poniedziałek, 15 maja 2017

III. 15 września, środa

ALBUS
   Przez ostatnie parę dni niewiele rozmawiałem z Rose. Byłem na nią zły, że zamiast własnemu kuzynowi, pomagała temu całemu Dipperowi. Ciekawe, czy pisze za niego eseje. Bardzo chciałem to wiedzieć.

   Scorpiusa męczyło już moje zachowanie.

   - Nie sądzisz, że powinniście o tym porozmawiać? – zagadywał ciągle – Nie ma sensu się teraz obrażać.

   - Sam sobie rozmawiaj – prychnąłem – To nie ja tak gwałtownie zareagowałem, jak usłyszałem prawdę.

   - Bo pomyślałem, że mogą się umawiać! – tłumaczył się – Wiesz, ta pomoc w nauce to może być wymówka. On przecież nie ma takich złych ocen, poza tym jest z Ravenclawu.

   - No ładnie – mruknąłem – Więc nie chciała mi pomóc, bo romansuje z moim dalszym kuzynem. Sama nie jest z nim spokrewniona, jednak mnie to odpycha.

   - Mnie też… - przyznał – No ale nawet jeśli, to ona nam tego nie potwierdzi.

   - Dlatego po prostu ją zostaw – poradziłem.

   W gruncie rzeczy sam czułem się z tym źle. Zdenerwowała mnie, fakt, ale nie chciałem się zbyt długo gniewać. Wolałem jednak, by sama do mnie przyszła.

   Potem mieliśmy zielarstwo z panem Longbottomem. Często na tych lekcjach zastanawiałem się, jak czuje się Emma, będąc nauczana przez własnego ojca. Co prawda pan Neville był dla mnie jak taki wujek, nie mniej jednak to nie to samo. Rozmyślałem, jakby to było, gdyby mój tata mnie uczył. Profesor Harry Potter… O nie, to brzmi źle!

   W cieplarni jak zwykle było duszno i wilgotno. Zajęliśmy nasze stałe miejsca przy długim stole uwalanym ziemią i kiełkami. Te lekcje zwykle mieliśmy z Puchonami, jako że pan Neville był opiekunem ich domu (Emma naprawdę miała przerąbane). Niedługo po naszym przyjściu pojawiła się i ona. Uśmiechnąłem się do niej i przywołałem ją gestem ręki, więc podeszła bliżej.

   - Hej wam – przywitała się.

   - Siema – odpowiedział Scorpius.

   - Co tam? – zapytałem.

   - Ech, tak sobie – wzruszyła ramionami – Na mojej poprzedniej godzinie, zaklęciach, pomyliłam formułki i trafiłam profesora Flitwicka strumieniem wody…

   Wyobraziłem to sobie. Musiało to zabawnie wyglądać, ale nie chciałem jej dołować.

   - A pamiętasz, jak kiedyś na eliksirach pomieszałem składniki i wywar wybuchnął Slughornowi prosto w twarz? – przypomniałem, pochylając się troszeczkę w jej stronę.

   Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

   - No właśnie – przytaknąłem – Każdemu się zdarza.

   Spojrzała na mnie i lekko szturchnęła mnie w bok. Uśmiechnąłem się.

   Wtedy w cieplarni pojawił się pan Neville.

   - Przepraszam za to małe spóźnienie – zakłopotał się.

   Zauważyłem, że coś niósł. Postawił na stole kulistą donicę z jakąś rośliną. Miała mnóstwo podłużnych liści i kilka jasnofioletowych kwiatów.

   - Ktoś wie, jaki będzie temat dzisiejszych zajęć? – zapytał, a wszyscy przyjrzeli się roślinie.

   - Pewnie ta roślinka – stwierdził bardzo odkrywczo Noah Zabini, a po szklarni rozległ się cichy chichot uczniów.

   Profesor uśmiechnął się.

   - Dodaj jeszcze do tego nazwę tejże rośliny, panie Zabini i Slytherin otrzyma pięć punktów – oznajmił.

   Noah jednak naturalnie milczał, wszyscy inni też. Profesor pokiwał głową.

   - To inaczej. Spójrzcie – nakazał, unosząc w dłoniach jakąś fiolkę – Woda.

   I wlał trochę do donicy. Roślina zatrzęsła się, a potem jej kwiaty zmieniły kolor na niebieski. Klasa przyjęła to dość entuzjastycznie.

   - Jak widzicie roślina ta jest wrażliwa na różne czynniki – zabrał głos pan Neville – Dlatego nazywa się ją wrażliwkiem.

   Potem rozdał nam po maleńkiej doniczce z równie małą roślinką. Do tego każde z nas było wyposażone w kilka fiolek z różnymi substancjami. Mieliśmy sprawdzać, jak wpłyną one na wrażliwka i zapisać obserwacje. Widziałem, że Scorp wyjątkowo się tym zafascynował.

   - O, zobacz – szturchnął mnie – Teraz są zielone!

   I natychmiast to zanotował. Zarówno ja jak i Emma nie mogliśmy wytrzymać przez niego ze śmiechu. Serio, może Scorp odkrył swe powołanie?

   - Te notatki będą wam potrzebne, więc radziłbym coś jednak zapisać – profesor Neville zwrócił się do jakiegoś ucznia – Na przyszły tydzień macie napisać wypracowanie na temat wrażliwków i uwzględnić ich przemiany fizyczne.

   Super, kolejne zadanie domowe. No ale tu przynajmniej miałem już jakiś materiał, na którym mogłem bazować. Profesor do nas podszedł.

   - To zupełnie tak, jakby rośliny miały uczucia – wyszeptał Scorpius, wgapiając się z zachwytem w swojego wrażliwka.

   - Bo mają, panie Malfoy – powiedział pan Neville, potakując głową.

SCORPIUS

   Byłem przeszczęśliwy, kiedy profesor Longbottom pozwolił mi zatrzymać moją doniczkę z wrażliwkiem. To znaczy, nie konkretnie mi, powiedział to do całej klasy. To miała być pomoc w wypracowaniu, jednak nie zamierzałem go już oddawać. Te rośliny wyjątkowo mnie zaintrygowały.

   - Stary – westchnął Albus – Nie możesz łazić wszędzie z tą doniczką…

   - Czemu? – obruszyłem się – Przecież jest mała, nawet mieści się w kieszeni mojej szaty… Co prawda wtedy kwiat robi się jasnożółty, pewnie trochę brak mu powietrza…

   - Sam widzisz – prychnął, patrząc na mnie z politowaniem – Lepiej zostaw go w dormitorium. Zawsze jest ryzyko, że ktoś cię szturchnie i wywalisz całego kwiatka z ziemią. Na twojej komodzie powinien być bezpieczniejszy.

   Spojrzałem na roślinkę. Cóż, tu miał rację…

   - Tak, zaraz pójdę go odłożyć… - zgodziłem się – Ale najpierw chcę go nazwać.

   - Nazwać?... – Albus powtórzył ze zdziwieniem, wybałuszając na mnie oczy.

   - No tak! – potwierdziłem – Jak myślisz, jakie imię będzie mu pasować?

   - Sam nie wierzę, że zadam takie pytanie w kwestii rośliny, ale… myślisz, że to chłopiec czy dziewczynka? – zapytał Al.

   - Hmm – przyjrzałem się roślinie – Wygląda mi na dziewczynkę.

   W tej chwili zorientowaliśmy się, że grupka jakichś uczniów nam się przygląda. Spojrzeliśmy na nich w tym samym czasie, a potem na siebie. Kiwnąłem Alowi, żeby lepiej pójść z tym gdzie indziej.

   Zeszliśmy do lochów.

   - To jak w końcu nazywasz tę roślinę? – westchnął Al po raz kolejny.

   - Ciężki wybór – przyznałem – Ale chyba pasuje do niej Eloise.

   - Świetnie… - wywrócił oczami.

   Weszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie zastaliśmy kilku znajomych. Noah pojawił się obok nas.

   - Siemka, co u was? – zagaił.

   - Scorpius zakochał się w roślinie – oznajmił Albus, szczerząc się głupio.

   - Ej! – obruszyłem się, a ci dwaj parsknęli śmiechem.

   - Tak, słyszałem tę twoją gadkę o uczuciach roślin – przyznał Noah – Kto wie, może kiedyś zastąpisz profesora Longbottoma?

   - Daj spokój – mruknąłem.

   - Nie słuchaj ich – wtrąciła się nagle Jennifer – To dobrze, że wyniosłeś coś z lekcji.

   - Owszem, wyniósł – Albus pokiwał głową – Doniczkę z wrażliwkiem imieniem Eloise.

   Znów się roześmiali. No dobra, przyznaję. Może troszkę zachowywałem się jak maniak.

   - Chcesz udomowić tego kwiatka czy co? – Noah dusił się ze śmiechu.

   - Dobra, stary, wybacz – Albus dotknął mojego ramienia, ocierając łzy.

   Wywróciłem oczami i uśmiechnąłem się do tych debili.



***



   Podczas obiadu prawie wszyscy rozmawiali o qudditchu. Szczerze mówiąc, takie nakręcanie się tym meczem wcale mi nie pomagało, tylko stresowało. Wiem, że nasza drużyna chce pomyślnie zacząć ten sezon, ale nie ma co też aż tak się tym przejmować. Rozglądałem się po Wielkiej Sali. Dostrzegłem Dippera Dursley’a i znów zacząłem się zastanawiać, czy chodzi z Rose albo czy ma takie zamiary. Nie wiem czemu, ale bardzo mnie to zastanawiało. Nie widziałem jakoś Rose w takiej roli. Spojrzałem na nią. Siedziała w towarzystwie swoich koleżanek i kuzynek, wesoło o czymś gawędząc. Nie zerkała w stronę stołu Krukonów. Potem mój wzrok napotkał Jamesa, o zgrozo. Jak zwykle był otoczony swoimi adoratorkami. Albus opowiadał, że zawsze miał powodzenie u płci przeciwnej. Spojrzałem szybko w inną stronę, bo nie chciałem przyciągnąć jego wzroku (to mogłoby mnie zabić).

   Kiedy skończyłem jeść, przy naszym stole pojawiła się chuda, rudowłosa dziewczynka, Lily Potter. Przywitała się z nami i usiadła obok swojego brata. Zaczęli rozmawiać, a ja postanowiłem już sobie pójść. Nie miałem nic ambitnego do roboty.

   Zawędrowałem do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Kręciło się tam nawet kilka osób. Usiadłem na kanapie i przeczesałem włosy ręką. W fotelu obok siedział ten chłopak, jak mu było na imię… Ach tak, Gabe, Gabe Valentine. Był w wieku Lily, z tego, co słyszałem. Zauważył mnie i spojrzał w moją stronę.

   - Przepraszam… - odezwał się, a ja posłałem mu pytające spojrzenie – Scorpius, tak? Mógłbyś mi pomóc z zadaniem domowym?… Nie chcę zabierać twojego czasu, więc, jeśli nie…

   - Spróbuję ci pomóc – wszedłem mu w słowo – Co tam masz zadane?

   - Chodzi o zaklęcia… - wyjaśnił i pokazał mi kawałek pergaminu – To taki test, są tu opisane zastosowania różnych zaklęć. Moim zadaniem jest podpisanie ich właściwymi nazwami.

   Kiwnąłem głową. No cóż, teraz chyba mam okazję poczuć się trochę jak Rose i pomóc koledze w potrzebie. Mogłem też się sprawdzić, ile zapamiętałem z lekcji. Z moją pamięcią nie było nawet tak źle! Kilku rzeczy nie byłem pewien, więc poradziłem mu jeszcze sprawdzić to w bibliotece.

   Podziękował mi za pomoc. Wtedy w Pokoju Wspólnym pojawiła się jeszcze jedna osoba. Była to młodsza ode mnie dziewczynka z rudymi włosami i bladą cerą. Skierowała się w stronę dziewczęcego dormitorium i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie Gabe, który wpatrywał się w stronę, w którą ona poszła. Jakiś czas gapił się nieprzerwanie w zamknięte drzwi, więc pomachałem mu ręką przed oczami. Wtedy dopiero się ocknął.

   - Gabe, tu Ziemia – zaśmiałem się cicho – Kim była ta dziewczyna?

   Milczał chwilę, jak gdyby próbował pozbierać myśli.

   - Emm, ma na imię Stacey – odpowiedział obojętnie – Jest młodsza o rok ode mnie.

   Znów zerknął w tamtą stronę. Jego nieśmiałość potwierdziła moje przypuszczenia.

   - Podoba ci się – oznajmiłem wesoło, a Gabe spojrzał na mnie jak na idiotę, jednak nieco się przy tym zarumieniwszy.

   - Nie wiem, o czym mówisz… - burknął, niby wkurzony.

   - Ej, to nic złego… - wywróciłem oczami – Zazwyczaj w tym wieku to zaczyna być normalne, wiesz.

   - Myślisz, że jesteś upoważniony do dawania innym rad sercowych, bo chodzisz z Rose Weasley? – uniósł brew do góry.

   Przez chwilę mnie zatkało.

   - Co? Ale my nie jesteśmy razem… - zmarszczyłem czoło – Ej, serio. Nie chodzę z nią.

   Speszył się.

   - Wybacz, tak pomyślałem… - zakłopotał się – W każdym razie… Nie chcę, by Stacey ani ktokolwiek inny o tym wiedział. Na razie nie…

   Uśmiechnąłem się zachęcająco.

   - Spokojnie, Gabe – poklepałem go lekko po ramieniu – Ja nikomu nie powiem. I masz rację, nie spiesz się.

   Kiwnął głową, a potem powiedział, że już późno i zabrał swoje rzeczy, by następnie wstać z miejsca i wyjść z Pokoju Wspólnego. Ja też powinienem znaleźć sobie jakieś produktywne zajęcie.


 ROSE

   Było mi głupio, nienawidziłam się tak czuć. Z jednej strony miałam małe wyrzuty sumienia, że odmówiłam pomocy Alowi, ale z drugiej to z Dipperem wcześniej się umówiłam. Najbardziej trapiło mnie, że mój własny kuzyn, a co więcej, brat cioteczny, się do mnie nie odzywa. Okay, już nie raz się tak zdarzało – potrafiliśmy pokłócić się nawet o głupotę. Zwykle godziliśmy się, gdy przychodził mnie przeprosić i ja wtedy też przepraszałam. Kiedyś czytałam, że w każdym konflikcie wina leży po dwóch stronach. Jak tak teraz nad tym wszystkim myślę, chyba nie zdarzyło się tak, żebym to ja pierwsza go przeprosiła… Może tym razem powinnam?

   Według Kelly powinnam poczekać na niego, ale już sama nie wiem. W końcu nasze charaktery bardzo się różniły, więc niezbyt potrafiłyśmy sobie doradzić, jednak doceniałyśmy chęci. Dobrze jest mieć kogoś, kto cię wysłucha – to już dużo.

   Naszą pierwszą lekcją w dniu dzisiejszym była transmutacja z Puchonami. Profesor McGonagall oddała nam eseje, a ja jak zwykle musiałam pomóc jej odczytać moje pismo.

   - Panno Weasley – westchnęła ciężko, gdy siedziałam przy jej biurku – Nauczyłaby się pani pisać wyraźnie…

   Zawstydziłam się. Naprawdę próbowałam, ale jakoś nigdy mi nie wychodziło. Czasem układam sobie w głowie zdania tak szybko, że ledwie nadążam je zapisywać… A potem pewnie zapomniałabym, co chciałam dalej napisać. Co prawda mogłam użyć samopiszącego pióra, ale to raczej nie było dozwolone.

   Kiedy już pomogłam jej rozszyfrować moją pracę, wróciłam na miejsce obok Kelly.

   - Wybitny? – zgadła, a ja kiwnęłam głową.

   Emma odwróciła się do nas i powiedziała szeptem:

   - Postawiłaby ci od razu najwyższą ocenę i nawet nie usiłowała tego przeczytać. Zaoszczędziłaby sobie trudu.

   Wyszczerzyła się do nas. Kilka osób również rozmawiało szeptem.

   - Proszę już o ciszę, przechodzimy do lekcji… - profesor McGonagall podniosła się z miejsca.

   ***

   W trakcie obiadu w Wielkiej Sali Kelly tylko gapiła się w stronę stołu nauczycieli. No tak, ten cały praktykant od eliksirów, pan Austin Blair.

   - Kelly… - odezwałam się, by sprowadzić ją na Ziemię.

   - Hm?... – nawet zareagowała od razu, co rzadko się zdarza.

   - Gapisz się – oświadczyłam odkrywczo.

   - No i co z tego? – pokazała mi język i wróciła do swojego obiadu.

   Wywróciłam oczami. Był od niej starszy jakieś siedem lat, bo po szkole zaczął tu praktyki, jednak najwidoczniej jej to nie przeszkadzało. Przyznaję, brzydki nie był. Miał bardzo jasną cerę, intensywnie zielone oczy i długie włosy koloru blond. Jego rysy twarzy były może trochę ostre, jednak nie odejmowało mu to uroku osobistego. Rozumiem, że mógł dla niej być przyjemny dla oka, ale ona chyba naprawdę się nim zauroczyła. Wciąż pozostawał jednak naszym nauczycielem, nawet jeżeli był dopiero praktykantem. Ale Kelly to Kelly – znana z tego, że nie zawsze zachowuje się tak jak wypada.



   ***



   Przechadzałam się błoniami, wciąż jeszcze będąc w szkolnym mundurku, jednak nie miałam na sobie szaty. Lekki, ale chłodny i jesienny już wiatr rozwiewał moje nieokrzesane, rude włosy. Co z tego, że podpięłam grzywkę dwoma spinkami? One i tak robiły, co chciały. Ciemne chmury zasnuły niebo, co wskazywało na nadciągający deszcz. W powietrzu unosił się jakiś intrygujący zapach, którego nie mogłam z niczym utożsamić, jednak podobał mi się. W tej chwili właśnie potrzebowałam takiego spaceru, by na chwilę odpocząć od nauki. Tak, powiedziałam to ja, Rose Weasley.

   Odgarnęłam włosy z policzka. Powinnam była je spiąć, chociaż wątpię, że to by coś dało. Zamyślona, szłam dalej, powoli już kierując się w stronę zamku. Myślałam, że w okolicy nie było nikogo poza mną, jednak usłyszałam jakiś szmer. Wytężyłam słuch, czując, jak wyostrzają się moje zmysły, niemal jak u zwierzęcia. Szłam brzegiem Zakazanego Lasu, co raczej nie wróżyło niczego dobrego. Myślałam jednak, że niebezpieczeństwa czają się w jego głębi, bo nigdy wcześniej nie spotkałam żadnego w tym miejscu, ale… kto wie. Automatycznie się obejrzałam. Pomiędzy drzewami może i mignął mi jakiś cień, ale nie byłam pewna, czy to nie tylko moja wyobraźnia. Wróciłam na ścieżkę powrotną.

   Znowu poczułam ten zapach. Dlaczego nie potrafiłam powiedzieć, z czym mi się kojarzy? Jednocześnie wydawał się taki znajomy, co czyniło go jeszcze bardziej intrygującym. Nagle moje serce się zatrzymało, gdy poczułam, jak ktoś złapał mnie za ramiona. Automatycznie się szarpnęłam.

   - Ej, spokojnie! – usłyszałam znajomy głos.

   Odwróciłam się i mocno zdenerwowałam.

   - Wystraszyłeś mnie! – krzyknęłam.

   Scorpius się roześmiał.

   - Przepraszam, nie chciałem – udał niewinny ton.

   Zmarszczyłam czoło.

   - Co ty robiłeś w Zakazanym Lesie? – zdziwiłam się.

   Jego oczy lekko się zaokrągliły.

   - Nie byłem tam – zaprzeczył – Wracałem od Hagrida, pomagałem mu robić zapasy na zimę.

   Przyjrzałam mu się.

   - Mówię prawdę! – zapewnił – Poprosił mnie o to dzisiaj po obiedzie. Dlaczego pomyślałaś, że byłem w Zakazanym Lesie?

   Obejrzałam się raz jeszcze.

   - Nieważne… - odparłam, nagle czując na nosie kroplę wody.

   Oboje spojrzeliśmy w górę.

   - Oho, lepiej szybko wracajmy do zamku! – oznajmił Scorpius.

   Kiedy byliśmy w połowie drogi, woda lunęła na nas jak z cebra. Chłopak przeklął cicho pod nosem i zdjął z siebie swoją szkolną szatę. Przyjrzałam mu się pytająco, gdy on po prostu położył mi to ubranie na głowie.

   - Co ty… - nie dokończyłam, bo mi przerwał:

   - Wolisz zmoknąć? – uniósł brew do góry z tym swoim lekko łobuzerskim uśmieszkiem.

   Gdybym miała przy sobie różdżkę, pewnie po prostu użyłabym odpowiedniego zaklęcia, by pozostać sucha. On widocznie albo jej nie miał, albo nie znał odpowiedniej formułki, albo po prostu chciał mi wpakować na głowę swoją szatę. Mimo wszystko podziękowałam mu cicho, a na moją twarz wpełzł lekki uśmiech. Wtedy po raz kolejny mogłam poczuć ten tajemniczy zapach i coś sobie uświadomiłam. Tak pachniała jego szata, tak pachniał… Scorpius.

   Kiedy przekroczyliśmy próg zamku, zobaczyłam Albusa. On również nas dostrzegł i uniósł brwi do góry. Zapadła cisza, podczas której staliśmy naprzeciwko siebie, nie wiedząc, jak skomentować sytuację. Stwierdziłam, że teraz jest dobra okazja, więc podeszłam do kuzyna i rzuciłam mu się na szyję.

   - Przepraszam cię, Albusie. Przeze mnie poczułeś się źle i rozumiem to… - oznajmiłam – Mogłam w sumie przełożyć to spotkanie, skoro musiałeś oddać esej wcześniej.

   Chwilę milczał, jakby zastygłszy w bezruchu.

   - I przepraszasz mnie, przytulając mnie teraz, gdy jesteś przemoczona do suchej nitki? – obruszył się, jednak w jego tonie wyczułam, że tak naprawdę nie był zły. Ulżyło mi i roześmialiśmy się we trójkę – Ale ja też muszę cię przeprosić, Rosie. Chyba troszkę przesadziłem z reakcją. Nie myśl sobie, nie uważam się za pępek świata…

   Odsunęłam się, by spojrzeć na kuzyna i posłałam mu uśmiech.

   - Między nami już w porządku? – zapytałam, a on kiwnął głową.

   I całą trójką zniknęliśmy w głębi zamku.

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz