wtorek, 23 maja 2017

IV. 17 września, piątek



ALBUS
   Szedłem ciemnym i wąskim korytarzem. Odgłos moich kroków odbijał się głuchym echem i wiedziałem, że przede mną jeszcze długa droga. Na początku byłem cierpliwy, jednak z każdą kolejną chwilą miałem wrażenie, że wariuję. Wciąż nie widziałem końca, myślałem, że tak naprawdę stoję w miejscu. Przyspieszyłem kroku. Chciałem się tylko stąd wydostać… Szybki chód zamienił się w bieg. Wytężałem słuch, jednak słyszałem tylko własne kroki. Próbowałem coś dostrzec, ale w ciemnościach widziałem tylko czarne ściany, które mnie przygniatały. Było tak ciasno, że dwóch ludzi nie mogłoby się tędy wyminąć. Byłem już zdyszany, biegłem, ile miałem sił. To wciąż nie wystarczało, wyjście było jeszcze tak daleko…
   Spojrzałem za siebie, ale tam zionęła tylko pustka. To samo przede mną. Byłem wycieńczony, chciałem się stamtąd wydostać… Zacząłem się modlić w myślach, mając nadzieję na wyjście. Wtedy w korytarzu rozległ się damski krzyk. Wypowiedziałem imię tej osoby, znałem ją. Ona nie odpowiadała. Krzyczałem dalej, nie przestając biec. Odezwały się kolejne, skrzekliwe głosy:
   - Już za późno… Na próżno się jeszcze starasz… Przegrałeś. Przegrałeś sromotnie, odpuść już… Jej już tutaj nie ma…
   I wtedy zerwałem się z łóżka, czując zimny pot na skórze. Oddychałem ciężko i nierówno, jakbym rzeczywiście biegał. Rozejrzałem się dookoła. Na szczęście byłem w swoim dormitorium. Spojrzałem na sąsiednie łóżko.
   - Znowu koszmary? – zgadł Scorpius, przecierając oczy.
  Kiwnąłem głową, powoli uspokajając oddech. Łóżko naprzeciwko mnie zajmował Noah, który właśnie przyglądał mi się badawczo.
   - Al, chyba powinieneś wyluzować… - odrzekł – Pewnie stresujesz się dzisiejszym meczem…
   Wzruszyłem ramionami.
   - Nie wiem, co jest przyczyną tych dziwnych snów, ale mam już ich serdecznie dosyć… - zdołałem powiedzieć, a następnie padłem na materac i zagrzebałem się w pościeli.
   - I ten, no… - mówił zaspanym głosem Scorp – Krzyczałeś coś tam znowu.
   Westchnąłem. Już trzeci raz mi się to śniło, a zaczęło się pod koniec wakacji. Przypuszczałem, że to mógł być podświadomy stres – w tym roku w końcu zdajemy te całe SUMy. Ale z drugiej strony nigdy czegoś takiego nie miałem, a przecież stresowałem się już nie raz. Wstydziłem się tego, znowu obudziłem chłopaków. Przynajmniej oni nie mieli już kłopotów z zaśnięciem, a ja przez resztę nocy nie zmrużyłem oka…
   Na śniadaniu byłem jedną z pierwszych osób. Poprawiałem jeszcze moje czarne, rozkopane włosy, które nawet w normalnych okolicznościach lubią sobie sterczeć na wszystkie strony świata. Stanąłem przy stole z wielką ochotą położenia się na blacie lub ławce, ale ostatecznie z tego zrezygnowałem. Już miałem usiąść jak człowiek, gdy usłyszałem dziewczęcy chichot.
   Obejrzałem się i zobaczyłem Hayley Sparks w towarzystwie Lin Blue. Obie były z Ravenclawu, na moim roku. Utkwiłem wzrok w Hayley i jej puszystych, wiśniowych włosach. Była metamorfomagiem i, co tu dużo mówić, podobała mi się. Jej lekko śniada cera, malinowe usta, brązowe oczy… I to, w jaki sposób się uśmiechała. Stałem tak jak idiota i gapiłem się na nią, dopóki ona nie spojrzała w moją stronę. Spróbowałem się uśmiechnąć, ale chyba najwidoczniej coś mi nie wyszło i szybko usiadłem przy swoim stole, starając się ukryć zakłopotanie. A jednak, gdy przechodziła obok, zaczepiła mnie.
   - Cześć, Albus – przywitała się promiennie.
   - No hej… - odpowiedziałem nieśmiało.
  - Chyba źle spałeś, co? – domyśliła się – Masz podkrążone oczy.
   Automatycznie dotknąłem swojego policzka. Chyba wyglądałem jak zombie…
   - Ale ja też się nie wyspałam, nie przejmuj się – odrzekła wesoło – Śniły mi się jakieś głupoty, och szkoda gadać. No nic, to smacznego i na razie!
   Poszła za Lin, a ja wymamrotałem jakieś: „Dzięki, nawzajem” i mentalnie uderzyłem się dłonią w czoło. Dlaczego zawsze przy niej nie potrafię się wysłowić jak człowiek?...
   Śniadania też nie byłem w stanie zjeść normalnie, bo cały czas miałem świadomość, że ona tam była. I tak dobrze, że nie siedziała przy tym samym stole albo w ogóle obok mnie! Chyba już wcale bym nic nie zjadł. Dzisiaj i tak nie miałem apetytu, co w moim przypadku było dziwne. Najbardziej to chyba „najadłem się” herbatą.
   Podczas lekcji nie czułem się lepiej. Planowałem uciąć sobie potem małą drzemkę, która przydałaby się na pozbieranie się przed meczem quidditcha. W międzyczasie widziałem Jamesa w korytarzu. Rzucił mi wyzywające spojrzenie, co pewnie oznaczało, że planuje niezły pogrom. Ech, ludzie, ja wiem, że miło jest wygrać, ale w gruncie rzeczy to tylko gra…
   Jedyna rzecz, z której dzisiaj się cieszyłem to to, że pogodziłem się z Rose. Byłem nieco zaskoczony, że to ona przyszła mnie przeprosić, ale przecież w końcu jej wybaczyłem. Mieliśmy dzisiaj razem eliksiry i pracowaliśmy czwórkami. W naszej grupie było oczywiście nasze trio plus Kelly Ashes. Denerwowało mnie, że ciągle udawała, że czegoś nie rozumie tylko po to, by pan Blair przyszedł jej to wytłumaczyć. Niech sobie zarywa do kogo chce, ale jednak wolałem, żeby przez to nasza grupa nie wyszła na jakichś, lekko mówiąc, niedouczonych. Co prawda Rose upominała ją nie raz, ale ona niezbyt słuchała. W końcu, kiedy zamiast praktykanta przyszedł profesor Slughorn, dała sobie spokój.
   
SCORPIUS
   Podczas obiadu panowała niemal grobowa cisza, tylko Noah gadał jak najęty. Większość drużyny była przerażona tym, co już niedługo nastąpi, choć jeszcze niedawno byliśmy tacy pewni siebie. Niektórzy zajadali stres, natomiast mój żołądek odmawiał posłuszeństwa i chyba zawiązał się na supeł. Zwyczajnie nie chcieliśmy zawieść, bo ten mecz otwierał sezon. Próbowaliśmy sobie przetłumaczyć, że przecież w razie niepowodzenia mamy jeszcze resztę roku na nadrobienie, ale wiadomo, woleliśmy raczej teraz wygrać.
   W szatni atmosfera również była napięta. Noah stanął na kartonowym pudle i wyprostował się, a my wiedzieliśmy, że zaraz wygłosi jakąś mowę.
   - Drodzy koledzy Ślizgoni – wyszczerzył zęby w uśmiechu – Wiem, że ten mecz jest ważny dla wszystkich i najlepiej by było, gdybyśmy go wygrali. Jeśli jednak tak się nie stanie, obiecuję, że powstrzymam swoje emocje i nie zmieszam nikogo z błotem – tu spojrzał na mnie, jakby wciąż czując się winny za tamten trening – Po prostu dajcie z siebie wszystko. Pamiętajcie, że mamy jeszcze cały rok szkolny na ewentualne wyrównanie strat i rozgromienie Gryfonów. Bo taki jest nasz cel, chcemy, by James Potter sobie nas dobrze zapamiętał na koniec szkoły!
   Rozległy się radosne okrzyki. Wyglądało to jak jakiś anty-fanklub tegoż właśnie Gryfona, za którym nie przepadał każdy Ślizgon.
   Wyszliśmy z szatni, trochę pokrzepieni mową Noah. Racja, sport powinien być przede wszystkim dobrą zabawą, a rywalizacja schodziła na dalszy plan. Ciekawy byłem, jak nastawieni są Gryfoni.
   - Co, Al? – zagadnąłem – Gotowy na potyczkę ze swoim bratem?
   - Słuchaj, można powiedzieć, że jestem dobrze przygotowany – stwierdził – W końcu braterskie bójki urządzaliśmy sobie od małego.
   Uśmiechnąłem się. Osobiście byłem jedynakiem i zawsze zastanawiałem się, jakby to było mieć rodzeństwo. Ciekawe z kolei, czy Al kiedyś rozmyślał nad tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby go nie miał.
   Na boisku naturalnie panowała wrzawa. Rozejrzałem się po trybunach i po chwili poszukiwań dostrzegłem Rose. Również mnie zauważyła i pomachała nam. Odmachałem jej i szturchnąłem Ala, by także to zrobił.
   - Jesteś niemożliwy – stwierdził.
   Wkrótce naprzeciwko nas pojawiła się drużyna Gryfonów na czele z jak zawsze dumnym i wyprostowanym Jamesem. Widziałem, jak wymienił z Noah wyzywające spojrzenia. Czy wygramy, czy też nie, jedno jest pewne – to będzie niezapomniany mecz.
   Wreszcie na boisku znalazł się również profesor Ian Coombs, nauczyciel latania na miotle i sędzia quidditcha. Dmuchnął w gwizdek i uniósł ręce do góry. Następnie rzucił  na siebie zaklęcie Sonorus, by wszyscy mogli go wyraźnie usłyszeć.
   - Mam przyjemność ogłosić rozpoczęcie tegorocznego sezonu szkolnych rozgrywek quidditcha – zaczął – Dziś zobaczymy zmagania Gryfonów i Ślizgonów – obrócił się w stronę drużyn – Na czele Gryfonów kapitan James Potter, na czele Ślizgonów kapitan Noah Zabini.
   Rozległy się brawa i wiwaty. Członkowie poszczególnych domów wykrzykiwali ich nazwy lub nazwiska odpowiednich kapitanów. Wśród Krukonów i Puchonów część kibicowała jednej drużynie, część drugiej. Profesor Coombs ponownie uciszył tłumy.
   - Liczę na to, że ta gra będzie w równym stopniu uczciwa, co emocjonująca – uśmiechnął się w stronę kapitanów drużyn – A teraz proszę już zająć odpowiednie pozycje.
   Powiedziawszy to, sam wsiadł na miotłę i odczarował swój głos. Wszyscy zajęli swoje miejsca, w napięciu oczekując na rozpoczęcie gry. Profesor skinął ręką w stronę mównicy komentatora, którym był szesnastoletni Aaron Youngwind z Hufflepuffu, a następnie wyrzucił trzymanego przez siebie kafla w powietrze.
   - I nareszcie, długo wyczekiwany przez wszystkich mecz Gryfoni kontra Ślizgoni się rozpoczął! – zawołał radośnie Aaron – O, proszę, jak szybko wystartowali! Kafel przechodzi w posiadanie Tary Finnigan, ścigającej Gryfonów! Podaje do drugiej ścigającej, Roxanne Weasley…
   Można powiedzieć, że ruszyliśmy z kopyta. Wszyscy rozproszyli się w powietrzu, śmigając we wszystkie strony. Ja natomiast wzbiłem się wysoko i wypatrywałem złotego znicza, co było moim zadaniem.
   - Kafla odbija Daniel Stone, ścigający Ślizgonów! – relacjonował dalej Aaron – Leci prosto do bramki Gryfonów, jest coraz bliżej… Ale oto obrońca, Patrick Thomas, sprawdza się świetnie w swojej roli i nie dopuszcza do zdobycia pierwszych punktów przez Slytherin!
   Krążyłem po całym boisku, wytężając wzrok w poszukiwaniu złotej błyskotki. Gdy przyspieszyłem, jeden z tłuczków omal mnie nie trafił. Obejrzałem się nerwowo i zobaczyłem, jak Noah mocno go odbija.
   - Uważaj no, Malfoy! – zawołał do mnie – Kto nam złapie znicz?
   Roześmiał się i odleciał dalej. Odetchnąłem i ruszyłem przed siebie, tym razem starając się uważać na te cholerne tłuczki.
   - Albus Potter, ścigający Ślizgonów, przejmuje kafla i podaje do Stone’a! – oznajmił Aaron – Ten nurkuje, unikając Weasley, próbującej go odbić… Stone rzuca do Pottera… Oj, nie złapał! Kafel trafia do Finnigan!
   Zobaczyłem, jak Al klnie pod nosem i przyspiesza, próbując jeszcze odzyskać kafla. Powróciłem do szukania znicza i wzbiłem się wyżej. Nagle musiałem gwałtownie przyhamować, bo na drodze stanął mi nie kto inny, jak James Potter.
   - Zwolnij, Malfoy! – uśmiechnął się kpiąco – I tak nie złapiesz znicza, więc daj sobie już spokój!
   - Zamknij się, Potter i zejdź mi z drogi… - syknąłem.
  - Ślizgoni próbują odbić kafla! – zakomunikował Aaron – Potter przyspiesza, wyciąga ręce…
   - Nie kompromituj się… - James zachichotał pod nosem.
   - Roxanne Weasley rzuca kaflem… OCH! Jennifer Fiennes nie udaje się obronić, Gryfoni zdobywają pierwsze dziesięć punktów! – Aaron krzyczał, wymachując rękami.
   James roześmiał się.
  - Widzisz? Wygramy! – prychnął szyderczo i zanurkował.
  Spojrzałem natychmiast w dół i chociaż nie dostrzegłem znicza, na wszelki wypadek jednak udałem się za nim. Musiałem być czujny, bo mógł próbować mnie oszukać. Nie podążałem za nim ślepo, ale sam również miałem oczy dookoła głowy. Nie mogłem pozwolić, by to on znalazł znicz!
  Jakiś czas na boisku trwał totalny chaos. Część naszej drużyny zezłościł gol Gryfonów. Nasz drugi pałkarz, David Stone, odbił tłuczka z taką wściekłością, że o mało co nie trafił on pałkarza Gryfonów, Paula Finnigana. Profesor Coombs pojawił się obok Stone’a i upomniał go. Sytuacja na trybunach była podobna. Niektórzy Gryfoni zaczęli dogadywać Ślizgonom, co przerodziło się w ostrą kłótnię i wymianę niezbyt przyjemnych wyzwisk. Widziałem, jak profesorowie McGonagall i Slughorn interweniują.
   Ten kocioł przerwała bramka, jaką Albus zdobył dla nas. Ślizgoni wiwatowali entuzjastycznie, a Gryfoni zaczęli buczeć. Gra toczyła się zaciekle i powodowała coraz większe napięcie. Niestety, dalej nie szło już nam tak dobrze i po jakimś czasie przegrywaliśmy z Gryffindorem 60:100.
   Miotałem się w powietrzu, wciąż szukając znicza. Nagle coś błysnęło pode mną i jak szalony ruszyłem w tamtą stronę. Tak, nareszcie to był znicz, widziałem go! Wyciągnąłem rękę i ostrożnie wysunąłem się na miotle, rozpędzony do szaleństwa. Nawet jeśli w coś uderzę, ale złapię znicz, opłaca się! Wtem obok mnie dostrzegłem drugą rękę sięgającą w tym samym kierunku.
   - Dzięki, że go dla mnie wypatrzyłeś, Malfoy! – roześmiał się paskudnie James, ale ja nie dałem się sprowokować i skupiłem całą swoją uwagę na zniczu.
   Wtedy poczułem, jak coś uderza mnie w bok i wpadłem na Jamesa.
   - Ojj, Albus Potter odepchnął od siebie Weasley, która wpadła na dwóch szukających! – zawołał Aaron.
   Byłem wdzięczny, że mi to wszystko opisał, bo ja aktualnie zaciskałem powieki i trzymałem się gorączkowo miotły. Wolałem jednak nie spaść… Usłyszałem gwizdek i mogłem się domyślić, że to profesor Coombs upomina Ala. Uch, co też w niego wstąpiło?
   Otworzyłem oczy gwałtownie, przypominając sobie o Jamesie. Wisiał na miotle podobnie do mnie. Rozejrzałem się gorączkowo. Tłumy na trybunach przyglądały się nam w napięciu. Znicz wciąż pozostawał w zasięgu mojego wzroku i byłem pewny, że James też go widział. To, kto pierwszy wsiądzie na miotłę z powrotem, było kwestią wygranej.
   Zaczepiłem się nogami o mojego Nimbusa 3000 i wisząc tak do góry nogami, jakoś udało mi się ruszyć przed siebie. Leciałem koślawo i usłyszałem, jak James za mną zawołał. Zerknąłem tylko na niego. Wsiadał właśnie na miotłę, a w jego oczach skrzyła się istna furia.
   - To koniec, Malfoy! – krzyknął – Przegraliście!
   Ale ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.
   
ROSE
   Z nerwów zaczęłam miętosić rąbek mojej spódnicy i przygryzać usta. Co chwila musiałam odgarniać z czoła włosy, bo wzmógł się wiatr i robił z nimi, co chciał. Ja jednak chciałam widzieć wszystko wyraźnie. To, co się tam wyprawiało, przypominało walkę o przetrwanie. Tak szczerze, byłam bezstronna. Jeżeli wygramy, ucieszę się ze zwycięstwa własnego domu, a jeśli nie, ucieszy mnie również wygrana mojego kuzyna i Scorpiusa.
   Wszyscy patrzyli teraz na Scorpiusa i Jamesa. Ślizgon szamotał się, próbując się rozpędzić, a Gryfon gnał już w jego kierunku, bo odrzuciło go nieco dalej. Lily, która stała obok mnie, zaciskała mocno pięści i wlepiała wzrok w swojego brata. Kelly stojąca po drugiej stronie zerkała to na jednego, to na drugiego chłopaka. W międzyczasie Daniel Stone wykorzystał chwilę nieuwagi Patricka i strzelił nam gola. Wierne fanki Jamesa tuż przede mną piszczały zaciekle jego imię, wymachując szalikiem w szkarłatno-złote pasy. Ja modliłam się tylko w duchu, by obaj się nie pozabijali.
   Wtedy Scorpius prawie spadł z miotły, uczepiwszy się jej jak zbawiennej poręczy. Wykonał jakiś dziwny kręciołek, który pozwolił mu na ponowne dosiedzenie jej. Wśród Ślizgonów rozległy się westchnienia ulgi i gromkie wiwaty. Teraz jednak sytuacja stała się bardziej napięta – Scorpius i James lecieli ramię w ramię, by schwytać znicz. Byli coraz bliżej ziemi, a ja poważnie się martwiłam.
   Znałam dobrze obu i żaden nie popychał drugiego, grając uczciwie. Poza tym groziłoby to również zawieszeniu czy innej karze, a obaj na pewno by tego nie chcieli.
   - Potter i Malfoy tną powietrze, przyspieszając w stronę znicza! – Aaron podniósł się z miejsca i gwałtownie relacjonował wydarzenia – Lecą łeb w łeb, nie wyprzedzając się ani o cal! Który z nich dorwie znicza jako pierwszy?! To zaważy na całym przebiegu tej ostrej, wyrównanej walki! Poobstawialiście wyniki? Jesteście pewni wygranej? Macie szansę jeszcze zmienić swoje zakłady, bo gra niebawem dobiegnie końca!
   - Youngwind! – dało się słyszeć krzyk profesor McGonagall – Nie mów mi tu nawet o hazardzie!
   Aaron skinął przepraszająco w stronę nauczycielki i powrócił do przypatrywania się grze.
   Wtedy stało się to – Scorpius zeskoczył z miotły i rzucił się na znicz. Zwinął się w kulkę i wylądował na ziemi, a następnie poturlał się parę metrów dalej. Na szczęście nie zeskoczył z dużej wysokości, więc istniała szansa, że nie zrobił sobie krzywdy. James rozejrzał się gorączkowo, a potem wlepił nienawistne spojrzenie w biednego Scorpiusa, turlikającego się po ziemi. Wreszcie zatrzymał się, usiadł i złapał za głowę. Jego świat musiał teraz wirować. Podbiegła do niego natychmiast pani Pomfrey i podtrzymała go. Scorpius otworzył oczy i wyciągnął lewą rękę do góry.
   - Mam znicz! – wrzasnął z całych sił i lekko rozchylił dłoń, w której połyskiwała złota latająca kulka.
   Tłumy kibicujące Ślizgonom zawyły ze szczęścia i zerwały się z miejsc.
   - Brawo, Scorpius! – krzyknęłam, ile miałam tchu i również udałam się do wyjścia z trybunów.
   Udało mi się dobiec do Scorpiusa, zanim jeszcze otoczyły go tłumy Ślizgonów. Obok mnie pojawiła się reszta drużyny, a za nami pozostali uczniowie, wszyscy skandując radośnie.
   - No już, rozejść się! – pani Pomfrey próbowała ich od siebie odsunąć – Pokaż no się, kochaneczku…
   Chwyciła twarz Scorpiusa w obie dłonie. Wtedy zobaczyłam strużkę krwi na jego policzku…
   - Złamany nos… - mruknęła pielęgniarka i wyciągnęła różdżkę – Episkey!
   Scorpius złapał się za nos, który po chwili doszedł do poprzedniego stanu. Pani Pomfrey obejrzała go jeszcze, ale nie dostrzegła żadnych innych uszkodzeń. Pomogła mu wstać, ale zaraz potem został porwany przez swoją drużynę i podniesiony na ręce.
   - Stary, jesteś naszym bohaterem! – zawołał radośnie Noah Zabini – Żebyś widział minę Jamesa!
   Wybuchli gromkim śmiechem, a ja spojrzałam na ich „wybawcę”. Posłał mi wesołe spojrzenie i pomachał do mnie jak przed meczem. Zaśmiałam się i znów mu odmachałam.
   Później zobaczyłam Scorpa i Ala na dziedzińcu, kiedy już się przebrali i porozmawiali z drużyną. Przywitałam ich i pogratulowałam wygranej.
   - Teraz będzie impreza u nas – powiadomił mnie Scorpius – Wiem, że jest raczej prywatna, ale… Noah pozwolił mi kogoś zaprosić. Przyjdziesz, Rose?
   Usłyszałam, jak Albus dławi się wodą z butelki, którą pił. Ja również nie spodziewałam się takiej propozycji.
   - Ja… - zaczęłam – Jasne, przyjdę.
   Uśmiechnęłam się promiennie. To miłe z jego strony, że o mnie pomyślał.
  
***

   Spotkaliśmy się przed ich Pokojem Wspólnym. W środku rozbrzmiewała głośna muzyka, a Ślizgoni wspominali z podekscytowaniem ten mecz. Do pomieszczenia wpadł Noah Zabini, unosząc czarami jakąś skrzynkę i zawołał:
   - Mam piwo kremowe!
   Wszyscy ustawili się w kolejkę, my również. Niektórzy Ślizgoni obrzucali mnie dziwnymi spojrzeniami. To  byli głównie ci, którzy nie wiedzieli o mojej przyjaźni z Albusem i Scorpiusem i dziwili się, co tu robi nieznajoma. Jeden Ślizgon twierdził, że widział mnie w barwach Gryffindoru i zapytał, czy nie pomyliłam imprez.
   - Hej, ona jest ze mną! Z nami… - poprawił się Scorpius i spojrzał zakłopotany na Albusa, który tylko wywrócił oczami i uśmiechnął się pod nosem.
   Później znaleźliśmy sobie w trójkę jakiś kącik, gdzie mogliśmy porozmawiać.
   - No i co, imprezowa Rose? – zaśmiał się cicho Scorp.
   - Dziękuję za zaproszenie – uśmiechnęłam się – Jest super. A dzisiejszy mecz… Wow, chłopaki. Trzymaliście nas w napięciu aż do końca.
   - O to chodziło – stwierdził Al.
   - Właśnie… - zabrał głos Scorpius – Wtedy, gdy popchnąłeś Roxanne… Zrobiłeś to przypadkowo?
   Albus pokręcił przecząco głową.
   - Widziałem, że James już prawie miał znicz – wyjaśnił ściszonym głosem – Zadziałałem odruchowo.
   Scorpius zmarszczył czoło.
   - Ale ja też prawie go miałem! – obruszył się – Czyli co, nie wierzyłeś, że go złapię?
   Albus roześmiał się.
   - Stary, żartowałem – uniósł ręce lekko w górę – Za bardzo się rozpędziłem. Serio, przysięgam.
   Scorpius i ja chyba nie wyglądaliśmy na zbyt przekonanych.
   - Albus, mam nadzieję, że teraz mówisz prawdę… - spojrzałam na niego karcąco, a potem dodałam ciszej – Jeżeli oszukiwałeś…
   - Spokojnie! – zapewnił – Możecie mi dać nawet veritaserum, usłyszycie to samo. Nie jestem głupi, pan Coombs by to zauważył. Poza tym chyba mnie znacie…
   Wymieniłam ze Scorpem spojrzenia.
   - No dobra, ufam ci – oznajmił Scorpius i uśmiechnął się.
   Reszta wieczoru minęła nam na wspólnych rozmowach i tańcach. Było naprawdę miło, dopóki nie wróciłam do siebie.
   Przemknęłam do Pokoju Wspólnego późno w nocy, miałam szczęście, że zostałam niezauważona. Skierowałam się ku dormitorium dziewcząt, gdy nagle usłyszałam głos:
   - A gdzie to się było?
   Odwróciłam się w tamtą stronę.
   - James… - zakłopotałam się.
   - Impreza się udała? – spytał niemal jadowitym tonem – Powinnaś się wstydzić. Wszyscy denerwowali się z przegranej, a ty bawiłaś się w najlepsze z wrogami.
   Westchnęłam głęboko. Naprawdę nie miałam ochoty tego słuchać.
   - James, daj spokój – poprosiłam niemal błagalnym tonem – Scorpius i Albus chcieli, żebym tam była, więc się zgodziłam. Sam przyznaj, walka była wyrównana i obu drużynom należy pogratulować.
   - Jakoś mnie nie pogratulowałaś… - prychnął – Oj, Rose… Nie mam pojęcia, jak inaczej mogę ci jeszcze przetłumaczyć, że nie powinnaś tego robić.
   - Czyli czego, spotykać się z własnym bratem ciotecznym i kolegą? – zmarszczyłam czoło – James, zachowujesz się naprawdę idiotycznie. Poza tym, rany! Świat się nie zawalił, a w dodatku to był dopiero pierwszy mecz! Zamiast narzekać na przegraną, powinieneś przyłożyć się jeszcze bardziej, żeby to odbić. Naprawdę, muszę pouczać samego kapitana?
   Zdenerwowana, ruszyłam prosto przed siebie. W emocjach miałam ochotę trzasnąć drzwiami, ale opanowałam się w porę, bo nie chciałam obudzić dziewczyn. Doskonale wiedziałam, że Jamesowi nie chodziło tylko o mecz. Uczepił się, bo Gryfonka zadawała się ze Ślizgonami, a to według niego karygodne… Nie widział bezsensowności swoich poglądów.
   A miałam taki dobry humor…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz