środa, 29 marca 2017

II. 11 września, sobota


ALBUS
 Czułem się jak pan i władca, kiedy wszedłem do sali, gdzie siedziała McGonagall, i położyłem ten esej na jej biurku. To było pierwsze, co zrobiłem tego dnia - nawet jeszcze nie jadłem śniadania. Oto, jak się poświęcam!

   McGonagall spojrzała na mnie, a potem na moje wypracowanie.

   - Dziękuję, Potter - mruknęła znad pergaminu - Następnym razem przynieś pracę na czas.

   - Jasne, pani psor - zapewniłem, po czym elegancko obróciłem się na pięcie i opuściłem pomieszczenie. Teraz kierunek: Wielka Sala. Muszę coś zjeść!

   Zawędrowałem tam i zająłem miejsce przy stole Ślizgonów. Od razu nałożyłem sobie na talerz dużą porcję jajecznicy i kilka kiełbasek. Świeże, malutkie bułeczki pachniały tak kusząco, że dodałem je do mojego śniadania.

    - Ej! - usłyszałem dziewczęcy głos.

   Wtedy naprzeciwko mnie pojawiła się moja przyjaciółka od dzieciństwa, Emma Longbottom. Zajęła miejsce, kręcąc głową, a ja nie wiedziałem, o co jej chodzi.

   - No szo? - zapytałem z pełną buzią.

   - Przywitałam się z tobą... - wywróciła oczami i pokazała mi język - Ale widocznie nie słyszałeś, głodomorze jeden.

   Przełknąłem.

   - Byłem potwornie głodny, tu masz rację - przyznałem i opowiedziałem jej całą historię z esejem.

   - Nie wiedziałam, że panna Huston jest taką pasjonatką transmutacji... Ale ta informacja na pewno mi się przyda - uśmiechnęła się i sięgnęła po szklankę soku dyniowego.

   - Ciekawe, czy zna się też na innych przedmiotach - zastanowiłem się na głos, nadziewając na widelec kolejną kiełbaskę - Miałem szczęście, że nie było tam pani Pince. Raczej nie pozwoliłaby nam tak długo siedzieć w bibliotece.

   - Jak ślepej kurze ziarno - podsumowała Emma z uśmiechem, a potem upiła łyk soku.



   ***

 

   Po śniadaniu i pogawędce z Em wróciłem do lochów. Wszedłem do Pokoju Wspólnego Slytherinu, a następnie do dormitorium chłopców, gdzie zastałem rozpłaszczonego na łóżku Scorpa. Widok ten ujrzałem już dzisiaj od razu po przebudzeniu, bo jego łóżko znajdowało się tuż obok mojego. A to leń.

   - Oddałeś ten esej? - zagadnął, wyciągnąwszy z ust lizaka.

   Kiwnąłem mu głową i usiadłem na swoim łóżku.

   - Zamierzasz spędzić tak cały dzień?... - uniosłem brew do góry.

   Przekręcił się na bok.

   - Jakoś nie chce mi się ruszyć... - oznajmił, znów ssąc lizaka.

   Spojrzałem w sufit i rozprostowałem nogi na łóżku.

   - Wiesz, kogo spotkałem, jak wracałem z biblioteki? - po jakimś czasie Scorpius znów przemówił - Rose.

   - Proszę, proszę... - pokręciłem głową - No i co?

   - I nic - wzruszył ramionami - Odprowadziłem ją do Wieży Gryffindoru, a potem wróciłem tutaj.

   - Oczywiście nie powiedziała ci, czym była tak zajęta? - domyślałem się, a on w odpowiedzi pokręcił głową.

   - Była ładnie ubrana - dodał po jakimś czasie.

   - Wystroiła się? - zapytałem z lekkim zdziwieniem - To może ona na jakiejś randce była?...

   Scorpius obrócił się w moją stronę.

   - E, no co ty - prychnął - Rose na randce?

   - To aż takie dziwne? Brzydka nie jest, rozumu jej nie brakuje... - przyznałem.

   Scorp chyba wciąż nie był przekonany.

   - Ale... Rose na randce? - znów powtórzył - Poza tym kto mógłby się z nią umówić?

   Wzruszyłem ramionami.

   - Nie wiem - odparłem - Dobra, nieważne. I tak się nie dowiemy, bo widać woli robić tajemnice.

   Scorpius tylko coś mruknął. Milczał, kończąc tego lizaka i sprawiał wrażenie bardzo zamyślonego. Postanowiłem nie wnikać i wstałem z łóżka.

   - Idę już. Umówiłem się z Em, będziemy ćwiczyć podania w quidditchu - oznajmiłem - Muszę nadrobić wczorajszy trening.

   - Mhm - Scorp wyciągnął z buzi pusty patyczek.

   Opuściłem dormitorium.

SCORPIUS

   Al miał rację - nie mogłem spędzić tego całego dnia w łóżku jak skończony leniuch. Krótko po tym, jak poszedł, wstałem i poprawiłem zmięte ubranie. Wyrzuciłem patyczek po lizaku i przeczesałem włosy palcami u dłoni.

   Kiedy wyszedłem z lochów, wciąż nie miałem żadnego ambitnego zajęcia. Błąkałem się po zamku, rozglądając się to tu, to tam. Nic jednak nie przykuło mojej uwagi na dłużej niż pięć sekund. Nie miałem jakoś co ze sobą zrobić. Niby powinienem się uczyć czy odrabiać lekcje, ale nie mogłem się skupić. Nienawidziłem być taki rozkojarzony. Coś jednak wyrwało mnie z zamyślenia. Bujne, rude włosy na horyzoncie.

   - Cześć, Weasley – przywitałem się.

   Siedziała na ławce z pergaminem w dłoni i piórem w drugiej, coś gryzmoliła. Podniosła głowę i spojrzała na mnie.

   - Hej, Malfoy – odpowiedziała.

   Przysiadłem się. Niby nie pytałem o zgodę, ale nie słyszałem także protestów.

   - Co, nie masz co ze sobą zrobić? – odgadła, a ja przytaknąłem – Mógłbyś wziąć się za lekcje, wiesz…

   - Jakoś teraz nie mam do tego głowy – westchnąłem.

   Rose przyjrzała mi się.

   - Co jest? – zapytała.

   Spojrzałem na nią i dostrzegłem ciemną plamę atramentu na jej jasnej twarzy. Wyciągnąłem rękę w jej stronę i nawet pozwoliła dotknąć jej policzka. Zmarszczyła jednak czoło.

   - Atrament – wyjaśniłem, lekko się uśmiechając.

   Spróbowała spojrzeć na swój policzek.

   - Rozmażesz to tylko… - mruknęła.

   Wyciągnąłem różdżkę z kieszeni i uniosłem ją na wysokość jej twarzy. Wyszeptałem zaklęcie i plama zniknęła.

   - Kto powiedział, że zamierzałem? – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, a ona przewróciła oczami.

   Wciąż miałem w głowie tę teorię Ala o randce Rose. Czy to mogła być prawda? Przypomniałem sobie, że mówiła wczoraj o chłopcach, więc… Ale czy wypadało mi pytać? Nie zamierzałem naciskać, dlatego wtedy jej o to nie męczyłem. Nie chciałem też jej wkurzyć, bo wtedy na pewno niczego się nie dowiem.

   - Jakieś plany na dzisiaj? – zagaiłem niepewnie.

   - A co? – zdziwiła się.

   - Nic – mruknąłem.

   - Dzisiaj idę z Emmą i Kelly do Hogsmeade po południu – odpowiedziała po chwili.

   No tak, przyjaciółeczki. W sumie… a jeśli to z nimi Rose spędziła wczorajszy wieczór? Może u Puchonów była jakaś impreza, o której nie wiem… To miałoby sens, bo widziałem ją na dole (Tak, byłem już wtedy w lochach, ale poszedłem z nią na samą górę i z powrotem, jestem dziwny, wiem). Jednak to nie wykluczało także randki. No chyba, że była to tylko babska impreza. Miałem za mało szczegółów, ale chyba nie było sensu teraz z niej tego wyciągać. Lepszą strategią wydawało mi się podpytywanie co jakiś czas.

   - To miłej zabawy – odparłem.

   Przyglądała mi się ze zmarszczonym czołem. Odpowiedziałem jej zdziwioną miną.

   - Pozwól, że zapytam… - zaczęła – Chciałeś to wiedzieć, bo planowałeś mnie gdzieś zaprosić czy nie miałeś innego lepszego tematu?

   Trochę mnie to uderzyło. Faktycznie, to mogło brzmieć jak wstęp do zaproszenia na randkę czy coś… Musiałem to od razu sprostować.

   - To było z czystej ciekawości – wyjaśniłem – No chyba, że chcesz, bym gdzieś cię zaprosił…

   Nie zdążyła mi odpowiedzieć (choć mogłem się spodziewać, co powie), bo przerwał nam głos należący do pewnego bufona (to znaczy: Gryfona!):

   - No chyba was do reszty pogięło.

   James Syriusz Potter we własnej osobie. Stał naprzeciwko nas z rękami w kieszeniach. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.

   - Chyba nie zamierzacie iść na randkę? – obruszył się – Rose, jak wujek Ron się dowie…

   - James, co ty bredzisz? – przerwała mu Rose – Nie idziemy na żadną randkę!

   - Macie mnie za idiotę czy co? Słyszałem… - stwierdził.

   - Źle to zrozumiałeś – wzruszyłem ramionami – Dobra, ja spadam.

   Nie zamierzałem się dalej kłócić.

   - No ja mam nadzieję! – zawołał za mną – Malfoy i Weasley, jeszcze czego…

   Przykro mi, że ten widok zaburzał jego istnienie świata, ale to nie był mój problem.



***



   Postanowiłem wyjść na dwór. Póki jeszcze było ciepło i słonecznie, szkoda było marnować taką pogodę w zamku. Znalazłem się na dziedzińcu i zająłem jedną z kamiennych ławek. Rozprostowałem nogi, włożyłem ręce w kieszenie i podniosłem głowę w stronę słońca, zamykając przy tym oczy. Ciepłe promienie okalały moją twarz. Jesienne słońce nie było tak ostre jak letnie. To był dla mnie duży plus, bo miałem bardzo bladą i delikatną skórę.

   Po jakimś czasie otworzyłem oczy. Na dziedzińcu pojawiło się więcej osób. Pośrodku stała też grupka Ślizgonów. Wśród nich dostrzegłem Noah Zabiniego i Carrie Jason. Carrie była córką znanej mi z opowieści taty Pansy Parkinson. Opisywał ją jako irytującą, ale czasem przydatną. Podobno chciała z nim chodzić, ale on coś nie bardzo. Długo o niej nie słyszał, dopóki nie okazało się, że jej córka chodzi ze mną do klasy. Wtedy dowiedział się także, że Pansy poślubiła bardzo zamożnego czarodzieja, oczywiście czystej krwi. To go zaintrygowało. Usilnie chciał zeswatać mnie z Carrie, bo „połączenie naszych rodów wyszłoby na dobre dla obu stron”, czytaj: kasa, kasa, kasa. Ani mnie ani Carrie to nie kręciło. Wbrew genom nie była taka jak jej matka, na całe szczęście.

   Widzisz, James, nie wszyscy Ślizgoni byli tacy podli, za jakich ich uważałeś. Zresztą dom w Hogwarcie o niczym nie świadczy. To znaczy jasne, przewodnie cechy charakteru się sprawdzają, ale to nie znaczy, że jesteśmy tacy sami. To samo przecież jest u Gryfonów, Krukonów czy Puchonów.

   Moje przemyślenia przerwała pewna Ślizgonka, która usiadła obok mnie na ławce. Nazywała się Jennifer Fiennes i chodziła ze mną do klasy. Miała bladą cerę, ciemnobrązowe loki i duże, brązowe oczy.

   - Hej, Scorp – przywitała się, na co ja kiwnąłem jej głową – Mamy dzisiaj ładny dzień…

   - Zgadza się – przytaknąłem.

   Wtedy pojawiła się jeszcze jedna osoba – Noah Zabini. Był to wysoki i wesoły mulat o czarnych, lekko kręconych włosach i ciemnobrązowych oczach.

   - Malfoy – zaczął – Słuchaj, przepraszam cię za wczoraj. Nie powinienem był tak na ciebie wrzucać. Wybacz, miałem zły dzień.

   Uniosłem brwi do góry.

   - Ty? Wiecznie wesoły Zabini miał zły dzień… No cóż, to też się zdarza – stwierdziłem z lekkim uśmiechem – W porządku, stary.

   Wyszczerzył się i usiadł obok nas.

   - Ostro trenujecie? – zagadnęła Jennifer – Nie dziwię się, niedługo mecz. Rozniesiecie Gryfonów w pył!

   - No pewnie – zawołał entuzjastycznie Noah – Po tym, co zrobili w zeszłym roku na koniec sezonu, Potterowi należy się porządny łomot. Zresztą to jego ostatni rok, niech sobie nas dobrze zapamięta!

   Roześmialiśmy się. Co prawda w zeszłym roku Gryfoni byli najlepsi, ale nie osiągnęli tego w żaden nieuczciwy sposób. Zabini przesadzał, jednak zgadzam się z jednym – James nie powinien być tym razem taki pewny siebie.


ROSE

   Po tym, jak James przegonił Scorpiusa, jeszcze jakiś czas się mądrzył i wymienił mi jakieś kilkanaście powodów, dlaczego nie powinniśmy się spotykać. Zupełnie nie docierało do niego, że wcale nie byliśmy razem. Byłam przeszczęśliwa, kiedy wreszcie sobie poszedł. Stało się to za sprawą Tary Finnigan, Gryfonki starszej ode mnie o rok. Była to wysoka, brązowooka dziewczyna o krótkich, brązowych włosach. Należała do naszej reprezentacji quidditcha i pewnie chciała zapytać go o datę następnego treningu (James był naszym kapitanem). Ja natomiast spakowałam swoje rzeczy do torby i wróciłam do siebie.



***



   Obiad zjadłam w towarzystwie Kelly, mojej kuzynki Roxanne i dwojga znajomych, również z Gryffindoru – Amelii i Patricka Thomasów. Było to rodzeństwo, których rodzice znali się z moimi jeszcze z czasów szkolnych. Dzieliły ich dwa lata; Amelia była w moim wieku. Była mulatką i miała kręcone, brązowe włosy. Patrick natomiast był starszy. Miał zdecydowanie ciemniejszą skórę od swojej siostry oraz czarne włosy o tej samej strukturze. Oboje mieli brązowe oczy.

   - Chętnie bym się rozerwał – oznajmił Patrick – Może zrobimy u nas jakąś imprezę, co?

   Zaśmiałam się cicho.

   - Ledwie rok szkolny się zaczął, a ty już myślisz o imprezowaniu.

   Wzruszył ramionami z uśmiechem.

   - Niedługo mecz – odparła Roxanne – Jeśli wygramy, to będzie powód do świętowania.

   - Co to ma znaczyć: jeśli wygramy? – prychnął Patrick – Wygramy i już!

   - A jeżeli nie? – zapytała Amelia.

   - To zrobimy imprezę na pocieszenie – zaproponowała uśmiechnięta Kelly.

   Roześmialiśmy się.

   - To mi się podoba – przyznał Patrick.

   Byli niemożliwi. Ale z drugiej strony czemu by się trochę nie pobawić? Jeżeli już nauczyciele dużo wymagali, to co będzie potem? Może to i dobry czas na organizowanie przyjęć, potem może być jeszcze więcej nauki.

   Po obiedzie razem z Kelly pożegnałyśmy się z resztą i wstałyśmy od stołu. Widziałyśmy Emmę przy stole Puchonów, jeszcze jadła. Machnęła do nas, żebyśmy już poszły. Opuściłyśmy więc Wielką Salę.

   Na dziedzińcu krzątało się wiele uczniów, którzy również postanowili skorzystać ze sprzyjającej pogody. W tłumie nietrudno było dostrzec Rubeusa Hagrida, naszego gajowego. Był półolbrzymem o długich, splątanych włosach, niegdyś pewnie ciemniejszych, teraz już siwiejących. Od razu gdy nas zauważył, pojawił się obok.

   - Rose, Kelly – przywitał się z ciepłym uśmiechem na twarzy.

   - Cześć, Hagrid – odpowiedziałam, a Kelly machnęła mu ręką.

   - Jesień idzie, zapasy trza robić – oznajmił, poklepując dużą, skórzaną torbę przewieszoną przez ramię – No ale ciepło jeszcze jest. Może wpadniecie na herbatkę?

   - Chętnie, ale czekamy na Emmę – wyjaśniła Kelly – I idziemy potem do Hogsmeade.

   - No tak, tak, plany – pokiwał głową Hagrid – To następnym razem, też już muszę lecieć. Trzymajta się!

   Pomachał nam swoją ogromną dłonią, a my uśmiechnęłyśmy się na pożegnanie. Wkrótce dołączyła do nas Emma.

   - Jestem – oznajmiła wesoło.

   Teraz mogłyśmy iść.

   W Hogsmeade również dało się spotkać dużo znajomych ze szkoły. Dookoła panowała wesoła wrzawa. Byłam ciekawa, czy zastanę tu także Scorpiusa. Co prawda twierdził, że nie chciał mnie nigdzie zaprosić, jednak to jego pytanie brzmiało dla mnie podejrzanie. Ostatnio coś interesował się, gdzie jestem i co robię. Czy to nie było dziwne?

   Weszłyśmy w trójkę do Miodowego Królestwa. Teraz zaczął się poważny dylemat, co wybrać. Skończyło się na tym, że wzięłyśmy cukrowe pióra, czekoladowe kociołki, musy-świstusy i owocowe żelki. Jeżeli ta ilość cukru nas nie zamuli, będzie bardzo miło. Wyszłyśmy stamtąd, rzeczywiście czując się jak królowe. Sięgnęłam do torby po kilka żelków.

   - Kurczę, a myślałam, że mają już gałki-zapałki – westchnęła Kelly.

   - Co takiego? – ja i Emma zapytałyśmy chórkiem.

   - Gałki-zapałki – powtórzyła – Widziałam, jak dwie pierwszaczki się nimi zajadały, to wypytałam je. To takie jakby kulkowe lizaki. Jak się je zje, to podobno odczuwa się przez jakiś czas ciepło w żołądku. Chciałam spróbować.

   Roześmiałyśmy się. Brzmiało to naprawdę dziwacznie.

   - O, Rosie – Emma szturchnęła mnie lekko – Patrz.

   Spojrzałam w stronę, którą dyskretnie mi wskazała. Kilka metrów dalej stał Dipper Dursley, Krukon w naszym wieku. Był synem kuzyna wujka Harry’ego, z tej niemagicznej strony. Mówił, że jego wujostwo niezbyt, delikatnie mówiąc, przepadało za czarami, a tu w rodzinie pojawił się kolejny czarodziej. Co za paradoks.

   Po chwili także nas zauważył i podszedł bliżej.

   - Hej wam – przywitał się – Rose, dzięki za wczorajszą lekcję. Naprawdę mi pomogłaś z tymi eliksirami.

   Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, ale nie zdążyłam się odezwać, bo przerwał mi donośny krzyk:

   - Co? To z nim wczoraj byłaś?!

   Odwróciłam się i zobaczyłam Scorpiusa oraz Albusa, którzy stali jak wryci i gapili się na naszą gromadkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz