wtorek, 28 marca 2017

I. 10 września, piątek


  Albus

  Piąty rok mojej nauki w Hogwarcie zaczął się „z grubej rury”, że tak powiem. Drugi tydzień, a wszyscy dostali wścieklizny z tymi pracami domowymi. Właśnie ślęczałem w bibliotece, próbując sklecić parę zdań eseju z transmutacji, lecz szło mi mizernie. Normalnie nie odrabiałbym lekcji w piątek (nie jestem nadgorliwy jak Rose), ale to był zaległy esej. Miałem go oddać dziś, jednak nie zdążyłem go napisać. Prawdę mówiąc, udało mi się stworzyć tylko jakieś luźne notatki, które w żaden sposób eseju nie przypominały. Troszkę zdenerwowałem McGonagall, ale pozwoliła mi donieść moją pracę jutro. Tak, jak ja to do jutra skończę, to będzie cud.

   Prosiłem o pomoc Rose, ale ona stwierdziła, że „jest dzisiaj zajęta” i że „całe życie wyręczać mnie nie będzie”. Na tym się skończyło, ładna mi kuzynka. Poza tym już dawno nie wymagałem od niej pisania za mnie całej pracy (strasznie bazgroliła). Przejrzałem kolejne strony podręcznika, głowiąc się, jak sparafrazować informacje w nim zawarte. Byłoby mi łatwiej, gdybym tylko rozumiał, o co tu chodzi… Musiałem być bardzo zamyślony, bo nie zauważyłem ani nie usłyszałem nawet, kiedy Scorpius pojawił się w bibliotece i dosłownie padł na krzesło naprzeciwko mnie. Prawie dostałem przez to zawału.

    - Padam – wydyszał.

   Miał na sobie szatę do quidditcha. No tak, dziś był trening, ale z wiadomych przyczyn nie mogłem przyjść.

    - Możesz trochę ciszej? Staram się napisać to dziadostwo… - wymruczałem znad książki.

   Scorp podniósł głowę i zmarszczył czoło.

   - Esej na transmutację… - podpowiedziałem mu, wywracając oczami. Czasem naprawdę wolno kontaktował.

   - A, to dziadostwo… - wreszcie to do niego dotarło – Wylosowałeś chyba najgorszy temat.

   - Dzięki, stary, bardzo mnie tym zmotywowałeś – prychnąłem.

   - Nie mogłeś po prostu pójść z tym do Panny Wszystkowiedzącej? – uniósł jedną brew do góry.

   - Nie myśl sobie, pytałem jej o to – zapewniłem – Ale jest ponoć dzisiaj „zajęta”.

   - Zajęta?... – powtórzył Scorpius ze zdziwieniem – Czym niby?

   - A ja tam wiem? Nie obchodzi mnie to! – stwierdziłem zgodnie z prawdą. Postanowiłem nie wnikać – Pewnie się uczy, kujon jeden…

   - Ta – Scorp pokiwał głową – Ja rozumiem, że w tym roku zdajemy te całe SUMy, ale mam wrażenie, że wszyscy mają na tym punkcie obsesję. Pomyśl, co będzie, jak przyjdzie czas na OWUTEMy.

   - Wolę nie myśleć – odparłem.

   Gdzieś między półkami mignęła nowa bibliotekarka. Była młoda i całkiem ładna. Stara pani Pince przyjęła ją od razu po szkole, bo sama już ledwo dawała radę. Panna Huston, bo tak się nazywała, była zupełnie inna i, co ważne, nie wydzierała się na każdego, gdy tylko zbyt głośno szeptał. Scorpius ją zauważył.

   - A może panna Huston? – zasugerował – Nie pomogłaby ci z tym wypracowaniem?

   Szczerze, nie myślałem o tym, ale chyba nie zaszkodzi spytać. Podniosłem się z miejsca i podszedłem do młodej blondynki.

   - Przepraszam? – zagadnąłem – Istnieje taka szansa, by pomogła mi pani z esejem na transmutację?

   Chyba była zaskoczona tym pytaniem, ale zaraz wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.

   - Oczywiście! – zawołała entuzjastycznie, czego mimo wszystko się nie spodziewałem – Z transmutacji to ja miałam same Wybitne, gdy byłam w twoim wieku!

   Uniosłem brwi do góry. No chyba lepiej trafić nie mogłem. W dodatku to był pomysł Scorpa… To czyniło tę sytuację jeszcze dziwniejszą.



***



   Położyłem się spać dopiero po drugiej w nocy. Filch był wściekły, gdy znalazł mnie w bibliotece po ciszy nocnej, ale panna Huston mnie usprawiedliwiła. Mina starego woźnego była bezcenna. Najważniejsze, że z pomocą tej przemiłej bibliotekarki udało mi się wreszcie napisać ten esej. 

Scorpius

   Posiedziałem jeszcze chwilę w bibliotece z Alem, ale potem zmęczenie wzięło górę i pożegnałem się. Nie chciałem tam zasnąć, więc skierowałem się ku wyjściu. Jak tylko znajdę się u siebie, wezmę porządny prysznic i od razu pójdę spać… Tak przynajmniej zamierzałem.

   Korytarze już powoli pustoszały. Po kątach czaiły się jakieś pary, a ja byłem im wdzięczny, że nie okazywali sobie uczuć na środku przejścia. Byłem już naprawdę zmęczony. Dostałem niezłą reprymendę od naszego kapitana Zabiniego, ale według mnie niesłuszną. Wyciskałem z siebie siódme poty, a tymczasem on twierdził, że się nie staram! Z pięć razy zanurkowałem po znicza tak gwałtownie, że spadłem z miotły – na szczęście z małych wysokości, prawie tuż nad ziemią, więc nic mi się nie stało. Byłem tylko nieco obolały… i brudny.

   Zbliżałem się do lochów, lecz coś przykuło moją uwagę. Zza rogu wyłoniła się dobrze znana mi burza ognistorudych loków. Momentalnie przyspieszyłem kroku.

   - Co to za nocne wojaże, panno Weasley? – przechyliłem głowę nieco na bok.

   Wyglądała na zaskoczoną, co mnie trochę rozbawiło. Dostrzegłem, że miała na sobie ładną sukienkę i srebrną biżuterię, co uznałem za podejrzane. W kilka sekund opanowała zdziwienie i stanowczo skrzyżowała ręce na piersi.

   - Nie mamy jeszcze ciszy nocnej... panie Malfoy – odpowiedziała pewnym głosem – Poza tym ty też się gdzieś włóczysz, co ci do moich spraw?

   O, proszę, jaka mądra.

   - Tym byłaś tak „zajęta”, że nie mogłaś pomóc Albusowi z esejem? – uniosłem brew do góry, poczuwszy nagle, że musiałem się dowiedzieć, gdzie ona była.

   - Przestań, nie jestem jego niańką, a tym bardziej nie będę kolejny raz pisała za niego wypracowania – prychnęła – Mam też własne życie, jakbyście nie wiedzieli…

   - Tylko po co robisz z tego taką tajemnicę? – zmarszczyłem czoło – Właśnie chyba to nas najbardziej intryguje.

   Powiedziałem „nas”, ale w rzeczywistości chodziło tylko o mnie. Albus dał mi do zrozumienia, że miał to gdzieś.

   - Czy ja nic nie mogę zrobić bez waszej wiedzy? – westchnęła – Ja was nie wypytuję o to, co robicie w każdej sekundzie waszego życia! I brzmisz teraz jak James.

   Nadęła policzki w taki sposób, że rzeczywiście przypominała teraz pączek róży. Nie mogłem wytrzymać na ten widok i roześmiałem się.

   - Co cię tak bawi? – zapytała, jeszcze bardziej zmieszana.

   - Nic – rzuciłem przez śmiech – Lepiej już chodźmy…

   - „My”? – powtórzyła – Jacy my?

   - No daj się odprowadzić, Weasley – nalegałem. Może coś jeszcze z niej wyduszę…

      Widziałem, że się wahała.

   - Trochę ci to chyba nie po drodze - odpowiedziała wreszcie.

   - To już moja sprawa - odrzekłem - Więc, jak będzie?

   - A rób sobie, co chcesz... - oznajmiła, ale ten lekki uśmiech na jej twarzy, który dostrzegłem, zanim poszła przed siebie, uznałem za „tak”. Ruszyłem za Rose Weasley.

   Nie miałem ochoty się kłócić, więc już odpuściłem sobie ten temat. Wiem, jeszcze przed chwilą byłem zdeterminowany, ale gdy tak szliśmy poprzez skąpane równocześnie w półmroku i bladym świetle księżyca korytarze, zrobiło się jakoś tak miło, że nie chciałem tego psuć. Rozmawialiśmy na najbardziej oklepany i oczywisty temat ludzi w naszym wieku - szkoła. Rose była strasznie przejęta tegorocznymi egzaminami, a ja próbowałem uświadomić jej, że to nie wszystko.

   - No a jak obleję? - spytała.

   - Dobry żart. Rose Weasley, czarownica, która ma najlepsze oceny w szkole i nieustannie uczy się na bieżąco, miałaby oblać? - wątpiłem, a po chwili dodałem - A nawet gdyby, to po prostu trafisz ze mną do oślej ławki.

    Wyszczerzyłem się, a ona parsknęła śmiechem.

   - Wręcz o tym marzę - ironizowała - Ale poważnie... Może i uczę się dobrze - tu spojrzałem na nią pytająco - No okay, bardzo dobrze... Ale tylko dlatego, że od rana do wieczora siedzę z nosem w książkach.

   Tu mnie nieco zdziwiła.

   - Przecież lubisz czytać – odrzekłem.

   - Owszem, lubię - przyznała - Lubię też uczyć się nowych rzeczy, naprawdę... Ale czasem czuję, że to zbyt wielka presja, wiesz ten cały tytuł "najlepszej uczennicy" i tak dalej. Nie zrozum mnie teraz źle. To dobrze, że inni stawiają mi wysokie wymagania i ja też to robię, człowiek musi się rozwijać. Jednak czasem patrzę na moje rówieśniczki, które uczą się może nie jakoś wybitnie, ale też nie najgorzej. Mam wrażenie, że coś mnie omija. One mają czas na wszystko - nauka, chłopcy, koleżanki... Tymczasem ja tylko się uczę.

   Słuchałem, wpatrzony w nią, co chwila tylko zerkając pod nogi, żeby się o coś nie potknąć. To była jakaś inna strona Rose. Tej nie pokazywała na co dzień. Czułem się wyjątkowo, że to przede mną postanowiła się otworzyć. Droczenie się z nią to była frajda, ale chciałem wiedzieć, jaka była naprawdę. Może i była postrzegana jako Panna Idealna, ale widać przecież, że też miała swoje niedoskonałości, problemy i obawy jak każdy. Nie umniejszało to absolutnie jej osobie.

   - Rozumiem, chciałabyś czasem po prostu zwolnić - kiwnąłem głową. Skoro tak się wystroiła, to pewnie była właśnie gdzieś się zabawić, by chociaż przez chwilę przestać być taką Rose, jaką była postrzegana - Więc postanowiłaś wyrwać się z rutyny, spróbować czegoś innego.

   Kiwnęła głową.

   - Boję się tylko, że gdzieś po drodze zgubię samą siebie - odparła półgłosem - Nie chcę zupełnie zlekceważyć szkoły ani zmienić się w imprezowiczkę.

   - Oj, Rose... - uśmiechnąłem się zachęcająco, a ona na mnie spojrzała - Jesteś odpowiedzialna i nie dopuścisz do tego. Zresztą, gdzieś słyszałem, że najpierw trzeba się zgubić, aby siebie odnaleźć.

Rose

   Było mi teraz jakoś dziwnie niezręcznie. Scorpius zdawał się być szczery, jakby chciał mnie pocieszyć. Raczej rzadko zdarzało nam się coś takiego, jednak mu zależało.

   - Dziękuję ci - uśmiechnęłam się do niego po chwili - Może zbytnio się przejmuję, jak zwykle. Jeżeli chcę coś zmienić, powinnam zacząć od nastawienia.

   Odwzajemnił uśmiech, a potem spuścił wzrok i wgapił się w podłogę, włożywszy obie dłonie do kieszeni spodni. Zawsze tak robił, gdy był zakłopotany.

   Przypatrywałam mu się ukradkiem, żeby mnie na tym nie przyłapał. Jego szata do quidditcha była nieco brudna i zmięta. Jego jasne włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zwykle. Wbrew tym czynnikom nie wyglądał jak obszarpaniec, a nawet dodawało mu to jakiegoś osobliwego uroku. Pomyślałam, że byliśmy całkiem podobni. Wiadomo było, że jego rodzice także chcieliby, by był we wszystkim najlepszy – a przynajmniej lepszy ode mnie. Też musiał się stresować. Różniliśmy się tym, że on wyraźnie sprzeciwiał się rodzicom. Mnie było wstyd. Nie powinnam narzekać, przecież wiem, że mnie kochali. Tata wielokrotnie powtarzał, że bardzo przypominałam mamę, a ona też była perfekcjonistką.

   Może faktycznie przesadzałam. To nie było do końca tak, że dosłownie cały czas się uczyłam. Często spędzałam czas z Emmą Longbottom, którą znałam od dzieciństwa, oraz Kelly Ashes, Gryfonkę poznaną przeze mnie w Hogwarcie. Były moimi najlepszymi koleżankami, w dodatku w moim wieku. Emma była Puchonką i widywałyśmy się głównie na zielarstwie prowadzonym przez jej tatę, Neville'a, bliskiego przyjaciela moich rodziców. Kelly mogłam opisać jako buntowniczkę. Naprawdę sama się sobie dziwiłam, że się zakolegowałyśmy, bo ona kochała łamać wszelkie zasady, a ja wolałam się ich trzymać. Przyjaźniłam się także z moją młodszą kuzynką, Lily Luną. Szkoda tylko, że dzieliły nas trzy lata. Zresztą, ona także miała własną paczkę – mojego brata Hugona i Kate Simms, Puchonkę w ich wieku. Z Lily jednak często zdarzało nam się kłócić.

   Był oczywiście jeszcze Albus. Często się sprzeczaliśmy, ale w gruncie rzeczy również mogłam go nazwać przyjacielem. Kiedy Al trafił do Slytherinu, zakolegował się ze Scorpiusem Malfoy’em. To była dla mnie pewna zagwozdka. Odtąd przebywanie z Alem oznaczało też przebywanie ze Scorpiusem, a przecież nie było nowością, co mój ojciec oraz zresztą wszyscy Weasley’owie myśleli o Malfoy’ach. Co prawda słyszałam już nie raz, że ojciec Scorpiusa się zmienił i odciął od tradycyjnej butności czystokrwistego rodu Malfoy'ów, jednak mój tata wciąż czuł do niego awersję. I tak zrobił postępy, bo chociaż go tolerował, kiedy musiał, jednak wolał nie przebywać w jego towarzystwie.
   Na szczęście Scorpius nie był taki straszny, jak mi go rodzina namalowała. Trochę to zajęło, zanim się do niego przekonałam. Musiałam przyznać, że chyba odziedziczyłam to po tacie - zwykle kierowałam się uprzedzeniami i potrzebowałam czasu, aby zmienić nastawienie. Ja i Scorp często się ze sobą droczyliśmy i docinaliśmy sobie nawzajem, jednak to i tak nie była chociaż jedna trzecia tego, jak niegdyś nienawidzili się nasi ojcowie.

   Do Ślizgonów wciąż potwornie uprzedzony był James, mój nadopiekuńczy starszy kuzyn. Zanim poszliśmy do Hogwartu, lubił straszyć Ala, że przydzielą go do Domu Węża, podczas gdy on desperacko chciał zostać Gryfonem. Pamiętam, że zanim wsiedliśmy do pociągu na King’s Cross, wujek Harry coś mu powiedział. Nie miałam pojęcia, co to takiego było, ale potem Albusowi się odmieniło. Przestał panikować, a kiedy Tiara faktycznie umieściła go w Slytherinie, ani trochę się nie skarżył. To wydarzenie wstrząsnęło Jamesem. Podejrzewałam, że sam nie wierzył w te swoje docinki i przypuszczał, że Al tak czy siak wyląduje w Gryffindorze. Jednak Al dołączył do Ślizgonów, a Jamesa wtedy zatkało. Nie odzywał się do własnego brata przez jakiś miesiąc. Jasne, że przesadzał. Przecież to Tiara Przydziału decydowała o tym, w jakim domu się znajdą, jednak jej wybór ich poróżnił. Brat Ślizgon widocznie nie pasował do reputacji dumnego Gryfona Jamesa Syriusza Pottera.

   W końcu ja i Scorpius znaleźliśmy się pod portretem Grubej Damy. Wtedy dopiero ośmielił się na mnie spojrzeć i posłał mi lekki uśmiech.

   - Dzięki za odprowadzenie mnie - odezwałam się - Dobranoc.

   - Dobranoc, Weasley - kiwnął głową, zanim odwrócił się i poszedł w swoją stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz