dalej. Na szczęście nie zeskoczył z dużej
wysokości, więc istniała szansa, że nie zrobił sobie krzywdy. James rozejrzał
się gorączkowo, a potem wlepił nienawistne spojrzenie w biednego Scorpiusa, turlikającego
się po ziemi. Wreszcie zatrzymał się, usiadł i złapał za głowę. Jego świat
musiał teraz wirować. Podbiegła do niego natychmiast pani Pomfrey i podtrzymała
go. Scorpius otworzył oczy i wyciągnął lewą rękę do góry.
- Mam znicz! – wrzasnął z całych sił i lekko
rozchylił dłoń, w której połyskiwała złota latająca kulka.
Tłumy kibicujące Ślizgonom zawyły ze
szczęścia i zerwały się z miejsc.
- Brawo, Scorpius! – krzyknęłam, ile miałam
tchu i również udałam się do wyjścia z trybunów.
Udało mi się dobiec do Scorpiusa, zanim
jeszcze otoczyły go tłumy Ślizgonów. Obok mnie pojawiła się reszta drużyny, a
za nami pozostali uczniowie, wszyscy skandując radośnie.
- No już, rozejść się! – pani Pomfrey
próbowała ich od siebie odsunąć – Pokaż no się, kochaneczku…
Chwyciła twarz Scorpiusa w obie dłonie.
Wtedy zobaczyłam strużkę krwi na jego policzku…
- Złamany nos… - mruknęła pielęgniarka i
wyciągnęła różdżkę – Episkey!
Scorpius złapał się za nos, który po chwili
doszedł do poprzedniego stanu. Pani Pomfrey obejrzała go jeszcze, ale nie
dostrzegła żadnych innych uszkodzeń. Pomogła mu wstać, ale zaraz potem został
porwany przez swoją drużynę i podniesiony na ręce.
- Stary, jesteś naszym bohaterem! – zawołał
radośnie Noah Zabini – Żebyś widział minę Jamesa!
Wybuchli gromkim śmiechem, a ja spojrzałam
na ich „wybawcę”. Posłał mi wesołe spojrzenie i pomachał do mnie jak przed
meczem. Zaśmiałam się i znów mu odmachałam.
Później zobaczyłam Scorpa i Ala na
dziedzińcu, kiedy już się przebrali i porozmawiali z drużyną. Przywitałam ich i
pogratulowałam wygranej.
- Teraz będzie impreza u nas – powiadomił
mnie Scorpius – Wiem, że jest raczej prywatna, ale… Noah pozwolił mi kogoś
zaprosić. Przyjdziesz, Rose?
Usłyszałam, jak Albus dławi się wodą z
butelki, którą pił. Ja również nie spodziewałam się takiej propozycji.
- Ja… - zaczęłam – Jasne, przyjdę.
Uśmiechnęłam się promiennie. To miłe z jego
strony, że o mnie pomyślał.
***
Spotkaliśmy się przed ich Pokojem Wspólnym.
W środku rozbrzmiewała głośna muzyka, a Ślizgoni wspominali z podekscytowaniem
ten mecz. Do pomieszczenia wpadł Noah Zabini, unosząc czarami jakąś skrzynkę i
zawołał:
- Mam piwo kremowe!
Wszyscy ustawili się w kolejkę, my również.
Niektórzy Ślizgoni obrzucali mnie dziwnymi spojrzeniami. To byli głównie ci, którzy nie wiedzieli o mojej
przyjaźni z Albusem i Scorpiusem i dziwili się, co tu robi nieznajoma. Jeden
Ślizgon twierdził, że widział mnie w barwach Gryffindoru i zapytał, czy nie
pomyliłam imprez.
- Hej, ona jest ze mną! Z nami… - poprawił
się Scorpius i spojrzał zakłopotany na Albusa, który tylko wywrócił oczami i
uśmiechnął się pod nosem.
Później znaleźliśmy sobie w trójkę jakiś
kącik, gdzie mogliśmy porozmawiać.
- No i co, imprezowa Rose? – zaśmiał się
cicho Scorp.
- Dziękuję za zaproszenie – uśmiechnęłam się
– Jest super. A dzisiejszy mecz… Wow, chłopaki. Trzymaliście nas w napięciu aż
do końca.
- O to chodziło – stwierdził Al.
- Właśnie… - zabrał głos Scorpius – Wtedy,
gdy popchnąłeś Roxanne… Zrobiłeś to przypadkowo?
Albus pokręcił przecząco głową.
- Widziałem, że James już prawie miał znicz
– wyjaśnił ściszonym głosem – Zadziałałem odruchowo.
Scorpius zmarszczył czoło.
- Ale ja też prawie go miałem! – obruszył
się – Czyli co, nie wierzyłeś, że go złapię?
Albus roześmiał się.
- Stary, żartowałem – uniósł ręce lekko w
górę – Za bardzo się rozpędziłem. Serio, przysięgam.
Scorpius i ja chyba nie wyglądaliśmy na zbyt
przekonanych.
- Albus, mam nadzieję, że teraz mówisz
prawdę… - spojrzałam na niego karcąco, a potem dodałam ciszej – Jeżeli
oszukiwałeś…
- Spokojnie! – zapewnił – Możecie mi dać
nawet veritaserum, usłyszycie to samo. Nie jestem głupi, pan Coombs by to
zauważył. Poza tym chyba mnie znacie…
Wymieniłam ze Scorpem spojrzenia.
- No dobra, ufam ci – oznajmił Scorpius i
uśmiechnął się.
Reszta wieczoru minęła nam na wspólnych
rozmowach i tańcach. Było naprawdę miło, dopóki nie wróciłam do siebie.
Przemknęłam do Pokoju Wspólnego późno w
nocy, miałam szczęście, że zostałam niezauważona. Skierowałam się ku
dormitorium dziewcząt, gdy nagle usłyszałam głos:
- A gdzie to się było?
Odwróciłam się w tamtą stronę.
- James… - zakłopotałam się.
- Impreza się udała? – spytał niemal
jadowitym tonem – Powinnaś się wstydzić. Wszyscy denerwowali się z przegranej,
a ty bawiłaś się w najlepsze z wrogami.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę nie miałam
ochoty tego słuchać.
- James, daj spokój – poprosiłam niemal
błagalnym tonem – Scorpius i Albus chcieli, żebym tam była, więc się zgodziłam.
Sam przyznaj, walka była wyrównana i obu drużynom należy pogratulować.
- Jakoś mnie nie pogratulowałaś… - prychnął –
Oj, Rose… Nie mam pojęcia, jak inaczej mogę ci jeszcze przetłumaczyć, że nie
powinnaś tego robić.
- Czyli czego, spotykać się z własnym bratem
ciotecznym i kolegą? – zmarszczyłam czoło – James, zachowujesz się naprawdę
idiotycznie. Poza tym, rany! Świat się nie zawalił, a w dodatku to był dopiero
pierwszy mecz! Zamiast narzekać na przegraną, powinieneś przyłożyć się jeszcze
bardziej, żeby to odbić. Naprawdę, muszę pouczać samego kapitana?
Zdenerwowana, ruszyłam prosto przed siebie.
W emocjach miałam ochotę trzasnąć drzwiami, ale opanowałam się w porę, bo nie
chciałam obudzić dziewczyn. Doskonale wiedziałam, że Jamesowi nie chodziło
tylko o mecz. Uczepił się, bo Gryfonka zadawała się ze Ślizgonami, a to według
niego karygodne… Nie widział bezsensowności swoich poglądów.
A miałam taki dobry humor…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz